Niektórzy z Was wiedzą, że miałam ostatnio trudny okres. W styczniu straciłam pracę, którą naprawdę lubiłam i z której czerpałam sporo satysfakcji. Moje poczucie własnej wartości dostało w kość i zaczęłam się czuć bezużyteczna i do niczego. Na domiar wszystkiego miałam wrażenie, że nie robię nic twórczego; nie mogłam się skupić nawet na czytaniu, nie wspominając już o pisaniu, śpiewaniu czy robieniu rzeczy. Przez jakiś czas wydawało mi się, że moje życie nie ma celu. Przyszłość jawiła się nieciekawie.
A do tego czułam, że nie mam z kim o tym pogadać.
Bo widzicie, na pierwszy rzut oka moje życie wygląda spoko: mam nową, ekscytującą pracę, mam obok kogoś, z kim się dogaduję, mam swój kąt. No, marzenie po prostu.
Tyle że czuję, że czegoś brakuje. I kiedy było mi bardzo źle, zdałam sobie sprawę, co to takiego.
To poczucie wspólnoty.
Nie zrozumcie mnie źle, kocham moje miasto, ale to dość samotne miejsce. Nawet jeśli masz przyjaciół, istnieje spora szansa, że nie widzicie się wystarczająco często, a to przez pracę, a to przez diametralnie różne grafiki, a to przez fakt, że mieszkacie na przeciwnych krańcach Londynu. Związki są spoko, ale nie zastąpią przyjaźni. Prywatność, jaką daje posiadanie własnego domu, też jest niby fajna, ale nawet największy introwertyk musi czasem z kimś pogadać.
I tu narodził się pomysł: a gdyby tak założyć coś na kształt komuny z podobnymi sobie ludźmi? Bezpieczną przystań dla tych, którzy chcą mieć obok ludzi, na których mogą polegać, niekoniecznie wikłając się w związki. Wyobraź sobie duży dom ze sporą wspólną przestrzenią na gotowanie, relaks i różne twórcze przedsięwzięcia, ale też z miejscem, gdzie można uciec, kiedy potrzebujesz prywatności. Wyobraź sobie, że otaczają cię ludzie, którzy wydobywają z ciebie najlepsze cechy, którzy cię inspirują i przy których nie krępujesz się być sobą. Wyobraź sobie, że zawsze masz się do kogo odezwać, kiedy jest ci źle. Że możesz się komuś wygadać, kiedy trafia cię jasny szlag. Albo po prostu wypić z kimś kieliszek wina, kiedy zwyczajnie nie chcesz być sam i potrzebujesz towarzystwa.
Niektórzy by powiedzieli, że dzielenie domu z innymi ludźmi jest krokiem wstecz dla kogoś, kto przez długi czas miał własne mieszkanie. Ale ja tego tak nie widzę. To po prostu krok w innym kierunku. Kto powiedział, że wszyscy musimy znajdować radość i spełnienie w tych samych rzeczach? Kto powiedział, że wszyscy musimy pragnąć takiego samego życia?
Więc pomysł jest. Na razie tylko tyle, ale mam nadzieję, że z czasem uda się go zrealizować.
Showing posts with label przemyślenia. Show all posts
Showing posts with label przemyślenia. Show all posts
Wednesday, 13 June 2018
Thursday, 11 May 2017
Tam dom twój, gdzie dziwactwa twoje.
Kiedy przyjechałam do Wielkiej Brytanii, nie mogłam zrozumieć, jak można pić herbatę z mlekiem. W Polsce robiły to tylko ciężarne i karmiące kobiety, a ja nie byłam ani jedną, ani drugą. Uparcie broniłam swoich racji i wzbogacałam smak mojej herbaty miodem i cytryną, ignorując dziwne spojrzenia ze strony pracowników kawiarni i kolegów z pracy.
12 lat później, siedzę za biurkiem, popijając herbatkę z mlekiem, i nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.
Kiedy przeprowadzasz się do nowego kraju, pewne rzeczy nieuchronnie cię zaskakują. Do niektórych przyzwyczajasz się dość szybko. Dziś nie wiem, jak żyłam bez całodobowego sklepu pod domem, kasjerów podających mi resztę prosto do ręki i porządnego angielskiego śniadania (ale bez fasolki). Do innych, jak właśnie do herbaty z mlekiem czy jeżdżenia po "niewłaściwej" stronie ulicy, przyzwyczajałam się stopniowo, ale w końcu stały się zwyczajne i normalne. Przyswajasz slangowe wyrażenia i idiomy, i nawet, jeśli mówisz z wyraźnym akcentem, sam język, którego używasz, markuje cię jako "tutejszego". Bez zbędnych starań, zapuszczasz korzenie. Jesteś w domu.
Ja jestem.
Wciąż są rzeczy, do których nie mogę się przyzwyczaić. Jak na przykład dwa krany. Podczas kiedy na całym świecie z kranu leci woda, której można dotknąć, Brytyjczycy nadal upierają się przy: a) wrzątku, b) lodowatej wodzie. Serio, dlaczego?
Albo taki Marmite. Podobno są ludzie, którzy go lubią. Podejrzewam, że są skrytymi masochistami.
Albo obsesja na punkcie ogródków. Nie ma znaczenia, że twój ma wielkość kartki A4, czasem spędzenie dnia w lokalnym centrum ogrodniczym jest absolutnie niezbędne.
Są pewne brytyjskie dziwactwa, których nawet Brytyjczycy nie rozumieją, i nie ma w tym nic złego. Bo czasem nie chodzi o to, by zrozumieć. Czasem wystarczy po prostu zachować spokój i robić swoje.
12 lat później, siedzę za biurkiem, popijając herbatkę z mlekiem, i nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.
Kiedy przeprowadzasz się do nowego kraju, pewne rzeczy nieuchronnie cię zaskakują. Do niektórych przyzwyczajasz się dość szybko. Dziś nie wiem, jak żyłam bez całodobowego sklepu pod domem, kasjerów podających mi resztę prosto do ręki i porządnego angielskiego śniadania (ale bez fasolki). Do innych, jak właśnie do herbaty z mlekiem czy jeżdżenia po "niewłaściwej" stronie ulicy, przyzwyczajałam się stopniowo, ale w końcu stały się zwyczajne i normalne. Przyswajasz slangowe wyrażenia i idiomy, i nawet, jeśli mówisz z wyraźnym akcentem, sam język, którego używasz, markuje cię jako "tutejszego". Bez zbędnych starań, zapuszczasz korzenie. Jesteś w domu.
Ja jestem.
Wciąż są rzeczy, do których nie mogę się przyzwyczaić. Jak na przykład dwa krany. Podczas kiedy na całym świecie z kranu leci woda, której można dotknąć, Brytyjczycy nadal upierają się przy: a) wrzątku, b) lodowatej wodzie. Serio, dlaczego?
![]() |
| Hmm. Odmrożenia czy oparzenia? Trudny wybór... |
Albo taki Marmite. Podobno są ludzie, którzy go lubią. Podejrzewam, że są skrytymi masochistami.
Albo obsesja na punkcie ogródków. Nie ma znaczenia, że twój ma wielkość kartki A4, czasem spędzenie dnia w lokalnym centrum ogrodniczym jest absolutnie niezbędne.
![]() |
| "Mój ogród to moja duma." |
Są pewne brytyjskie dziwactwa, których nawet Brytyjczycy nie rozumieją, i nie ma w tym nic złego. Bo czasem nie chodzi o to, by zrozumieć. Czasem wystarczy po prostu zachować spokój i robić swoje.
Wednesday, 10 May 2017
Ponury got, radosny got. Obalamy mity.
Jest piękny, słoneczny dzień, a ja siedzę na tarasie w pracy, zajadając pyszny lunch. Wokół mnie rozbrzmiewają odgłosy ruchliwego miasta. Przewracam stronę książki, którą właśnie czytam. Za kilka godzin będę w domu, przytulę koty. Pewnie coś tam upichcę, może posłucham muzyki, może obejrzę film. Będę się cieszyć drobiazgami.
Jak zawsze.
Jest taki popularny mit, że goci są zawsze ponurzy, nieszczęśliwi i/lub wściekli. Że nigdy się nie uśmiechamy i na okrągło narzekamy na wszystko i wszystkich. Że wszystkich nas łączy głęboka niechęć do życia i świata.
Wiadomość dnia: to totalna bzdura.
Jeśli w to nie wierzysz, zrób mi przysługę i wybierz się raz do gotyckiego klubu. Widzisz tych wszystkich świrów i dziwaków, radośnie pląsających po parkiecie w rytm Siouxsie and the Banshees i śpiewających w głos razem z Peterem Murphym? Tak, te zdumiewająco żywotne stworzenia to właśnie goci. Pewnie, zawsze znajdzie się ktoś, kto snuje się po klubie ze smutną miną, zwykle nie bez powodu: skończyły mu się pieniądze na piwo, poprztykał się z przyjacielem, a może po prostu jest trochę zmęczony. Każdemu może się zdarzyć, prawda? I tak, część z tych wesolutkich jest taka dzięki rozmaitym substancjom. Krótko mówiąc, jak w każdym innym klubie.
Jeśli spodziewasz się ujrzeć samotne, smutne kreatury, chowające się po kątach i piszące pełną gniewu poezję albo płaczące nad losem świata, to mocno się zaskoczysz. Zamiast tego zobaczysz gromadki ludzi rozmawiających ze sobą, pijących, tańczących. Ba, niektórzy z nich mogą się nawet - o zgrozo! - uśmiechać.
Zmierzam do tego, że choć wyglądamy inaczej niż większość ludzi i lubimy inne rzeczy, ale potrafimy się też cieszyć zwykłymi drobiazgami. jak każdy inny człowiek. Ba, powiedziałabym nawet, że mamy więcej powodów do radości niż nie-goci. Bo radują nas rzeczy "normalne" (kubek kawy o poranku, dobre jedzenie, spacer nad rzeką) i te trochę mroczniejsze (nocna burza z piorunami, filmik ze słodkim nietoperkiem, mrożąca krew w żyłach książka).
To, że nosimy się na czarno, wcale nie oznacza, że nasze życia to jedna wielka czarna mizeria, tak samo, jak ludzie, którzy preferują pastele, nie muszą być wiecznie uśmiechnięci i zadowoleni. Nikt zresztą nie wysnuł jeszcze tak absurdalnego przypuszczenia, więc dlaczego wysnuwać równie idiotyczne na temat gotów?
Jak zawsze.
Jest taki popularny mit, że goci są zawsze ponurzy, nieszczęśliwi i/lub wściekli. Że nigdy się nie uśmiechamy i na okrągło narzekamy na wszystko i wszystkich. Że wszystkich nas łączy głęboka niechęć do życia i świata.
Wiadomość dnia: to totalna bzdura.
Jeśli w to nie wierzysz, zrób mi przysługę i wybierz się raz do gotyckiego klubu. Widzisz tych wszystkich świrów i dziwaków, radośnie pląsających po parkiecie w rytm Siouxsie and the Banshees i śpiewających w głos razem z Peterem Murphym? Tak, te zdumiewająco żywotne stworzenia to właśnie goci. Pewnie, zawsze znajdzie się ktoś, kto snuje się po klubie ze smutną miną, zwykle nie bez powodu: skończyły mu się pieniądze na piwo, poprztykał się z przyjacielem, a może po prostu jest trochę zmęczony. Każdemu może się zdarzyć, prawda? I tak, część z tych wesolutkich jest taka dzięki rozmaitym substancjom. Krótko mówiąc, jak w każdym innym klubie.
Jeśli spodziewasz się ujrzeć samotne, smutne kreatury, chowające się po kątach i piszące pełną gniewu poezję albo płaczące nad losem świata, to mocno się zaskoczysz. Zamiast tego zobaczysz gromadki ludzi rozmawiających ze sobą, pijących, tańczących. Ba, niektórzy z nich mogą się nawet - o zgrozo! - uśmiechać.
Zmierzam do tego, że choć wyglądamy inaczej niż większość ludzi i lubimy inne rzeczy, ale potrafimy się też cieszyć zwykłymi drobiazgami. jak każdy inny człowiek. Ba, powiedziałabym nawet, że mamy więcej powodów do radości niż nie-goci. Bo radują nas rzeczy "normalne" (kubek kawy o poranku, dobre jedzenie, spacer nad rzeką) i te trochę mroczniejsze (nocna burza z piorunami, filmik ze słodkim nietoperkiem, mrożąca krew w żyłach książka).
