Showing posts with label włosy. Show all posts
Showing posts with label włosy. Show all posts

Sunday, 8 April 2018

Moje ulubione produkty do makijażu... i 2 narzędzia, bez których nie umiem żyć.

Ostrzeżenie: to będzie notka o makijażu. Więc jeśli jesteś jedną z tych osób, które uważają, że pacykowanie się jest dla ludzi płytkich i próżnych, doradzam błyskawiczną ewakuację.

No, skoro już to ustaliliśmy, to jedziemy.

Nie jest tajemnicą, że uwielbiam się pacykować. Mam więcej produktów do makijażu niż potrzebuję, ale i tak nie potrafię się oprzeć nowej szmince albo palecie pięknych cieni. Ostatnio naszła mnie myśl, co by było, gdyby ktoś mi to wszystko ukradł albo uszkodził tak, że nie dałoby się tego uratować. Wiadomo, popłakałabym się jak dziecko, ale zaczęłam się zastanawiać, które produkty kupiłabym ponownie z miejsca, nie zważając na koszt. I doszłam do wniosku, że bez większości mogłabym się obyć, ale mam kilka zdecydowanych faworytów, które są na tyle dobre, że zawsze do nich wracam.

Oto lista moich 5 ulubionych produktów - i 2 narzędzia, bez których nie umiem żyć.

1. Anastasia Beverly Hills - pomada do brwi Dipbrow

Wyraziste brwi są w modzie od dłuższego już czasu i wydaje mi się, że każdy entuzjasta makijażu ma swój sposób na ich wykreowanie. Sporo czasu zajęło mi szukanie mojego świętego Graala, niektóre produkty były kompletną porażką, inne spełniały tylko część moich wymagań. Myślałam już, że będę musiała zadowolić się którymś z nich. A potem odkryłam Dipbrow. Miałam obawy, że pomada będzie kłopotliwa w użyciu, ale na szczęście byłam w błędzie. Wystarczy ścięty pędzelek i w miarę pewna ręka. Plusem jest to, że w zależności od ilości użytego produktu, można stworzyć efekt subtelny albo dramatyczny.

2. Jeffree Star - matowe pomadki w płynie

Jeffree Star cieszy się złą sławą i nie mogę powiedzieć, żebym darzyła go specjalną sympatią. Ale co by o nim nie mówić, jego matowe pomadki w płynie nie mają sobie równych. Niektóre odcienie wydają się mieć inną formułę i nie są aż tak fantastyczne (przykładem jest Dominatrix: kolor powala, ale formuła jest klejąca i nieprzyjemna), ale większość jest naprawdę kapitalna: trzymają się przez wieki i praktycznie nie czuć ich na ustach. No i te kolory! Od subtelnych i odpowiednich do pracy (Androgyny, Celebrity Skin) przez ciemne i wyraziste (moje ukochane Unicorn Blood i Weirdo) aż po kompletnie odjechane (Drug Lord, Jawbreaker).


Kolory! Wszystkie te kolory!

3. Kat Von D - Tattoo eyeliner

Z Kat Von D mam zupełnie odwrotnie niż z Jeffree Starem: szalenie cenię ją jako artystkę i uważam, że jest fenomenalna, ale, niestety, większość jej produktów mnie nie powala. Jej eyeliner Tattoo jest wyjątkiem i wydaje mi się, że już nigdy nie będę chciała używać żadnego innego. Czarny jak najczarniejsza noc, trzyma się na powiekach jak marzenie, a w użyciu jest tak łatwy, że kreski potrafię nim zrobić nawet trzęsącymi się dłońmi na najgorszym kacu w życiu. Zdecydowanie mój ulubiony eyeliner, a robię kreski od 20 lat, więc coś tam wiem. Nie jest tani, ale wart swojej ceny.