![]() |
| Nemi wie, jak cieszyć się z małych rzeczy. |
To, że nosimy się na czarno, wcale nie oznacza, że nasze życia to jedna wielka czarna mizeria, tak samo, jak ludzie, którzy preferują pastele, nie muszą być wiecznie uśmiechnięci i zadowoleni. Nikt zresztą nie wysnuł jeszcze tak absurdalnego przypuszczenia, więc dlaczego wysnuwać równie idiotyczne na temat gotów?
Saturday, 6 May 2017
20 rzeczy, których nie usłyszysz od gota.
No więc dziś rano wciągnęła mnie YouTube'owa czarna dziura. Każdemu się zdarza: oglądasz jedno video, potem kolejne, aż nagle okazuje się, że minęły trzy godziny... Mniejsza o to. W każdym razie przypadkiem trafiłam na ten filmik, i ten, i jeszcze ten. Jeśli masz ochotę trochę się pośmiać, koniecznie je obejrzyj. Serio.
Naturalnie, w mojej głowie natychmiast zaczęła się formować moja własna lista rzeczy, których got z pewnością nie powie. A że jestem noga, jeśli idzie o nagrywanie i edytowanie filmów, postanowiłam spisać to wszystko, zanim zniknie na dobre w mrokach niepamięci.*
I oto jest: 20 rzeczy, których got nie powie.
*Jakież to gotyckie, c'nie?
Naturalnie, w mojej głowie natychmiast zaczęła się formować moja własna lista rzeczy, których got z pewnością nie powie. A że jestem noga, jeśli idzie o nagrywanie i edytowanie filmów, postanowiłam spisać to wszystko, zanim zniknie na dobre w mrokach niepamięci.*
I oto jest: 20 rzeczy, których got nie powie.
- "Uwielbiam robić zakupy wiosną i latem. Tyle ślicznych pasteli i kwiatowych motywów! Zimowe ubrania są potwornie nudne. Pamiętasz zeszłą jesień? Wszędzie tylko czarny aksamit. Komu to potrzebne?"
- "Oczywiście, że możesz dotknąć moich włosów i tatuaży i ubrań! Wiem, że wcale nie pytałeś o zgodnę, ale naprawdę nie musisz. To przecież zupełnie normalna sprawa. Nie ma nic złego w naruszaniu osobistej przestrzeni kogoś, kto wygląda trochę nietypowo."
- "Ech, chyba robię się za stara na te wszystkie gotyckie bzdury."

Starość też radość. - "Wave Gotik Treffen? Nieee, lepiej jedźmy gdzieś w ciepłe kraje, będziemy leżeć nad basenem i pracować nad opalenizną."
- "Ojej, jaka ładna sukienka! Ciekawe, czy mają ją w różowym."
- "Czy ja aby nie przesadziłam z eyelinerem?"
- "Nic tak mi nie schlebia jak chamski podryw ze strony przypadkowych buców i robienie ze mnie fetyszu przez spoconych wąsaczy."
- "Nietoperze? Fuj."
- "Ej, przypomnij mi, kiedy jest to całe Halloween."
- "No jasne, że czczę diabła. Masz rację, wszyscy goci to sataniści."
- "Faceci naprawdę nie powinni nosić makijażu, to nie w porządku."
- "Pewnie, że mogę ci zrobić makijaż na Kruka. W końcu jesteśmy przyjaciółmi."
- "Jeśli naprawdę chcesz być gotem, to lepiej zacznij się ciąć."
- "Mój ulubiony gotycki zespół? Trudny wybór między Evanescence a Marilynem Mansonem."
- "No, czas zrobić pranie. Lepiej posortuję ubrania według koloru."

Czarno to widzę... - "Zmierzch to moja ukochana książka o wampirach. Tyle głębi, wspaniałe postaci... No, miodzio. To najlepsza historia miłosna, jaką widział świat."
- "Więc powiedział mi, że byłabym ładniejsza bez tego makijażu i kolczyków i czarnych ciuchów. No to się zmieniłam. I nie, on wcale nie jest dupkiem, on po prostu wie, co dla mnie dobre."
- "Jasne, że lubię, kiedy przypadkowi nieznajomi wytykają mnie palcami i krzyczą do mnie na ulicy. Gdyby nie oni, nigdy bym się nie domyśliła, że jestem gotem."
- "Zgadza się, idę na pogrzeb. W innych okolicznościach nie ubrałabym się przecież na czarno."
- "Dobra, mam wystarczająco dużo butów."
A może Wam, drodzy czytelnicy, przychodzi do głowy coś jeszcze? Albo jesteście gotami, a jednak zdarzyło Wam się powiedzieć coś z tej listy? Wprawdzie to mało prawdopodobne, ale są na tym świecie rzeczy, o których nie śniło się filozofom...
*Jakież to gotyckie, c'nie?
Labels:
alternatywnie,
ciuchy,
gotyk,
luzem,
przemyślenia,
życie
Wednesday, 29 March 2017
Syndrom niespokojnych nóg.
Od czasu do czasu nachodzi mnie ochota, żeby zrobić sobie urlop od rzeczywistości i wyruszyć na przygodę.
Tu, gdzie aktualnie mieszkam, to dość popularny zwyczaj, ale w moich rodzinnych stronach mało kto mógł sobie pozwolić na roczną przerwę między studiami czy szkołą a szukaniem pracy. Ktoś, kto urodził się w przeciętnej (czytaj: nieszczególnie bogatej) rodzinie, myślał raczej o tym, żeby od razu rzucić się w wir poszukiwania zatrudnienia. A jak już je znalazł, trzymał się go rękami i nogami, bo bezrobocie, wiadomo, więc czuł się szczęściarzem, że w ogóle coś złapał. Podróże? Jakie podróże? Może tydzień na plaży w Egipcie, jak dobrze pójdzie. Trzy albo cztery tygodnie wolnego? Zapomnij, możesz od razu złożyć wymówienie. A do tego wszystkiego dochodzi presja społeczeństwa, żeby się ustatkować, znaleźć męża/żonę, mieć dzieci...
W skrócie, jak już awansujesz na poważnego dorosłego, masz marne szanse na poważną przygodę.
Zawsze trochę zazdrościłam ludziom, którzy robią szalone rzeczy. No wiecie, tym, którzy rzucają robotę i jadą do Malawi budować sierocińce, albo przemierzać Azję na osiołku, albo coś w tym rodzaju. W porównaniu z takimi akcjami moja szalona przygoda wcale nie wydaje się tak szalona.
Bo widzicie, bardzo chciałabym przejechać się na rowerze od Land's End do John o' Groats. Sama.
Patrząc z szerszej perspektywy, te 1407 kilometrów to nic wielkiego. Da się to zrobić w dwa tygodnie, nie spiesząc się specjalnie, albo nawet mniej, jeśli pedałujesz ostro. Najtrudniejszym wyzwaniem dla mnie jest znalezienie czasu. Bo tak się składa, że zawsze mam już jakieś inne plany, a urlopu mało, oj, mało...
Ale obiecałam sobie, że zrobię to przed czterdziestymi urodzinami.

Trasa, znana w skrócie jako LEJOG, jest jedną z najpopularniejszych długodystansowych przejażdżek w Wielkiej Brytanii i prowadzi od najdalej wysuniętego na południowy zachód krańca po ten wysunięty na północny wschód. Zazwyczaj dobrze sobie radzę z planowaniem, ale tak długiej przejażdżki jeszcze sobie nie urządzałam, więc trochę wymiękam. Nawet myśl o pakowaniu mnie przeraża. Co wziąć? Ile czego? Po co? Co zostawić? Spać w namiocie (raczej nie) czy może w lokalnych hostelach (to zdecydowanie lepsza opcja)? Kiedy najlepiej jechać? Czy powinnam pedałować jak szalona, czy raczej nie spieszyć się i podziwiać widoki? Czy zrobić to dla frajdy, czy zebrać przy okazji trochę pieniędzy na cele dobroczynne? Tye pytań, tyle rzeczy do ogarnięcia.
Dla mnie największym wyzwanniem jest fakt, że chcę to zrobić sama. Bardzo lubię podróżować solo, ale długa przejażdżka rowerowa to zupełnie inna historia. Trzeba być wyjątkowo upartym, żeby pedałować nawet wtedy, gdy jest się zmęczonym. Żeby wsiąść na rower mimo protestów obolałego tyłka. Żeby rozwiązywać problemy, które niechybnie muszą się pojawić, bez czyjejkolwiek pomocy. Tak, trochę to straszne. Ale i ekscytujące trochę.
Jedno jest pewne: prędzej czy później zepnę się i to zrobię. Bo choć dla niektórych to małe piwo, dla mnie byłoby to nieliche osiągnięcie.
Wychodzi na to, że wszystko jest kwestią perspektywy.
Tuesday, 21 March 2017
Sztuka samotności.
- No to opowiadaj, co robiłaś w weekend? - pyta S., kiedy wpadam na nią w pochmurny poniedziałkowy poranek.
- A, nic specjalnego - odpowiadam. - Slimelight w sobotę, zakupy i lunch w pubie w niedzielę...
- Fajnie! Z kim? - pyta, zerkając na ekran telefonu.
- Wpadłam na parę znajomych na imprezie, ale poszłam sama. W niedzielę też. Było miło - mówię, obserwując jej palce śmigające po ekranie, piszące jakąś arcyważną wiadomość.
- Mogłaś zadzwonić - mówi S. - Głupio tak samemu.
Mogłam, owszem. Ale nie chciałam. Bo wcale nie uważam, żeby było głupio. I czasem lubię pobyć sama.
Niektórzy ludzie nie mogą znieść samotności. Tracą głowę, kiedy nie są otoczeni ludźmi. Nigdy nie robią niczego bez towarzystwa, a pomysł samotnego spaceru, wyjścia do pubu czy kina ich przerasta. Inni ludzie są dla nich jak kotwica. Potrzebują towarzystwa, żeby czuć, że istnieją.
Nie mówię, że to złe. Ja po prostu nigdy nie byłam tym typem człowieka.
Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem kompletnie aspołeczna. Niektóre sytuacje i doświadczenia, takie jak festiwale, koncerty i wyjścia do klubów, są lepsze, kiedy dzieli się je z innymi.
Ale są i rzeczy, które są równie dobre (jeśli nie lepsze), kiedy doświadcza się ich solo.
Weźmy, na przykład, podróżowanie. Pewnie, fajnie jest wyjechać z ekipą znajomych albo z Misiem Pysiem/Kochaniem/Słoneczkiem, ale jest coś wyjątkowo relaksującego w podróżowaniu samemu. Po pierwsze, żadnych kompromisów: ty wybierasz, gdzie jechać, co robić, co jeść; ty decydujesz, czy wolisz rejs all inclusive, czy włóczęgę z plecakiem i namiotem gdzieś w górach. Od ciebie zależy, czy spędzisz wieczór w lokalnym barze, upijając się i tańcząc z nieznajomymi, czy może na plaży, obserwując gwiazdy. Żadnych kłótni, żadnego narzekania, żadnego ciągnięcia kogoś za sobą wbrew jego woli. Żadnych problemów. Piękna sprawa, prawda?
Albo takie zakupy, które z nieznanych mi przyczyn niektórzy uważają za towarzyską rozrywkę. Ja tam zdecydowanie wolę zakupy w samotności. Dziwnym trafem, kiedy włóczę się po sklepach ze znajomymi, zawsze wracam z pustymi rękoma. Zawsze jest ktoś, kto potrzebuje rady i pomocy, albo ktoś, kto nie wejdzie do określonych sklepów, bo nie i już, albo ktoś, kto próbuje cię namówić, żebyś przymierzyła tę rzecz, która jest kompletnie nie w twoim stylu i w której w życiu nie wyszłabyś na ulicę, albo ktoś, kto sprzątnie ci sprzed nosa coś, na co polowałaś, i będzie udawać, że nie zauważył, albo ktoś, kto kręci nosem na lumpeksy... Ja w ogóle nie przepadam za zakupami (poza lumpeksowymi właśnie), ale jeśli już wybieram się na przechadzkę po sklepach, to sama. Trochę tak, jakbym szła na jakąś specjalną misję. Dzięki temu szybko mam sprawę z głowy i mogę się zająć ważniejszymi rzeczami, takimi jak czytanie albo gry video.
Kolejna rzecz, której nie rozumiem, to podejście do jedzenia solo w restauracjach. Szybki burger w McDonaldzie jest jeszcze OK, ale stolik dla jednej osoby w przytulnej knajpce to zupełnie inna sprawa. A przecież nie ma nic złego w takiej "randce" ze sobą. Ja już przestałam się czerwienić, kiedt kelner pyta mnie, czy będę jadła sama, czy może na kogoś czekam; myślę, że życie w dużym mieście pomaga trochę oswoić się z jedzeniem na mieście solo. Do niedawna chowałam się za książką albo wpatrywałam się w ekran telefonu, ale robię to coraz rzadziej; po prostu cieszę się jedzeniem, atmosferą i... dobrym towarzystwem. W dzisiejszym świecie jesteśmy bezustannie bombardowani bodźcami i wiadomościami, przyklejeni do ekranów, zawsze dostępni. A ja czasem lubię się kompletnie wyłączyć.
A więc taka mała rada. Chcesz pojechać do Kopenhagi na weekend, albo odwiedzić tę nową restaurację za rogiem, albo iść na koncert tego zespołu, o którym twoi znajomi nie słyszeli? Zrób to. Bo jeśli będziesz czekać na towarzystwo, istnieje szansa, że się nie doczekasz. Bo z takich właśnie drobnych doświadczeń składa się życie. Szkoda by było, gdyby cię ominęło.
- A, nic specjalnego - odpowiadam. - Slimelight w sobotę, zakupy i lunch w pubie w niedzielę...
- Fajnie! Z kim? - pyta, zerkając na ekran telefonu.
- Wpadłam na parę znajomych na imprezie, ale poszłam sama. W niedzielę też. Było miło - mówię, obserwując jej palce śmigające po ekranie, piszące jakąś arcyważną wiadomość.
- Mogłaś zadzwonić - mówi S. - Głupio tak samemu.
Mogłam, owszem. Ale nie chciałam. Bo wcale nie uważam, żeby było głupio. I czasem lubię pobyć sama.
Niektórzy ludzie nie mogą znieść samotności. Tracą głowę, kiedy nie są otoczeni ludźmi. Nigdy nie robią niczego bez towarzystwa, a pomysł samotnego spaceru, wyjścia do pubu czy kina ich przerasta. Inni ludzie są dla nich jak kotwica. Potrzebują towarzystwa, żeby czuć, że istnieją.
Nie mówię, że to złe. Ja po prostu nigdy nie byłam tym typem człowieka.
Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem kompletnie aspołeczna. Niektóre sytuacje i doświadczenia, takie jak festiwale, koncerty i wyjścia do klubów, są lepsze, kiedy dzieli się je z innymi.
Ale są i rzeczy, które są równie dobre (jeśli nie lepsze), kiedy doświadcza się ich solo.
Weźmy, na przykład, podróżowanie. Pewnie, fajnie jest wyjechać z ekipą znajomych albo z Misiem Pysiem/Kochaniem/Słoneczkiem, ale jest coś wyjątkowo relaksującego w podróżowaniu samemu. Po pierwsze, żadnych kompromisów: ty wybierasz, gdzie jechać, co robić, co jeść; ty decydujesz, czy wolisz rejs all inclusive, czy włóczęgę z plecakiem i namiotem gdzieś w górach. Od ciebie zależy, czy spędzisz wieczór w lokalnym barze, upijając się i tańcząc z nieznajomymi, czy może na plaży, obserwując gwiazdy. Żadnych kłótni, żadnego narzekania, żadnego ciągnięcia kogoś za sobą wbrew jego woli. Żadnych problemów. Piękna sprawa, prawda?
Albo takie zakupy, które z nieznanych mi przyczyn niektórzy uważają za towarzyską rozrywkę. Ja tam zdecydowanie wolę zakupy w samotności. Dziwnym trafem, kiedy włóczę się po sklepach ze znajomymi, zawsze wracam z pustymi rękoma. Zawsze jest ktoś, kto potrzebuje rady i pomocy, albo ktoś, kto nie wejdzie do określonych sklepów, bo nie i już, albo ktoś, kto próbuje cię namówić, żebyś przymierzyła tę rzecz, która jest kompletnie nie w twoim stylu i w której w życiu nie wyszłabyś na ulicę, albo ktoś, kto sprzątnie ci sprzed nosa coś, na co polowałaś, i będzie udawać, że nie zauważył, albo ktoś, kto kręci nosem na lumpeksy... Ja w ogóle nie przepadam za zakupami (poza lumpeksowymi właśnie), ale jeśli już wybieram się na przechadzkę po sklepach, to sama. Trochę tak, jakbym szła na jakąś specjalną misję. Dzięki temu szybko mam sprawę z głowy i mogę się zająć ważniejszymi rzeczami, takimi jak czytanie albo gry video.
Kolejna rzecz, której nie rozumiem, to podejście do jedzenia solo w restauracjach. Szybki burger w McDonaldzie jest jeszcze OK, ale stolik dla jednej osoby w przytulnej knajpce to zupełnie inna sprawa. A przecież nie ma nic złego w takiej "randce" ze sobą. Ja już przestałam się czerwienić, kiedt kelner pyta mnie, czy będę jadła sama, czy może na kogoś czekam; myślę, że życie w dużym mieście pomaga trochę oswoić się z jedzeniem na mieście solo. Do niedawna chowałam się za książką albo wpatrywałam się w ekran telefonu, ale robię to coraz rzadziej; po prostu cieszę się jedzeniem, atmosferą i... dobrym towarzystwem. W dzisiejszym świecie jesteśmy bezustannie bombardowani bodźcami i wiadomościami, przyklejeni do ekranów, zawsze dostępni. A ja czasem lubię się kompletnie wyłączyć.
A więc taka mała rada. Chcesz pojechać do Kopenhagi na weekend, albo odwiedzić tę nową restaurację za rogiem, albo iść na koncert tego zespołu, o którym twoi znajomi nie słyszeli? Zrób to. Bo jeśli będziesz czekać na towarzystwo, istnieje szansa, że się nie doczekasz. Bo z takich właśnie drobnych doświadczeń składa się życie. Szkoda by było, gdyby cię ominęło.
Sunday, 12 March 2017
10 rzeczy, bez których nie mogłabym żyć.
Wiadomo wszem i wobec, że wszyscy potrzebujemy powietrza do oddychania, wody i jedzenia do funkcjonowania i ubrań na grzbiecie, żeby nie wyglądać głupio w miejscach publicznych. Ale poza tymi podstawowymi rzeczami, czy jest coś, bez czego nie umiecie żyć? Nie dosłownie, oczywiście, ale co sprawia, że Wasze życie ma sens?
Ja mam skłonność do ekscytowania się wieloma rzeczami i zdarza mi się mówić, że nie mogłabym żyć bez tego czy tamtego. Wygląda na to, że popadanie w przesadę jest jedną z tych rzeczy, bez których nie mogę i już. Ale tak zupełnie poważnie, trudno było mi wybrać tylko 10 rzeczy. Tak trudno, że sporządzenie tej listy zajęło mi dobre trzy dni, a i tak czuję, że nie jest kompletna i czegoś na niej brakuje. Ale cóż, ofiary muszą być.
Oto moja lista:
1. Książki. To była pierwsza rzecz, która przyszła mi na myśl, i jedna z niewielu pozycji na liście, która nie podlegała dyskusji. Zawsze dużo czytałam i choć wiele rzeczy się zmieniło, ta jedna pozostała taka sama. W całej rozciągłości zgadzam się z tym, co napisał George R. R. Martin: "Czytelnik może żyć życiem tysiąca ludzi, zanim umrze. (…) Człowiek, który nie czyta, ma tylko jedno życie."
2. Podróże. Jako dziecko nigdzie nie jeździłam, wakacje spędzałam u babci albo z rodziną, pod namiotem nad jednym z kaszubskich jezior. Teraz czuję się tak, jakbym próbowała nadrobić zaległości i zobaczyć tak dużo świata, jak się da. Robię się niespokojna, jeśli przez dłuższy czas nie pojadę choćby w jedno nowe miejsce.
3. Muzyka. Fascynuje mnie fakt, że różne kombinacje dźwięków mogą wywoływać tyle emocji. Nie przepadam za tłumami, ale lubię chodzić na koncerty. Jest coś magicznego w słuchaniu utworu, który słyszało się setki razy, wykonywanego na żywo na scenie. Poza tym, choć nadal słucham wielu rzeczy, które towarzyszyły mi, gdy dorastałam, lubię odkrywać nową muzykę.
4. Kawa. Wyjaśnienia są zbędne.
5. Przyjaciele. Choć jestem trochę samotnikiem z natury, lubię wiedzieć, że gdzieś tam są ludzie, na których mogę polegać, jeśli życie wywróci mi się do góry nogami,
6. Rodzina. Napisałam kiedyś notkę na temat mojej fantastycznej najbliższej rodziny, i naprawdę nie wyobrażam sobie życia bez nich. Żałuję tylko, że tak rzadko się widzimy.
7. Makijaż. Nie obchodzi mnie, jak płytko to zabrzmi. Czuję się, jakbym miała supermoce, kiedy upaćkam twarz kosmetykami, a wyrazista pomadka natychmiastowo poprawia mi humor.
8. Próbowanie nowych rzeczy. Bez tego życie byłoby okropnie nudne. Nowe potrawy, nowe ćwiczenia, nowe hobby... Jestem typem osoby, która jest gotowa spróbować (prawie) wszystkiego raz w życiu, żeby się przekonać, czy to lubi.
9. Praca. Ludzie często mówią, że gdyby wygrali dużą sumę na loterii, rzuciliby pracę w cholerę. Ja do tych ludzi nie należę. Pewnie wzięłabym kilka miesięcy wolnego, spędziła trochę czasu podróżując po świecie, a potem wróciła do pracy. Może to dziwnie zabrzmi, ale potrzebuję trochę porządku i struktury na co dzień, inaczej pewnie tylko marnowałabym czas i w końcu popadła w depresję.
10. Czas dla siebie. Nie zrozumcie mnie źle, lubię przebywać wśród ludzi, ale jeśli trwa to dłużej niż dzień lub dwa, zwyczajnie się wypalam. Kiedy jestem sama, ładuję baterie, relaksuję się, a moje nastroje stają się łatwiejsze do opanowania. Więc jeśli kiedyś wyślesz mi wiadomość, a ja nie będę odpowiadać przez jakiś czas, to nie dlatego, że Cię nie lubię; to dlatego, że pewnie właśnie ładuję akumulatory.
A Wy bez czego nie wyobrażacie sobie życia?
Ja mam skłonność do ekscytowania się wieloma rzeczami i zdarza mi się mówić, że nie mogłabym żyć bez tego czy tamtego. Wygląda na to, że popadanie w przesadę jest jedną z tych rzeczy, bez których nie mogę i już. Ale tak zupełnie poważnie, trudno było mi wybrać tylko 10 rzeczy. Tak trudno, że sporządzenie tej listy zajęło mi dobre trzy dni, a i tak czuję, że nie jest kompletna i czegoś na niej brakuje. Ale cóż, ofiary muszą być.
Oto moja lista:
1. Książki. To była pierwsza rzecz, która przyszła mi na myśl, i jedna z niewielu pozycji na liście, która nie podlegała dyskusji. Zawsze dużo czytałam i choć wiele rzeczy się zmieniło, ta jedna pozostała taka sama. W całej rozciągłości zgadzam się z tym, co napisał George R. R. Martin: "Czytelnik może żyć życiem tysiąca ludzi, zanim umrze. (…) Człowiek, który nie czyta, ma tylko jedno życie."
2. Podróże. Jako dziecko nigdzie nie jeździłam, wakacje spędzałam u babci albo z rodziną, pod namiotem nad jednym z kaszubskich jezior. Teraz czuję się tak, jakbym próbowała nadrobić zaległości i zobaczyć tak dużo świata, jak się da. Robię się niespokojna, jeśli przez dłuższy czas nie pojadę choćby w jedno nowe miejsce.
3. Muzyka. Fascynuje mnie fakt, że różne kombinacje dźwięków mogą wywoływać tyle emocji. Nie przepadam za tłumami, ale lubię chodzić na koncerty. Jest coś magicznego w słuchaniu utworu, który słyszało się setki razy, wykonywanego na żywo na scenie. Poza tym, choć nadal słucham wielu rzeczy, które towarzyszyły mi, gdy dorastałam, lubię odkrywać nową muzykę.
4. Kawa. Wyjaśnienia są zbędne.
5. Przyjaciele. Choć jestem trochę samotnikiem z natury, lubię wiedzieć, że gdzieś tam są ludzie, na których mogę polegać, jeśli życie wywróci mi się do góry nogami,
6. Rodzina. Napisałam kiedyś notkę na temat mojej fantastycznej najbliższej rodziny, i naprawdę nie wyobrażam sobie życia bez nich. Żałuję tylko, że tak rzadko się widzimy.
7. Makijaż. Nie obchodzi mnie, jak płytko to zabrzmi. Czuję się, jakbym miała supermoce, kiedy upaćkam twarz kosmetykami, a wyrazista pomadka natychmiastowo poprawia mi humor.