4. Anastasia Beverly Hills - paleta Modern Renaissance

Bardzo lubię eksperymentować z kolorami na powiekach, ale wiem też, jakie kolory są dla mnie najlepsze. Mam niebiesko-zielono-szare oczy, więc najczęściej uderzam w odcienie pomarańczy, czerwieni, różu i brzoskwini. Kiedy paleta Modern Renaissance pojawiła się w sprzedaży, wiedziałam, że jest dla mnie stworzona. Używam jej średnio 3-4 razy w tygodniu i naprawdę się cieszę, że została włączona do stałej kolekcji, bo niektóre kolory mam już na wykończeniu i wiem na pewno, że kupię drugą, gdy już całą zużyję.


Makijaż typu efekt halo, wykonany paletą ABH Modern Renaissance

5. Dermacol - podkład Make-Up Cover

Czeska marka Dermacol nie jest jakimś gigantem w branży kosmetycznej, ale ich podkład zrobiół furorę i zupełnie mnie to nie dziwi. Jest bardzo gęsty, więc rozprowadzenie go jest nie lada wyzwaniem, ale kryje praktycznie każdą niedoskonałość i nadaje skórze wygląd jak po instagramowym filtrze. Na dzień jest jak dla mnie trochę zbyt ciężki, ale idealnie się nadaje na wyjście. Nawet bez pudru i sprayu do utrwalania trzyma się całą noc. A do tego kosztuje grosze. Same plusy.

...i moje dwa ulubione narzędzia:

1. Szczotka Tangle Teezer

Moje włosy są oficjalnie w ruinie. Zniszczone od farbowania, suszenia i największej zbrodni, jakiej można dokonać na włosach, czyli tapirowania. Staram się je zapuszczać i nagle okazuje się, że muszę je czesać, co przy takim poziomie skołtunienia bywa problematyczne. Zainwestowałam w szczotkę Tangle Teezer, nie bardzo wierząc, że zrobi to jakąś różnicę, i miło się rozczarowałam. Żadna inna szczotka nie radzi sobie z moimi splątanymi włosami bez wyrywania ich z cebulkami. Dodatkowe punkty za różne rozmiary i kolory. Ja mam małą, w kolorze metalicznego fioletu, i jest idealna do torebki.

2. Real Techniques - gąbka Miracle Blender

Tańsza niż oryginalny Beauty Blender, ale równie dobra, a może nawet lepsza, ta mała pomarańczowa gąbeczka robi robotę, jeśli idzie o rozprowadzanie makijażu. Tak jak każdej innej gąbki tego typu, używa się jej na wilgotno, bo inaczej wchłania sporo produktu. To już moja czwarta i na pewno nie ostatnia; mi wytrzymują średnio 6 miesięcy, więc całkiem długo.

A Wy macie jakieś makijażowe święte Graale?

Saturday, 5 November 2016

Krótka historia moich krótkich włosów.

Odkąd pamiętam, mam krótkie włosy.

No dobra, technicznie rzecz biorąc, to nie do końca prawda. Pamiętam, kiedy mając lat 13 czy 14, zdecydowałam się ściąć moje długie, brązowe, falujące pukle. Był to jednocześnie akt buntu, jak i praktyczny ruch, bo w tamtym momencie moje włosy, podobnie jak ja sama, nie były w najlepszym stanie. To temat na oddzielną historię i może kiedyś ją tu opowiem.

Pamiętam, że kiedy weszłam do domu z krótką, chłopięcą fryzurą, moja siostra mnie zobaczyła i uderzyła w płacz. Widzicie, ona zawsze chciała mieć takie włosy jak ja, więc mocno przeżyła fakt, że zdecydowałam się ich pozbyć.

Ale dla mnie to było wyzwalające. To było jak zrzucenie starej skóry i stanie się kimś innym. Jak pozbycie się wszystkich moich wątpliwości, niepewności i strachu. Jak zastąpienie mojego pragnienia zadowalania innych - nowym, silnym pragnieniem robienia tego, na co tylko będę miała ochotę.

Dramatyczna zmiana fryzury często przynosi ze sobą zmianę wewnętrzną. W końcu włosy - zwłaszcza dla nas, kobiet - są elementem, który do pewnego stopnia nas określa. I z drugiej strony, czasem drastyczna zmiana na głowie jest odpowiedzią na zmiany życiowe. Zauważyliście, jak często kobiety, po szczególnie bolesnym rozstaniu, zmianie pracy czy czymś podobnym, pędzą do fryzjera i ścinają swoje długie włosy albo zmieniają kolor z czarnego na blond? Owszem, niektóre później tego żałują, ale zazwyczaj okazuje się, że tego właśnie potrzebowały.