8. Próbowanie nowych rzeczy. Bez tego życie byłoby okropnie nudne. Nowe potrawy, nowe ćwiczenia, nowe hobby... Jestem typem osoby, która jest gotowa spróbować (prawie) wszystkiego raz w życiu, żeby się przekonać, czy to lubi.
9. Praca. Ludzie często mówią, że gdyby wygrali dużą sumę na loterii, rzuciliby pracę w cholerę. Ja do tych ludzi nie należę. Pewnie wzięłabym kilka miesięcy wolnego, spędziła trochę czasu podróżując po świecie, a potem wróciła do pracy. Może to dziwnie zabrzmi, ale potrzebuję trochę porządku i struktury na co dzień, inaczej pewnie tylko marnowałabym czas i w końcu popadła w depresję.
10. Czas dla siebie. Nie zrozumcie mnie źle, lubię przebywać wśród ludzi, ale jeśli trwa to dłużej niż dzień lub dwa, zwyczajnie się wypalam. Kiedy jestem sama, ładuję baterie, relaksuję się, a moje nastroje stają się łatwiejsze do opanowania. Więc jeśli kiedyś wyślesz mi wiadomość, a ja nie będę odpowiadać przez jakiś czas, to nie dlatego, że Cię nie lubię; to dlatego, że pewnie właśnie ładuję akumulatory.
A Wy bez czego nie wyobrażacie sobie życia?
Thursday, 23 February 2017
Nowe wspaniałe światy, albo o ostatnim odkryciu NASA.
Naukowcy od lat powtarzają, że znalezienie planety podobnej do Ziemi to nie kwestia "jeśli", a "kiedy". W końcu w ogromie kosmosu musi być przynajmniej jedna planeta, na której mogłoby istnieć życie (albo raczej życie w takiej formie, którą znamy, czyli oparte na węglu). Niedawne odkrycie układu planet zbliżonych rozmiarem do Ziemi i orbitujących wokół gwiazdy TRAPPIST-1, potwierdza, że mieli rację.
Trzy z odkrytych planet znajdują się w strefie, w której temperatury nie są ani zbyt wysokie, ani zbyt niskie, by mogła na nich istnieć woda w stanie ciekłym, a co za tym idzie, życie. Jest jeszcze coś: układ TRAPPIST-1 znajduje się zaledwie 40 lat świetlnych od Ziemi. W tej chwili wydaje się, że to dystans niemożliwy do pokonania, ale wiele rzeczy uważano kiedyś za niemożliwe, a teraz są realne, bo ktoś kiedyś postanowił udowodnić światu, że tak nie jest. Jako społeczeństwo jesteśmy być może coraz bardziej zamknięci w swoich prywatnych bańkach pracy, codzienności, portali społecznościowych i przyziemnych spraw, ale wciąż są ludzie, którzy widzą dalej i szukają nieznanego.
Kilka dni temu widziałam "Ukryte działania", znakomity film o trzech genialnych czarnych kobietach-naukowcach, które przyczyniły się do sukcesu jednej z największych operacji NASA: wystrzelenia Johna Glenna na orbitę. Ta nieprawdopodobna, a jednak prawdziwa historia jest dowodem na to, że ludzka ciekawość świata potrafi przełamać niejedną barierę i pozwolić nam zdać sobie sprawę, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy ludźmi. Jeśli się zjednoczymy, możemy osiągnąć wszystko. Tak, wiem, że to brzmi pompatycznie, ale naprawdę w to wierzę.
Czasem się zastanawiam, co by się stało, gdyby obca cywilizacja nawiązała z nami kontakt. Czy nadal kłócilibyśmy się o drobiazgi? Czy niektórzy próbowaliby udowodnić, że są lepsi niż inni? A może choć raz pokazalibyśmy się z dobrej strony, zjednoczeni pod jednym sztandarem ludzkości? Może obce cywilizacje miały już Ziemię na oku, ale odpuściły, bo zauważyły, że ludzie są zbyt podzieleni i nie ma sensu zawracać sobie nimi głowy?
Tak czy inaczej, odkrycie NASA sprawia, że perspektywa znalezienia życia w kosmosie jest coraz bardziej realna. Chociaż nadal nie potwierdzono odkrycia wody na żadnej z siedmiu planet, a ich atmosfery muszą zostać dokładnie zbadane, to wielki krok naprzód.
Mam nadzieję, że to tylko jeden z wielu w niedalekiej przyszłości.
Trzy z odkrytych planet znajdują się w strefie, w której temperatury nie są ani zbyt wysokie, ani zbyt niskie, by mogła na nich istnieć woda w stanie ciekłym, a co za tym idzie, życie. Jest jeszcze coś: układ TRAPPIST-1 znajduje się zaledwie 40 lat świetlnych od Ziemi. W tej chwili wydaje się, że to dystans niemożliwy do pokonania, ale wiele rzeczy uważano kiedyś za niemożliwe, a teraz są realne, bo ktoś kiedyś postanowił udowodnić światu, że tak nie jest. Jako społeczeństwo jesteśmy być może coraz bardziej zamknięci w swoich prywatnych bańkach pracy, codzienności, portali społecznościowych i przyziemnych spraw, ale wciąż są ludzie, którzy widzą dalej i szukają nieznanego.
Kilka dni temu widziałam "Ukryte działania", znakomity film o trzech genialnych czarnych kobietach-naukowcach, które przyczyniły się do sukcesu jednej z największych operacji NASA: wystrzelenia Johna Glenna na orbitę. Ta nieprawdopodobna, a jednak prawdziwa historia jest dowodem na to, że ludzka ciekawość świata potrafi przełamać niejedną barierę i pozwolić nam zdać sobie sprawę, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy ludźmi. Jeśli się zjednoczymy, możemy osiągnąć wszystko. Tak, wiem, że to brzmi pompatycznie, ale naprawdę w to wierzę.
Czasem się zastanawiam, co by się stało, gdyby obca cywilizacja nawiązała z nami kontakt. Czy nadal kłócilibyśmy się o drobiazgi? Czy niektórzy próbowaliby udowodnić, że są lepsi niż inni? A może choć raz pokazalibyśmy się z dobrej strony, zjednoczeni pod jednym sztandarem ludzkości? Może obce cywilizacje miały już Ziemię na oku, ale odpuściły, bo zauważyły, że ludzie są zbyt podzieleni i nie ma sensu zawracać sobie nimi głowy?
Tak czy inaczej, odkrycie NASA sprawia, że perspektywa znalezienia życia w kosmosie jest coraz bardziej realna. Chociaż nadal nie potwierdzono odkrycia wody na żadnej z siedmiu planet, a ich atmosfery muszą zostać dokładnie zbadane, to wielki krok naprzód.
Mam nadzieję, że to tylko jeden z wielu w niedalekiej przyszłości.
Thursday, 19 January 2017
"Mój czarny jest czarniejszy niż twój czarny", albo o elityzmie w subkulturach.
Kilka dni temu Angela Benedict umieściła na swoim kanale ten filmik, w którym w ciągu pięciu minut przechodzi metamorfozę z minimalistycznego gotyku w stylu lat 90. w popularny obecnie styl nu-goth. Ale ta transformacja to tylko tło dla przekazu, który jej towarzyszy i słów, które pojawiają się na ekranie.
"Jesteś zbyt zwyczajna, by być prawdziwą gotką."
"Wyglądasz tak normalnie."
"Tylko pozerzy łagodzą wizerunek do pracy."
Jeśli jesteś (albo kiedyś byłeś) przynajmniej odrobinę alternatywny, jest duża szansa, że słyszałeś już te słowa. Jest też szansa, że sam je wypowiedziałeś.
Jeśli należysz do tej drugiej kategorii, z przykrością stwierdzam, że nie znam Cię, ale już Cię nie lubię.
No bo pomyśl: jako przedstawiciele tej czy innej subkultury, jesteśmy wiecznie oceniani przez innych. Jesteśmy bombardowani krzywymi spojrzeniami, komentarzami na temat tego, co mamy na sobie, wytykani palcami, bo mamy dziwaczne włosy, kolczyki i tatuaże, i jestem pewna, że nikt z nas za tym nie przepada.
Dlaczego więc robimy to samo innym ludziom? Kim jesteśmy, by oceniać, kto jest prawdziwym gotem, a kto nie? Czy istnieje jakiś oficjalny Przewodnik Młodego Gota (tudzież jego odpowiednik dla dowolnej subkultury), z którego można się dowiedzieć, co powinniśmy lubić/robić/nosić, by zostać uznanych za "tró"? Czy naprawdę musimy być dla siebie nawzajem tak wredni, a potem narzekać, że scena umiera? Spoiler: umiera przez takich elitystycznych dupków jak Ty, którzy zamiast przyjąć nowy narybek z otwartymi ramionami i wskazywać mu drogę, odstraszają go na amen.
Większość z nas przeszła na alternatywną stronę mocy, bo nie chciała podążać za tłumem i dostosowywać się do zasad. Dlaczego więc niektórzy próbują tworzyć i egzekwować nowe?
Więc następnym razem, kiedy zaczniesz narzekać, że kluby się zamykają, koncertów jakby mało i nie masz żadnych przyjaciół z klimatu, zastanów się, czy przypadkiem nie jesteś częścią problemu.
"Jesteś zbyt zwyczajna, by być prawdziwą gotką."
"Wyglądasz tak normalnie."
"Tylko pozerzy łagodzą wizerunek do pracy."
Jeśli jesteś (albo kiedyś byłeś) przynajmniej odrobinę alternatywny, jest duża szansa, że słyszałeś już te słowa. Jest też szansa, że sam je wypowiedziałeś.
Jeśli należysz do tej drugiej kategorii, z przykrością stwierdzam, że nie znam Cię, ale już Cię nie lubię.
No bo pomyśl: jako przedstawiciele tej czy innej subkultury, jesteśmy wiecznie oceniani przez innych. Jesteśmy bombardowani krzywymi spojrzeniami, komentarzami na temat tego, co mamy na sobie, wytykani palcami, bo mamy dziwaczne włosy, kolczyki i tatuaże, i jestem pewna, że nikt z nas za tym nie przepada.
Dlaczego więc robimy to samo innym ludziom? Kim jesteśmy, by oceniać, kto jest prawdziwym gotem, a kto nie? Czy istnieje jakiś oficjalny Przewodnik Młodego Gota (tudzież jego odpowiednik dla dowolnej subkultury), z którego można się dowiedzieć, co powinniśmy lubić/robić/nosić, by zostać uznanych za "tró"? Czy naprawdę musimy być dla siebie nawzajem tak wredni, a potem narzekać, że scena umiera? Spoiler: umiera przez takich elitystycznych dupków jak Ty, którzy zamiast przyjąć nowy narybek z otwartymi ramionami i wskazywać mu drogę, odstraszają go na amen.
Większość z nas przeszła na alternatywną stronę mocy, bo nie chciała podążać za tłumem i dostosowywać się do zasad. Dlaczego więc niektórzy próbują tworzyć i egzekwować nowe?
Więc następnym razem, kiedy zaczniesz narzekać, że kluby się zamykają, koncertów jakby mało i nie masz żadnych przyjaciół z klimatu, zastanów się, czy przypadkiem nie jesteś częścią problemu.
Thursday, 5 January 2017
Więcej nie-postanowień noworocznych
Wspomniałam już kiedyś, że nie jestem najlepsza, jeśli idzie o postanowienia w ogóle, a postanowienia noworoczne w szczególności. Nic się w tej kwestii nie zmieniło. Podczas kiedy większość znajomych rzuca palenie, czekoladę i alkohol, i obiecuje więcej ćwiczyć, jeść zdrowo i być bardziej produktywnymi, ja w skrytości ducha zastanawiam się, jak szybko przejdzie im zapał. Wychodzę z założenia, że jeśli chcesz coś zmienić w swoim życiu, nie ma sensu czekać na nowy rok/kolejne urodziny/jakąś ważną datę. Najlepiej zacząć od razu.
Ale zbaczam z toru.
Więc w tym roku znów nie będzie postanowień. Zamiast tego będą plany, a konkretnie jeden plan: robić więcej rzeczy, które sprawiają mi frajdę.
Więcej muzyki na żywo, zwłaszcza tej mniej znanej. Odpuściłam sobie trochę na tym froncie, głównie trzymając się tego, co już znam i lubię, ale myślę, że pora wyściubić nos z pudełka i odkryć coś nowego.
Więcej kreatywności i, co najważniejsze, więcej pisania.
Więcej znaczących przyjaźni i mniej przelotnych znajomości, więcej pewności siebie i mniej poczucia winy, więcej miłości dla siebie, samoakceptacji i starego, dobrego egoizmu.
Tak więc dzień dobry, 2017. Planuję zrobić tak, żebyś był naprawdę fantastyczny.
Ale zbaczam z toru.
Więc w tym roku znów nie będzie postanowień. Zamiast tego będą plany, a konkretnie jeden plan: robić więcej rzeczy, które sprawiają mi frajdę.
Więcej muzyki na żywo, zwłaszcza tej mniej znanej. Odpuściłam sobie trochę na tym froncie, głównie trzymając się tego, co już znam i lubię, ale myślę, że pora wyściubić nos z pudełka i odkryć coś nowego.
Więcej kreatywności i, co najważniejsze, więcej pisania.
Więcej znaczących przyjaźni i mniej przelotnych znajomości, więcej pewności siebie i mniej poczucia winy, więcej miłości dla siebie, samoakceptacji i starego, dobrego egoizmu.
Tak więc dzień dobry, 2017. Planuję zrobić tak, żebyś był naprawdę fantastyczny.
Friday, 30 December 2016
Całkiem dobry rok.
2016 zbliża się ku końcowi, więc, naturalnie, myślę o wszystkim, co mnie spotkało w tym roku. Miałam lepsze i gorsze chwile, przeżyłam kilka bolesnych rozczarowań, ciosów prosto w serce i złych dni, ale stwierdzam, że to jednak był dobry rok.
Jeśli idzie o podróże, odwiedziłam kilka nowych miejsc, w tym przepiękny Edynburg i zupełnie odmnienioną Łódź. Ale najwspanialszą moją podróżą w tym roku była prawie miesięczna wyprawa na Syberię. Długo nosiłam się z zamiarem odwiedzenia tych okolic i nie rozczarowały mnie. Zabrzmi to może banalnie, ale dzikie piękno i bezkresne, otwarte przestrzenie Syberii oraz przytłaczający ogrom Bajkału na zawsze zostawiły ślad w moim sercu. Może nie za rok i nie za dwa, ale na pewno tam wrócę, tym razem zimą.
Zaliczyłam tylko jeden festiwal, ale za to najlepszy: Wave Gotik Treffen w Lipsku. Mimo paskudnej pogody bawiłam się wyśmienicie na koncertach i afterach, spędziłam trochę czasu z przyjaciółmi, a nawet zdarzyło mi się po pijaku śpiewać "Hej sokoły" ostatniego poranka festiwalu, kiedy powinnam była się pakować i nadrabiać zaległości w spaniu. Wspomniałam już wcześniej, ale napiszę jeszcze raz: ze wszystkich festiwali, na których byłam, WGT jest zdecydowanie moim ulubionym i jeśli będę musiała wybierać między nim a jakimkolwiek innym, wybór będzie dla mnie prosty.
2016 był też dobrym rokiem pod względem koncertów. Udało mi się zobaczyć zespoły, których muzyka towarzyszyła mi w okresie dorastania, jak My Dying Bride (nadal mnie poruszają), zespoły, które zawsze były niejako na peryferiach moich zainteresowań (Rotting Christ, którzy na żywo okazali się znakomici, i IAMX, jeden z lepszych koncertów tego roku pod każdym względem), a także artystów, na których punkcie mam delikatną obsesję (Wardruna, dwa razy w ciągu jednego tygodnia, bo nie ma takiej rzeczy jak za dużo Wardruny).
Nie udało mi się przeczytać 100 książek, ale wydaje mi się, że 80 to też całkiem dobry wynik.
Odkryłam keto i zrzuciłam kilka(naście) kilogramów. Ale, co ważniejsze, odkryłam, że jedyną osobą, której opinia na temat mojego wyglądu powinna być dla mnie ważna, jestem ja sama. I po raz pierwszy w życiu nawet się sobie podobam.
Mam 4 nowe kolczyki i 2 nowe tatuaże.
Mam też nową pracę i jestem szalenie podekscytowana. Nie mogę się doczekać, aż zacznę!
I najważniejsze: znów zaczęłam pisać. Więc kto wie, może o tej porze w przyszłym roku moja powieść będzie już gotowa.
A więc sayonara, 2016, witaj, 2017!
Jeśli idzie o podróże, odwiedziłam kilka nowych miejsc, w tym przepiękny Edynburg i zupełnie odmnienioną Łódź. Ale najwspanialszą moją podróżą w tym roku była prawie miesięczna wyprawa na Syberię. Długo nosiłam się z zamiarem odwiedzenia tych okolic i nie rozczarowały mnie. Zabrzmi to może banalnie, ale dzikie piękno i bezkresne, otwarte przestrzenie Syberii oraz przytłaczający ogrom Bajkału na zawsze zostawiły ślad w moim sercu. Może nie za rok i nie za dwa, ale na pewno tam wrócę, tym razem zimą.
Zaliczyłam tylko jeden festiwal, ale za to najlepszy: Wave Gotik Treffen w Lipsku. Mimo paskudnej pogody bawiłam się wyśmienicie na koncertach i afterach, spędziłam trochę czasu z przyjaciółmi, a nawet zdarzyło mi się po pijaku śpiewać "Hej sokoły" ostatniego poranka festiwalu, kiedy powinnam była się pakować i nadrabiać zaległości w spaniu. Wspomniałam już wcześniej, ale napiszę jeszcze raz: ze wszystkich festiwali, na których byłam, WGT jest zdecydowanie moim ulubionym i jeśli będę musiała wybierać między nim a jakimkolwiek innym, wybór będzie dla mnie prosty.
2016 był też dobrym rokiem pod względem koncertów. Udało mi się zobaczyć zespoły, których muzyka towarzyszyła mi w okresie dorastania, jak My Dying Bride (nadal mnie poruszają), zespoły, które zawsze były niejako na peryferiach moich zainteresowań (Rotting Christ, którzy na żywo okazali się znakomici, i IAMX, jeden z lepszych koncertów tego roku pod każdym względem), a także artystów, na których punkcie mam delikatną obsesję (Wardruna, dwa razy w ciągu jednego tygodnia, bo nie ma takiej rzeczy jak za dużo Wardruny).
Nie udało mi się przeczytać 100 książek, ale wydaje mi się, że 80 to też całkiem dobry wynik.
Odkryłam keto i zrzuciłam kilka(naście) kilogramów. Ale, co ważniejsze, odkryłam, że jedyną osobą, której opinia na temat mojego wyglądu powinna być dla mnie ważna, jestem ja sama. I po raz pierwszy w życiu nawet się sobie podobam.
Mam 4 nowe kolczyki i 2 nowe tatuaże.
Mam też nową pracę i jestem szalenie podekscytowana. Nie mogę się doczekać, aż zacznę!
I najważniejsze: znów zaczęłam pisać. Więc kto wie, może o tej porze w przyszłym roku moja powieść będzie już gotowa.
A więc sayonara, 2016, witaj, 2017!
Wednesday, 21 December 2016
10 Niegotyckich Wyznań.
Kiedy nie jestem straszliwie zajęta i mam trochę czasu do zmarnowania (co nie zdarza się często, ale jednak się zdarza), nadrabiam zaległości w oglądaniu starych filmów na Youtube opublikowanych przez moje ulubione vloggerki. Zaliczają się do nich Drac Maikens, Toxic Tears, Angela Benedict i Black Friday. Większość moich gotycyzujących czytelników pewnie już je zna, ale jeśli siedzisz w tych klimatach, a nie słyszałeś o nich, to zdecydowanie polecam śledzenie ich kanałów.
Wracając do tematu, przeglądając stare filmiki, natknęłam się na dość zabawny tag pod nazwą "Ungoth Confessions", czyli Niegotyckie Wyznania. Chodzi o to, żeby zrobić listę rzeczy, do których lubienia bądź nie lubienia, robienia tudzież unikania, żaden stereotypowy szanujący się got nie powinien się przyznawać. Naturalnie, od razu zaczęłam pracować nad własną listą, ale że jeszcze nie opanowałam trudnej sztuki nagrywania video ze mną w roli głównej, stwierdziłam, że zamiast tego po prostu ją spiszę. Wiem, że tag już praktycznie wygasł, ale lepiej późno niż wcale, więc oto ona.
Wracając do tematu, przeglądając stare filmiki, natknęłam się na dość zabawny tag pod nazwą "Ungoth Confessions", czyli Niegotyckie Wyznania. Chodzi o to, żeby zrobić listę rzeczy, do których lubienia bądź nie lubienia, robienia tudzież unikania, żaden stereotypowy szanujący się got nie powinien się przyznawać. Naturalnie, od razu zaczęłam pracować nad własną listą, ale że jeszcze nie opanowałam trudnej sztuki nagrywania video ze mną w roli głównej, stwierdziłam, że zamiast tego po prostu ją spiszę. Wiem, że tag już praktycznie wygasł, ale lepiej późno niż wcale, więc oto ona.
- Bardzo, ale to bardzo lubię święta. Fakt, że oznaczają one kilka dni wolnych od pracy, z pewnością ma z tym coś wspólnego, ale lubię też spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi, otoczona świątecznymi dekoracjami, pysznym jedzeniem i rodzinnym ciepełkiem.
- Z kilkoma nielicznymi wyjątkami, nie jestem wielką fanką horroru, czy to w literaturze, czy w filmie. Kiedy byłam w liceum, próbowałam wkręcić się w Mastertona, ale jego książki, zamiast przerażać, tylko mnie śmieszyły. Współczesne filmy z tego gatunku działają na mnie dokładnie tak samo, zwłaszcza te z potworami z piekła, kosmosu albo skądś tam jeszcze. Horrory, w których grupa nastolatków wybiera się do domku w lesie i historia kończy się krwawą łaźnią, to zupełnie oddzielna kategoria. Jaki jest sens robienia takich filmów, skoro nie da się już chyba nic nowego wymyślić na tym polu?
- Lubię ćwiczyć. I - szok i niedowierzanie! - lubię ciuchy na siłownię w neonowych kolorach.
- Nigdy nie próbowałam popularnego wśród gotyckiej braci (przynajmniej tu, na Wyspach) "snakebite & black". (Dla zainteresowanych, jest to mieszanka cydru, lagera i syropu porzeczkowego. Zdecydowanie nie moja bajka.)
- Choć większość moich ubrań jest czarna (z kilkoma wyjątkami w barwach czerwonego wina, szarości i brudnej wojskowej zieleni), lubię kolorowy makijaż. Mój strój jest więc monochromatyczny jak wszyscy diabli, ale na powiekach miewam czasem prawdziwą tęczę, a na ustach choćby i wściekłą fuksję.
- Uwielbiam gotować i piec. Wbrew popularnym przekonaniom, goci nie żywią się pajęczynami, krwią nietoperzy i smutkiem. Lubię krzątać się przy garach i przygotowywać pyszne jedzenie. Jestem też byłą blogerką kulinarną, więc był taki moment, kiedy miałam więcej kuchennych utensyliów niż biżuterii. I choć to się zmieniło, wciąż zdarza mi się wpaść w zachwyt na widok uroczych papilotek do muffinków albo perfekcyjnej foremki do pieczenia.
- Z dziką rozkoszą wybrałabym się na festiwal z tandetną muzyką eurodance z lat 90-tych.
- Jeśli idzie o wystrój wnętrz, zdecydowanie wolę pomieszczenia jasne i funkcjonalne niż ciemne i ociekające przepychem. Lubię gotyckie elementy wystroju, ale używam ich oszczędnie: a to figurka tu, a to obrazek na ścianie tam. Ale ogólnie nie lubię nadmiaru gratów.
- Piszczę jak pięciolatka na widok kotecków, piesecków, królicków i innych puchatych zwierzątek. I wcale się tego nie wstydzę.
- Zdarza mi się popadać w melancholię, ale generalnie jestem radosna i pogodna.
No i to tyle. Pewnie znalazłabym więcej, ale i tak już straciłam pewnie ze 150 Punktów Gotyckości ;)
Ale wiecie co? Wcale mnie to nie martwi. Bo przecież jesteśmy tym, kim jesteśmy i lubimy to, co lubimy. Cały sens bycia alternatywnym leży w tym, że nie trzeba się wpasowywać w ciasne ramy. I to mi się właśnie podoba.
Friday, 9 December 2016
Szukajcie a znajdziecie, albo o potrzebie zmiany.
Minęło sporo czasu, odkąd ostatnio pisałam list rezygnacyjny. Tak konkretnie, ponad 8 lat. No i naprawdę nie wiem, gdzie zacząć.
"Z żalem zawiadamiam..."?
"Niniejszym wypowiadam umowę..."?
"Ten list jest formalnym wypowiedzeniem..."?