Tak było ze mną; nigdy nie żałowałam. Pewnie, lubię patrzeć na długie, zdrowe, błyszczące włosy, Czasem marzą mi się efektowne warkocze albo fantazyjne upięcia. Ale w głębi serca wiem, że gdybym miała długie włosy, pewnie tylko związywałabym je w kucyk, żeby nie przeszkadzały.

Z drugiej strony, krótkie włosy wymagają ciągłej uwagi. Trzeba je często podcinać, żeby nie straciły fasonu. Czasem aż się proszą o nowy kolor, ot tak, dla odmiany. Jeśli myślisz, że z krótkimi włosami nie można się pobawić, jesteś w błędzie. Moje, choć aktualnie bardzo krótkie, a miejscami nawet podgolone, mogę układać na co najmniej 7 różnych sposobów.



Kto wie, może jeszcze przyjdzie pora, kiedy poczuję potrzebę zapuszczenia włosów. I może uda mi się oprzeć pokusie ścięcia ich w połowie zapuszczania.

Ale, póki co, zostanę przy krótkich.

Saturday, 24 September 2016

Zrobiona na szaro

Odkąd pamiętam, farbowałam włosy na czarno, ale od paru miesięcy chodziła za mną zmiana. Moje naturalne włosy zaczęły siwieć w błyskawicznym tempie, więc stwierdziłam, że równie dobrze mogę to zaakceptować i pofarbować się na szaro.

Postanowiłam poprosić o pomoc moją siostrę. Karo jest specjalistką od farbowania, zmienia kolor co 2-3 miesiące, więc doszłam do wniosku, że komu jak komu, ale jej mogę zaufać. Ostrzegła mnie wprawdzie, że usunięcie czarnej farby będzie wymagało kilku rund wybielacza i prawie na pewno uszkodzi moje włosy, ale że jestem uparta, postanowiłam się tym nie przejmować i wczoraj pojechałam do niej, by przeistoczyć się z czarnowłosej piękności w siwowłosą boginię.


Runda pierwsza. Rudo mi!


Zdaję sobie sprawę, że drastycznego rozjaśniania włosów powinno się dokonywać stopniowo, by jak najmniej uszkodzić strukturę włosa. Problem polega na tym, że taki proces wymaga czasu, a ja go nie miałam. Nie mogłam sobie pozwolić na to, by w poniedziałek pojawić się w pracy z włosami koloru żółtka, więc musiałyśmy załatwić wszystko za jednym zamachem.

Potrzebny był jeden wieczór i jeden poranek, dwie rundy rozjaśniacza, trochę toneru i kąpiel rozjaśniająca, by moje włosy w końcu stały się wystarczająco jasne do przyjęcia farby, Na szczęście farba była z tych, które nie niszczą włosów, z serii Colour Freedom Metallic Glory. Zdecydowałam się na grafitową szarość, bo uznałam, że ten odcień nie jest ani za jasny, ani za ciemny, i uważam, że to był dobry wybór. Gdzienigdzie przebijają jeszcze ciepłe tony, ale bliżej nasady włosów, gdzie nie było czarnej farby do ściągniecia, a tylko mój naturalny kolor, rezultat jest idealny!

Myślę więc, że przez jakiś czas będę siwa. Siostra zaopatrzyła mnie w mnóstwo przydatnych rzeczy, w tym rozjaśniacz (do odrostów, kiedy się pojawią), niebieski toner (żeby pozbyć się ciepłych tonów), srebrny szampon i mnóstwo dobrych rad. Przycięła mi też końcówki, które były w kiepskim stanie, choć użyłyśmy ponoć cudotwórczego Olaplexu. Coś mi się zdaje, że w najbliższej przyszłości będę sypiała z olejem kokosowym na włosach, ale co tam, było warto!



Rezultat!