A może tak:
Droga praco,
To tyle, mam cię serdecznie, kompletnie i absolutnie dosyć. Spędziłam ostatnie kilka lat pragnąc zmiany, czekając na nią, walcząc o nią, ale na nic się to zdało, a te dwa rozczarowania, które zafundowałaś mi w tym roku, przelały czarę goryczy. Mam dość bycia pomijaną w kolejce do awansu i nowych pozycji. Mam dość tego, że staram się, ale nikt mnie nie docenia. Mam dość bycia ignorowaną, okłamywaną i robioną w konia.
Tak naprawdę powinnam to zrobić dawno temu, ale wciąż, do niedawna, żyłam nadzieją, że coś się zmieni. Bo widzisz, ja naprawdę lubię to co robię. Mam świetną, zgraną ekipę. Nie mogę narzekać na brak równowagi pomiędzy życiem osobistym i zawodowym. A do tego, biorąc pod uwagę ilość pracy, pensja jest niezła.
Ale podczas gdy inne firmy dbają o personel i wciąż oferują więcej i więcej dodatkowych bonusów, ty wciąż coś zabierasz. W tym roku nie mamy nawet świątecznej imprezy, bo podobno pracownicy jej nie chcieli. Jakoś trudno mi w to uwierzyć; kto by nie chciał odstawić się na bóstwo i najeść i napić się za friko?
Jeszcze nie znalazłam nowej pracy, ale wiesz co? Znajdę. Bo, wbrew wszystkiemu, nadal w siebie wierzę. Wiem, że dam radę, to tylko kwestia czasu.
Więc, z całym szacunkiem, wal się. Ja wysiadam.
"Z żalem zawiadamiam..."?
"Niniejszym wypowiadam umowę..."?
"Ten list jest formalnym wypowiedzeniem..."?
A może tak:
Droga praco,
To tyle, mam cię serdecznie, kompletnie i absolutnie dosyć. Spędziłam ostatnie kilka lat pragnąc zmiany, czekając na nią, walcząc o nią, ale na nic się to zdało, a te dwa rozczarowania, które zafundowałaś mi w tym roku, przelały czarę goryczy. Mam dość bycia pomijaną w kolejce do awansu i nowych pozycji. Mam dość tego, że staram się, ale nikt mnie nie docenia. Mam dość bycia ignorowaną, okłamywaną i robioną w konia.
Tak naprawdę powinnam to zrobić dawno temu, ale wciąż, do niedawna, żyłam nadzieją, że coś się zmieni. Bo widzisz, ja naprawdę lubię to co robię. Mam świetną, zgraną ekipę. Nie mogę narzekać na brak równowagi pomiędzy życiem osobistym i zawodowym. A do tego, biorąc pod uwagę ilość pracy, pensja jest niezła.
Ale podczas gdy inne firmy dbają o personel i wciąż oferują więcej i więcej dodatkowych bonusów, ty wciąż coś zabierasz. W tym roku nie mamy nawet świątecznej imprezy, bo podobno pracownicy jej nie chcieli. Jakoś trudno mi w to uwierzyć; kto by nie chciał odstawić się na bóstwo i najeść i napić się za friko?
Jeszcze nie znalazłam nowej pracy, ale wiesz co? Znajdę. Bo, wbrew wszystkiemu, nadal w siebie wierzę. Wiem, że dam radę, to tylko kwestia czasu.
Więc, z całym szacunkiem, wal się. Ja wysiadam.
Friday, 2 December 2016
Sprawy rodzinne.
No więc znów nie spędzę świąt z rodziną. Linie lotnicze szaleją i windują ceny do niebotycznych poziomów (wiedzą, cholery, że Polacy - i Europejczycy w ogóle - mieszkający na Wyspach są gotowi zapłacić kosmiczne pieniądze, żeby polecieć do domu na święta), więc to już właściwie norma; od lat nie byłam w Polsce w tym okresie, minęło też sporo czasu, odkąd całej mojej rodzinie udało się zebrać razem tutaj, w Wielkiej Brytanii.
Więc w tym roku postanowiliśmy urządzić sobie święta trochę wcześniej. A dokładniej - w najbliższy weekend.
Choć lubię ciszę i spokój i samotność równie bardzo jak każdy przeciętny człowiek (no dobrze, może trochę bardziej), naprawdę cieszę się na spotkanie z całą moją najbliższą familią. Moja siostra już jest na miejscu, a wraz z nią jej mąż i dzieciaki; mój brat, który nadal mieszka w Polsce, ale wyprowadził się z Gdańska, przyjeżdża w sobotę w towarzystwie dwóch najważniejszych kobiet w swoim życiu: swojej żony i córki. Mama już pewnie szaleje w kuchni, a tata kupił choinkę, choć zwykle uparcie odmawia ubierania drzewka wcześniej niż na kilka dni przed wigilią.
Tak, będzie trochę ciasno, delikatnie mówiąc - 11 osób na 64 metrach kwadratowych to nie w kij dmuchał. Ale jakoś mi to nie przeszkadza. Mam wrażenie, że muszę się nachapać, wchłonąć trochę tego rodzinnego ciepełka i schować je gdzieś na zapas, żeby było pod ręką, kiedy będzie mi smutno i źle.
Kiedy byłam młodsza, nie doceniałam mojej rodziny. Zabawne, jak często ludzie dostrzegają, jakiego mieli farta w tej kwestii dopiero, kiedy dorosną. Tak było ze mną. Byłam zbuntowana, choć nie miałam przeciw czemu się buntować; nie przejmowałam się, że mogę przy okazji kogoś skrzywdzić. Musiało minąć trochę czasu - a ja musiałam porównać naszą rodzinę do innych, bardziej dysfunkcyjnych, mniej otwartych, takich, w których panował wojskowy dryl albo takich, które dusiły nadmiarem miłości - żeby zorientować się, że naprawdę miałam dobrze. Nie wiedziałam, co to szlaban i nie musiałam wracać do domu o określonej porze, nie musiałam udawać grzecznej dziewczynki ani martwić się, że będę w tarapatach, jeśli moje oceny nie będą idealne. Nie musiałam się przejmować spełnianiem ambicji moich rodziców, ani tym, czy mnie akceptują taką jak jestem, ani przebierać się i zmywać makijaż przed powrotem do domu z obawy, że dostanę ochrzan.
Ale nadal było mi mało. Chciałam więcej. I tylko nie bardzo wiedziałam, czego konkretnie.
Teraz już w ogóle nie wiem.
Żadna rodzina nie jest doskonała. Niektóre są tak toksyczne, na ten lub inny sposób, i tak niszczą człowieka od środka, że odcięcie się od nich jest najrozsądniejszą opcją. Ale większość jest gdzieś tam na osi normalności, z małymi skazami i rysami. W niektórych rodzinach więzi z czasem słabną, i jest to całkiem naturalny proces, bo przecież wszyscy mamy swoje życia i swoje marzenia. A inne, tak jak moja, z czasem stają się sobie bliższe.
W tym roku będziemy celebrować rodzinne więzi i obchodzić święta wcześniej. Bo dla mnie, święta to nie data w kalendarzu, to uczucie bliskości.
A skoro zrobiło się tak cieplusio i milusio, to łapcie świąteczną reklamę Allegro. I spróbujcie się nie popłakać.
Więc w tym roku postanowiliśmy urządzić sobie święta trochę wcześniej. A dokładniej - w najbliższy weekend.
Choć lubię ciszę i spokój i samotność równie bardzo jak każdy przeciętny człowiek (no dobrze, może trochę bardziej), naprawdę cieszę się na spotkanie z całą moją najbliższą familią. Moja siostra już jest na miejscu, a wraz z nią jej mąż i dzieciaki; mój brat, który nadal mieszka w Polsce, ale wyprowadził się z Gdańska, przyjeżdża w sobotę w towarzystwie dwóch najważniejszych kobiet w swoim życiu: swojej żony i córki. Mama już pewnie szaleje w kuchni, a tata kupił choinkę, choć zwykle uparcie odmawia ubierania drzewka wcześniej niż na kilka dni przed wigilią.
Tak, będzie trochę ciasno, delikatnie mówiąc - 11 osób na 64 metrach kwadratowych to nie w kij dmuchał. Ale jakoś mi to nie przeszkadza. Mam wrażenie, że muszę się nachapać, wchłonąć trochę tego rodzinnego ciepełka i schować je gdzieś na zapas, żeby było pod ręką, kiedy będzie mi smutno i źle.
Kiedy byłam młodsza, nie doceniałam mojej rodziny. Zabawne, jak często ludzie dostrzegają, jakiego mieli farta w tej kwestii dopiero, kiedy dorosną. Tak było ze mną. Byłam zbuntowana, choć nie miałam przeciw czemu się buntować; nie przejmowałam się, że mogę przy okazji kogoś skrzywdzić. Musiało minąć trochę czasu - a ja musiałam porównać naszą rodzinę do innych, bardziej dysfunkcyjnych, mniej otwartych, takich, w których panował wojskowy dryl albo takich, które dusiły nadmiarem miłości - żeby zorientować się, że naprawdę miałam dobrze. Nie wiedziałam, co to szlaban i nie musiałam wracać do domu o określonej porze, nie musiałam udawać grzecznej dziewczynki ani martwić się, że będę w tarapatach, jeśli moje oceny nie będą idealne. Nie musiałam się przejmować spełnianiem ambicji moich rodziców, ani tym, czy mnie akceptują taką jak jestem, ani przebierać się i zmywać makijaż przed powrotem do domu z obawy, że dostanę ochrzan.
Ale nadal było mi mało. Chciałam więcej. I tylko nie bardzo wiedziałam, czego konkretnie.
Teraz już w ogóle nie wiem.
Żadna rodzina nie jest doskonała. Niektóre są tak toksyczne, na ten lub inny sposób, i tak niszczą człowieka od środka, że odcięcie się od nich jest najrozsądniejszą opcją. Ale większość jest gdzieś tam na osi normalności, z małymi skazami i rysami. W niektórych rodzinach więzi z czasem słabną, i jest to całkiem naturalny proces, bo przecież wszyscy mamy swoje życia i swoje marzenia. A inne, tak jak moja, z czasem stają się sobie bliższe.
W tym roku będziemy celebrować rodzinne więzi i obchodzić święta wcześniej. Bo dla mnie, święta to nie data w kalendarzu, to uczucie bliskości.
A skoro zrobiło się tak cieplusio i milusio, to łapcie świąteczną reklamę Allegro. I spróbujcie się nie popłakać.
Friday, 14 October 2016
Wyzwanie: 7 miesięcy bez zakupów
Zaskoczeni? Wiem, ja sama jestem zaskoczona swoją decyzją.
Żyjemy w konsumpcyjnym społeczeństwie, w którym wszystko, czego moglibyśmy zapragnąć, jest tanio i łatwo dostępne: wystarczy kilka kliknięć - i gotowe. Mówimy, że potrzebujemy nowych rzeczy, ale w wielu wypadkach to nie potrzeba, a pragnienie. Kupujemy nowe rzeczy, które szybko zmieniają się w stare rzeczy i lądują na śmietniku albo w kącie, kiedy nam się znudzą.
Czy zdarza się Wam myśleć o tym, ile z rzeczy, które kupujecie, jest Wam zupełnie zbędnych? Czy zastanawiacie się nad tym, w jakich warunkach są produkowane? Czy kupujecie rzeczy, których nie potrzebujecie i które kończą zapomniane w szufladzie? Czy wyrzucacie ubrania po kilku założeniach, bo wiecie, że możecie tanio kupić nowe?
Żyjemy w konsumpcyjnym społeczeństwie, w którym wszystko, czego moglibyśmy zapragnąć, jest tanio i łatwo dostępne: wystarczy kilka kliknięć - i gotowe. Mówimy, że potrzebujemy nowych rzeczy, ale w wielu wypadkach to nie potrzeba, a pragnienie. Kupujemy nowe rzeczy, które szybko zmieniają się w stare rzeczy i lądują na śmietniku albo w kącie, kiedy nam się znudzą.
Czy zdarza się Wam myśleć o tym, ile z rzeczy, które kupujecie, jest Wam zupełnie zbędnych? Czy zastanawiacie się nad tym, w jakich warunkach są produkowane? Czy kupujecie rzeczy, których nie potrzebujecie i które kończą zapomniane w szufladzie? Czy wyrzucacie ubrania po kilku założeniach, bo wiecie, że możecie tanio kupić nowe?

Przyznaję: jestem winna tego wszystkiego. I wcale nie napawa mnie to dumą.
Zasady są proste: od początku listopada do początku czerwca nie kupuję niczego nowego i masowo produkowanego. Żadnych tanich szmatek z wyprzedaży, żadnych świecidełek i dekoracji do domu, żadnych nowych kosmetyków, bez których mogłabym się obejść. Chcę udowodnić sobie, że to, co mam, w zupełności mi wystarczy, a pzy okazji stać się bardziej kreatywna w kwestii ubioru. Teraz, kiedy uczę się szyć, będę starała się jak najwięcej ciuchów robić sama, a także przerabiać to, co znajdę w lumpeksach. Dopuszczam kupowanie z drugiej ręki, bo nie wymaga ono produkowania nowych rzeczy, więc szmateksy i eBay przyjdą mi na ratunek, jeśli będę czegoś potrzebować. Jeśli idzie o kosmetyki, będę kupować je tylko wtedy, gdy będzie to konieczne, a więc kiedy skończy mi się dany typ produktu. Dekoracji i gadżetów do domu, a także biżuterii, których nie dam rady zrobić sama, będę szukać u małych, niezależnych producentów.
Naturalnie, rzeczy niezbędne, takie jak bielizna, będę kupować tak jak dotąd, ale to tyle.
Skąd takie daty? Cóż, zima się zbliża, a ja mam w szafie raptem dwa swetry, więc chcąc nie chcąc muszę coś dokupić, a że wypłata dopiero pod koniec miesiąca... No, wiadomo. Czerwiec dlatego, że wraz z przyjaciółmi planujemy zakupową zabawę na przyszłorocznym WGT.
Tak więc przede mną 7 miesięcy pełnych okazji, wyprzedaży i przecen, z których nie skorzystam. Ta myśl jest przerażająca i ekscytująca zarazem.
Kto ma ochotę dołączyć?
Friday, 7 October 2016
Nie ma to jak w domu.
Pamiętam, jak ekscytujący i stresujący zarazem był proces kupowania mieszkania. Nieskończone godziny spędzone na telefonie z prawnikami, doradcami kredytowymi i innymi ludźmi posługującymi się dziwnym, niezrozumiałym żargonem. Pamiętam to uczucie, kiedy w końcu odebraliśmy klucze i zwieźliśmy cały swój (wtedy jeszcze niewielki) dobytek, po czym, zajadając pizzę na wynos, padliśmy na podłogę, wykończeni, ale szczęśliwi.
Po latach dzielenia mieszkań z ludźmi, dobrze było w końcu mieć miejsce, które mogłam nazwać domem.
7 lat później i nadal tu mieszkam, nadal lubię to miejsce. Ale coraz częściej (niechętnie, ale jednak) myślę o przeprowadzce.
Po tych wszystkich latach nie mam najmniejszej ochoty porzucać mojego domu. Zwłaszcza, że to bardzo przyjemne miejsce, wystarczająco przestronne, byśmy dawali radę mieszkać w nim razem bez niezręcznych sytuacji. No i są jeszcze koty: niełatwo jest znaleźć w Londynie (albo gdziekolwiek indziej) mieszkanie, jeśli ma się zwierzaki, a zostawienie ich - nawet pod jego troskliwą opieką - złamałoby mi serce.
Ale odnoszę dziwne wrażenie, że mieszkając razem, wciąż trzymamy się wątłych nitek nadziei. Albo, dokładniej rzecz ujmując, że on się ich trzyma.
Snuję się po mieszkaniu, dotykam ścian, które od lat są moją ostoją, siadam na balkonie i oglądam zachód słońca. Tak, to jest dom, to miejsce, w którym chciałabym zostać.
Ale czasem nie ma innego wyjścia jak tylko odejść.
Prawda?
Po latach dzielenia mieszkań z ludźmi, dobrze było w końcu mieć miejsce, które mogłam nazwać domem.
7 lat później i nadal tu mieszkam, nadal lubię to miejsce. Ale coraz częściej (niechętnie, ale jednak) myślę o przeprowadzce.
Po tych wszystkich latach nie mam najmniejszej ochoty porzucać mojego domu. Zwłaszcza, że to bardzo przyjemne miejsce, wystarczająco przestronne, byśmy dawali radę mieszkać w nim razem bez niezręcznych sytuacji. No i są jeszcze koty: niełatwo jest znaleźć w Londynie (albo gdziekolwiek indziej) mieszkanie, jeśli ma się zwierzaki, a zostawienie ich - nawet pod jego troskliwą opieką - złamałoby mi serce.
Ale odnoszę dziwne wrażenie, że mieszkając razem, wciąż trzymamy się wątłych nitek nadziei. Albo, dokładniej rzecz ujmując, że on się ich trzyma.
Snuję się po mieszkaniu, dotykam ścian, które od lat są moją ostoją, siadam na balkonie i oglądam zachód słońca. Tak, to jest dom, to miejsce, w którym chciałabym zostać.
Ale czasem nie ma innego wyjścia jak tylko odejść.
Prawda?
Friday, 30 September 2016
To nie był mój tydzień.
Jak ja się cieszę, że już się kończy!
Zaczęło się dobrze, ale w środę wieczorem jakiś szczeniak ukradł mi telefon, wyrywając mi go z ręki praktycznie tuż pod domem. Nie zdążyłam się nim nawet nacieszyć, miałam go raptem 4 miesiące, a ubezpieczenie odwołałam, bo skoro nic złego się nie stało podczas mojej podróży po Syberii, to cóż się może stać w cywilizowanym Londynie?
Ech, ludzka naiwności...
Do późnej nocy siedziałam z policjantami, którzy spisywali moje zeznania, więc następnego dnia byłam zbyt wykończona, by wybrać się na metalowe karaoke, na które bardzo się cieszyłam. No i musiałam kupić nowy telefon. Nie jest tak dobry jak ten, który mi ukradziono, ale wydaje się całkiem przyzwoity. Za takie pieniądze, lepiej żeby był!
Dziś rano przypaliłam się żelazkiem (brawo ja!) i upuściłam moje śniadanie (pieczone jajka z fetą) na podłogę. W efekcie musiałam uprzątnąć bajzel złożony z kawałków jedzenia wymieszanych z odłamkami ceramiki, więc spóźniłam się do pracy (brawo po raz drugi!).
O tak, cieszę się, że ten tydzień się kończy. Może dla własnego bezpieczeństwa powinnam spędzić weekend w domu.
Czy macie takie tygodnie, kiedy wszystko Wam się sypie? Czy wierzycie, że jest jakiś limit pecha, którego człowiek może mieć w krótkim okresie czasu, bo jeśli będzie go za dużo, to równowaga zostanie zachwiana? Mam nadzieję, że tak właśnie jest! Teraz potrzebuję tylko tego, żeby coś mi się udało. Albo przynajmniej żeby udało mi się nic nie spieprzyć, nie uszkodzić się i nie zgubić niczego cennego przez jakiś czas.
I jak, życie, myślisz, że da się to załatwić?
Zaczęło się dobrze, ale w środę wieczorem jakiś szczeniak ukradł mi telefon, wyrywając mi go z ręki praktycznie tuż pod domem. Nie zdążyłam się nim nawet nacieszyć, miałam go raptem 4 miesiące, a ubezpieczenie odwołałam, bo skoro nic złego się nie stało podczas mojej podróży po Syberii, to cóż się może stać w cywilizowanym Londynie?
Ech, ludzka naiwności...
Do późnej nocy siedziałam z policjantami, którzy spisywali moje zeznania, więc następnego dnia byłam zbyt wykończona, by wybrać się na metalowe karaoke, na które bardzo się cieszyłam. No i musiałam kupić nowy telefon. Nie jest tak dobry jak ten, który mi ukradziono, ale wydaje się całkiem przyzwoity. Za takie pieniądze, lepiej żeby był!
Dziś rano przypaliłam się żelazkiem (brawo ja!) i upuściłam moje śniadanie (pieczone jajka z fetą) na podłogę. W efekcie musiałam uprzątnąć bajzel złożony z kawałków jedzenia wymieszanych z odłamkami ceramiki, więc spóźniłam się do pracy (brawo po raz drugi!).
O tak, cieszę się, że ten tydzień się kończy. Może dla własnego bezpieczeństwa powinnam spędzić weekend w domu.
Czy macie takie tygodnie, kiedy wszystko Wam się sypie? Czy wierzycie, że jest jakiś limit pecha, którego człowiek może mieć w krótkim okresie czasu, bo jeśli będzie go za dużo, to równowaga zostanie zachwiana? Mam nadzieję, że tak właśnie jest! Teraz potrzebuję tylko tego, żeby coś mi się udało. Albo przynajmniej żeby udało mi się nic nie spieprzyć, nie uszkodzić się i nie zgubić niczego cennego przez jakiś czas.
I jak, życie, myślisz, że da się to załatwić?
Tuesday, 13 September 2016
Gdzie jest jesień?
No gdzie, ja się pytam?
Środek września, więc człowiek spodziewa się ochłodzenia, chmur, może nawet jakiegoś deszczu. Liście już przecież zaczęły opadać, a w sklepach pojawiły się halloweenowe cudeńka (co zresztą cieszy mnie niezmiernie).
Tymczasem 30 stopni, fala upałów, koniec świata i apokalipsa. Omijam metro szerokim łukiem, bo to tak, jak wejść do piekarnika; stawiam na rower i na moje dwie mocne nogi, i rozpuszczam się mimo wszystko.
Tęsknię za jesienią. To moja absolutnie ulubiona pora roku, chyba od zawsze, a przynajmniej od czasu, kiedy byłam nastolatką. Wiele rzeczy się zmieniło, ale moja miłość do jesieni trwa nadal i watpię, by kiedykolwiek miała się wypalić.
Za co ją lubię, spytacie?
Za kolory: rudy brąz, ognisty pomarańcz, głęboką czerwień. Widać je nawet tutaj, w mieście. Nie ma nic przyjemniejszego od spaceru po dywanie z opadłych liści. Tak jak wiosna cieszy moje oko budzącą się, młodą zielenią, tak jesień ogrzewa serce ciepłymi barwami.
Za długie wieczory z herbatą i książką. Bo jesienią, zwłaszcza, kiedy za oknem zrobi się naprawdę zimno, deszczowo i paskudnie, nikt nie ma mi za złe, że wolę zostać w domu.
Za Halloween. Tak, wiem, że - zwłaszcza w Polsce - to kontrowersyjne święto, ale ja osobiście za nim przepadam. Przepadałam już za młodu, choć wtedy nie było jeszcze tak popularne. Poza niezliczonymi halloweenowymi imprezami cieszą mnie różne śliczności, które można o tej porze roku nabyć w sklepach. To mój ulubiony moment na kupowanie różnych gadżetów do domu, od ściereczek i szklaneczek po dekoracje.
Za koncerty. Jakoś tak się składa, że jesienią jest ich najwięcej. I tak jak lato jest dla mnie sezonem festiwali, tak jesień = muzyka na żywo, ale bez konieczności wyjeżdżania gdziekolwiek.
Za to, że w końcu jest na tyle chłodno, by ubrać się na cebulkę. Albo włożyć ciężki, gruby sweter. Albo aksamitną sukienkę. I że wreszcie nie jest za ciepło w glanach. I za to, że w sklepach w końcu pojawiają się rzeczy, które mam ochotę kupić i nosić. A propos, podobno w tym roku znów wracają gotyckie inspiracje... Mam w związku z tym mieszane uczucia. Ale to temat na kolejną notkę.
I jeszcze za to, że w końcu chce się włączyć piekarnik, i że zupy smakują jakoś lepiej.
Więc kiedy inni ubolewają nad końcem lata, ja mówię głośno i wyrażnie: jesieni, przybywaj, jestem gotowa!
Środek września, więc człowiek spodziewa się ochłodzenia, chmur, może nawet jakiegoś deszczu. Liście już przecież zaczęły opadać, a w sklepach pojawiły się halloweenowe cudeńka (co zresztą cieszy mnie niezmiernie).
Tymczasem 30 stopni, fala upałów, koniec świata i apokalipsa. Omijam metro szerokim łukiem, bo to tak, jak wejść do piekarnika; stawiam na rower i na moje dwie mocne nogi, i rozpuszczam się mimo wszystko.
Tęsknię za jesienią. To moja absolutnie ulubiona pora roku, chyba od zawsze, a przynajmniej od czasu, kiedy byłam nastolatką. Wiele rzeczy się zmieniło, ale moja miłość do jesieni trwa nadal i watpię, by kiedykolwiek miała się wypalić.
Za co ją lubię, spytacie?
Za kolory: rudy brąz, ognisty pomarańcz, głęboką czerwień. Widać je nawet tutaj, w mieście. Nie ma nic przyjemniejszego od spaceru po dywanie z opadłych liści. Tak jak wiosna cieszy moje oko budzącą się, młodą zielenią, tak jesień ogrzewa serce ciepłymi barwami.
Za długie wieczory z herbatą i książką. Bo jesienią, zwłaszcza, kiedy za oknem zrobi się naprawdę zimno, deszczowo i paskudnie, nikt nie ma mi za złe, że wolę zostać w domu.
Za Halloween. Tak, wiem, że - zwłaszcza w Polsce - to kontrowersyjne święto, ale ja osobiście za nim przepadam. Przepadałam już za młodu, choć wtedy nie było jeszcze tak popularne. Poza niezliczonymi halloweenowymi imprezami cieszą mnie różne śliczności, które można o tej porze roku nabyć w sklepach. To mój ulubiony moment na kupowanie różnych gadżetów do domu, od ściereczek i szklaneczek po dekoracje.
Za koncerty. Jakoś tak się składa, że jesienią jest ich najwięcej. I tak jak lato jest dla mnie sezonem festiwali, tak jesień = muzyka na żywo, ale bez konieczności wyjeżdżania gdziekolwiek.
Za to, że w końcu jest na tyle chłodno, by ubrać się na cebulkę. Albo włożyć ciężki, gruby sweter. Albo aksamitną sukienkę. I że wreszcie nie jest za ciepło w glanach. I za to, że w sklepach w końcu pojawiają się rzeczy, które mam ochotę kupić i nosić. A propos, podobno w tym roku znów wracają gotyckie inspiracje... Mam w związku z tym mieszane uczucia. Ale to temat na kolejną notkę.
I jeszcze za to, że w końcu chce się włączyć piekarnik, i że zupy smakują jakoś lepiej.
Więc kiedy inni ubolewają nad końcem lata, ja mówię głośno i wyrażnie: jesieni, przybywaj, jestem gotowa!
Monday, 5 September 2016
Trudne pytania
- Dlaczego my się w ogóle rozstaliśmy? - zapytał mnie ostatnio Ł. w przerwie między kęsami burgera.
Akurat rozmawialiśmy o znajomych parach, tych szczęśliwych, zgodnych i dobranych, ale też tych mniej udanych, męczących się ze sobą z niewiadomych przyczyn.
Kiedy jeszcze byliśmy razem, należeliśmy zdecydowanie do tych pierwszych. Byliśmy dobrą, zgraną drużyną, rzadko zdarzało nam się kłócić, a jeśli już to robiliśmy, to złość szybko nam przechodziła i wszystko wracało do normy. Dużo rozmawialiśmy, dużo czasu spędzaliśmy razem, ale i nie narzekaliśmy zbytnio, gdy to drugie chciało wyjść gdzieś samemu. W gruncie rzeczy było dobrze.
I muszę przyznać, że Ł. na chwilę mnie skonfundował tym swoim pytaniem. Do tego stopnia, że musiałam na chwilę wyjść do toalety i dokładnie to sobie przemyśleć.
Przemyślałam i doszłam do następujących wniosków.
Po naszym pierwszym rozstaniu coś się zmieniło. Głównie dlatego, że ja przestałam się przejmować, co on sobie pomyśli, a co za tym idzie, łagodzić mój wizerunek i opinie ze względu na niego. On nie do końca był z tego zadowolony, a ja nie do końca byłam gotowa wrócić do tego, jak było kiedyś. No i tak żyliśmy sobie, nadal zgodnie i w miarę szczęśliwie, ale gdzieś tam, w środku, wiedziałam, że to na dłuższą metę może być trudne. On lubił mnie taką, jaka byłam kiedys (czyli bardziej ugodową), ja wolałam - i nadal wolę - taką, jaka jestem teraz. Pomijając już kwestię innych priorytetów i pomysłów na życie, tego nie dało się pogodzić.
Myślę, że są ludzie, którzy są w stanie dla związku zrobić i poświęcić wiele. Tacy, którym nie przeszkadza to, że mają odrobinę mniej wolności, bo wolność jest niewielką ceną za bycie z kimś, kogo kochają. Wcale nie uważam, że jest w tym coś złego. Wiadomo, różni ludzie, różne potrzeby.
Moje są inne. Należę chyba do takich ludzi, o jakich mowa w tym artykule z WO. Jego autorka pisze: "Im osoba ma bardziej samowystarczalną naturę, tym życie w pojedynkę bardziej jej służy." I dodaje, że tacy ludzie mają w sobie mniej negatywnych emocji, kiedy są sami.
Coś jest na rzeczy. Zauważyłam, że odkąd podjęłam decyzję o rozstaniu z Ł., czuję się spokojniejsza, mniej nerwowa i zestresowana. I to utwierdza mnie w przekonaniu, że to była dobra decyzja.
Akurat rozmawialiśmy o znajomych parach, tych szczęśliwych, zgodnych i dobranych, ale też tych mniej udanych, męczących się ze sobą z niewiadomych przyczyn.
Kiedy jeszcze byliśmy razem, należeliśmy zdecydowanie do tych pierwszych. Byliśmy dobrą, zgraną drużyną, rzadko zdarzało nam się kłócić, a jeśli już to robiliśmy, to złość szybko nam przechodziła i wszystko wracało do normy. Dużo rozmawialiśmy, dużo czasu spędzaliśmy razem, ale i nie narzekaliśmy zbytnio, gdy to drugie chciało wyjść gdzieś samemu. W gruncie rzeczy było dobrze.
I muszę przyznać, że Ł. na chwilę mnie skonfundował tym swoim pytaniem. Do tego stopnia, że musiałam na chwilę wyjść do toalety i dokładnie to sobie przemyśleć.
Przemyślałam i doszłam do następujących wniosków.
Po naszym pierwszym rozstaniu coś się zmieniło. Głównie dlatego, że ja przestałam się przejmować, co on sobie pomyśli, a co za tym idzie, łagodzić mój wizerunek i opinie ze względu na niego. On nie do końca był z tego zadowolony, a ja nie do końca byłam gotowa wrócić do tego, jak było kiedyś. No i tak żyliśmy sobie, nadal zgodnie i w miarę szczęśliwie, ale gdzieś tam, w środku, wiedziałam, że to na dłuższą metę może być trudne. On lubił mnie taką, jaka byłam kiedys (czyli bardziej ugodową), ja wolałam - i nadal wolę - taką, jaka jestem teraz. Pomijając już kwestię innych priorytetów i pomysłów na życie, tego nie dało się pogodzić.
Myślę, że są ludzie, którzy są w stanie dla związku zrobić i poświęcić wiele. Tacy, którym nie przeszkadza to, że mają odrobinę mniej wolności, bo wolność jest niewielką ceną za bycie z kimś, kogo kochają. Wcale nie uważam, że jest w tym coś złego. Wiadomo, różni ludzie, różne potrzeby.
Moje są inne. Należę chyba do takich ludzi, o jakich mowa w tym artykule z WO. Jego autorka pisze: "Im osoba ma bardziej samowystarczalną naturę, tym życie w pojedynkę bardziej jej służy." I dodaje, że tacy ludzie mają w sobie mniej negatywnych emocji, kiedy są sami.
Coś jest na rzeczy. Zauważyłam, że odkąd podjęłam decyzję o rozstaniu z Ł., czuję się spokojniejsza, mniej nerwowa i zestresowana. I to utwierdza mnie w przekonaniu, że to była dobra decyzja.
Saturday, 3 September 2016
Do diabła z miłością!
Odwiedziła mnie koleżanka. Ona i jej chłopak niedawno obchodzili pierwszą rocznicę bycia razem, a wiedziałam, że on szykuje dla niej jakąś niespodziankę, więc w przerwie między jednym a drugim drinkiem, spytałam, jak udało się świętowanie.
Ona w płacz. Że niby wszystko było pięknie, spędzili razem weekend, byli tu i tam, robili to i tamto, ale na sam koniec straszliwie się pokłócili. I że on się teraz nie odzywa, nie odpowiada na wiadomości, a miał do niej przyjechać w sobotę, ale pewnie nie przyjedzie, bo to już koniec. Co chwilę zerka z nadzieją na telefon, że może jednak, ale nie, nic tam nie ma, więc smutek i jeszcze więcej łez.
A ja czuję się, jakbym miała déjà vu. Bo to już chyba trzeci raz, albo i czwarty nawet.
Problem w tym, że oni się diametralnie od siebie różnią. Ona przejmuje się wszystkim, po nim wszystko spływa. Ona analizuje i dramatyzuje, on puszcza w niepamięć. Ona robi z igły widły, on zawsze widzi światło w tunelu. Więc kiedy się pokłócą, dla niego to tylko przelotna chmura na nieboskłonie ich związku, a dla niej - koniec świata.
Czy taka karuzela ma sens na dłuższą metę? Ano, według niej, ma.
Bo ona go kocha i nie wyobraża sobie życia bez niego. Choć bez niego pewnie rzadziej by płakała. Ale nic to, miłość jest warta tego, by wylać przez nią ocean łez, prawda?
Według mnie - niekoniecznie.
Ale może to ze mną jest coś nie tak. Bo przecież ludzie szaleją na punkcie miłości nie od dziś. Mówi się, że to ona sprawia, że świat się kręci. Na pewno sprawia, że kręci się szołbiznes. Wystarczy pomyśleć, ile o miłości napisano piosenek, od ckliwych, romantycznych ballad po gniewne porozstaniowe kawałki. A są przecież jeszcze filmy, książki, wiersze...
Miłość, o której piszą i śpiewają, zawsze jest wielka i wszechogarniająca. Ona nie może bez niego żyć, dla niego ona jest całym światem.
I tak sobie myślę, że to cholernie niebezpieczna i toksyczna sytuacja. Bo ludzie przychodzą i odchodzą, a miłość, która kiedyś płonęła żywym blaskiem, może się wypalić. Albo może zdarzyć się coś, co sprawi, że tej drugiej osoby zabraknie. Co wtedy? Podciąć sobie żyły, bo jak to tak, dalej iść przez życie bez niego/niej? Do końca życia rozpamiętywać dawne dzieje i nie pozwalać sobie na odrobinę szczęścia?
Nigdy nie zrozumiem, dlaczego ludzie tak się torturują.
A Wy?
Ona w płacz. Że niby wszystko było pięknie, spędzili razem weekend, byli tu i tam, robili to i tamto, ale na sam koniec straszliwie się pokłócili. I że on się teraz nie odzywa, nie odpowiada na wiadomości, a miał do niej przyjechać w sobotę, ale pewnie nie przyjedzie, bo to już koniec. Co chwilę zerka z nadzieją na telefon, że może jednak, ale nie, nic tam nie ma, więc smutek i jeszcze więcej łez.
A ja czuję się, jakbym miała déjà vu. Bo to już chyba trzeci raz, albo i czwarty nawet.
Problem w tym, że oni się diametralnie od siebie różnią. Ona przejmuje się wszystkim, po nim wszystko spływa. Ona analizuje i dramatyzuje, on puszcza w niepamięć. Ona robi z igły widły, on zawsze widzi światło w tunelu. Więc kiedy się pokłócą, dla niego to tylko przelotna chmura na nieboskłonie ich związku, a dla niej - koniec świata.
Czy taka karuzela ma sens na dłuższą metę? Ano, według niej, ma.
Bo ona go kocha i nie wyobraża sobie życia bez niego. Choć bez niego pewnie rzadziej by płakała. Ale nic to, miłość jest warta tego, by wylać przez nią ocean łez, prawda?
Według mnie - niekoniecznie.
Ale może to ze mną jest coś nie tak. Bo przecież ludzie szaleją na punkcie miłości nie od dziś. Mówi się, że to ona sprawia, że świat się kręci. Na pewno sprawia, że kręci się szołbiznes. Wystarczy pomyśleć, ile o miłości napisano piosenek, od ckliwych, romantycznych ballad po gniewne porozstaniowe kawałki. A są przecież jeszcze filmy, książki, wiersze...
Miłość, o której piszą i śpiewają, zawsze jest wielka i wszechogarniająca. Ona nie może bez niego żyć, dla niego ona jest całym światem.
I tak sobie myślę, że to cholernie niebezpieczna i toksyczna sytuacja. Bo ludzie przychodzą i odchodzą, a miłość, która kiedyś płonęła żywym blaskiem, może się wypalić. Albo może zdarzyć się coś, co sprawi, że tej drugiej osoby zabraknie. Co wtedy? Podciąć sobie żyły, bo jak to tak, dalej iść przez życie bez niego/niej? Do końca życia rozpamiętywać dawne dzieje i nie pozwalać sobie na odrobinę szczęścia?
Nigdy nie zrozumiem, dlaczego ludzie tak się torturują.
A Wy?
Subscribe to:
Posts (Atom)

















