"Cyrk pojawia się bez ostrzeżenia. Nie poprzedzają go żadne ogłoszenia. Po prostu jest, choć jeszcze wczoraj go tam nie było. Wiszący nad bramą czarny szyld z białymi literami obwieszcza:
Otwarty od zmierzchu do świtu
Gdy słońce znika za horyzontem, wokół namiotów pojawiają się światła, tak jakby cały cyrk pokryty był wyjątkowo jasnymi świetlikami. Gdy wszystkie namioty są już rozświetlone, błyszcząc jak gwiazdy na tle nocnego nieba, pojawia się znak.
Le Cirque des Rêves
Cyrk Snów
Cyrk jest otwarty.
Możesz wejść."
Czasem trafiasz na książkę, która jest naprawdę magiczna. Porywa cię od pierwszej strony i odłożenie jej graniczy z niemożliwością, tak, jakby drzemała w niej jakaś niezwykła moc. Jesteś rozdarty między pochłonięciem tej książki w całości a delektowaniem się każdym słowem. Próbujesz zwolnić tempo, ale zanim się zorientujesz, jesteś po uszy zanurzony w historii i myślenie o czymkolwiek innym jest prawdziwym wyzwaniem.
"Cyrk Nocy" Erin Morgenstern jest jedną z takich książek.
Tytułowy cyrk jest magicznym miejscem, które goście opuszczają z szeroko otwartymi ze zdziwienia i zachwytu oczami. Ale magia sięga dalej niż popisy akrobatów i żonglerów, dalej niż karuzele i jabłka w karmelu. Ten cyrk jest areną pojedynku między dwójką młodych, utalentowanych magików, pojedynku, który przetrwa tylko jedno z nich.
Długo przed narodzinami cyrku, Celia i Marco zostali wplątani w tę bitwę wyobraźni i woli przez swoich mentorów. Mieli być rywalami, ale na przekór wszelkim przeszkodom zakochują się w sobie. Czy prawdziwa miłość wystarczy, by zakończyć grę, czy może konieczne będą ofiary? Los wszystkich, od członków cyrkowej trupy po niczego nieświadomych widzów, zależy od wyniku pojedynku.
"Cyrk Nocy" jest jak wykwintny posiłek dla wyobraźni czytelnika: pięknie napisany, niebanalny, zabawny i ściskający za serce zarazem, z warstwami, które ujawniają się, im głębiej wchodzimy w historię. Zwróć szczególną uwagę na czas wydarzeń, czytelniku, bo w tym świecie nie wszystko jest tak oczywiste i liniowe, jak się wydaje. Odkrywająca się przed tobą historia zawiedzie cię do świata cudów i dziwów. I niewykluczone, że - tak jak ja - będziesz marzył o tym, by Le Cirque des Rêves istniał naprawdę i odwiedził kiedyś, niespodziewanie i bez ostrzeżenia, twoje strony.
"Cyrk Nocy" ukazał się w Polsce nakładem Wydawnictwa Świat Książki. To literacki debiut Erin Morgenstern i pozostaje tylko mieć nadzieję na więcej.
Showing posts with label książki. Show all posts
Showing posts with label książki. Show all posts
Thursday, 15 February 2018
Saturday, 20 May 2017
Co kryje głębia. "Zapisane w wodzie", Paula Hawkins.
Z płynącej przez miasteczko rzeki policja wyławia zwłoki kobiety. Poprzedniego lata w rzece znaleziono ciało wrażliwej nastolatki. To nie pierwsze kobiety, które straciły życie w tych ciemnych wodach; ich śmierci burzą powierzchnię, odkrywając sekrety, które od dawna kryły się na dnie,
W środku tego wszystkiego, pozostawiona sama sobie, jest samotna piętnastolatka. Pozbawiona rodziców i przyjaciół, nagle znajduje się pod opieką siostry swojej zmarłej matki, przerażającej, obcej kobiety, która wbrew sobie zostaje wciągnięta w wir wydarzeń w miasteczku, z którego uciekła i do którego nigdy nie zamierzała wracać.
Paula Hawkins zadebiutowała fantastyczną, mroczną "Dziewczyną z pociągu", dzięki której błyskawicznie stała się rozpoznawalna i porównywana do takich pisarzy jak Gillian Flynn i S. J. Watson. Jej druga powieść, "Zapisane w wodzie", to również zagmatwana, pełna tajemnic historia, ale tu kończą się podobieństwa do debiutanckiej powieści Hawkins. "Zapisane w wodzie" nie jest w żadnym wypadku kalką; to zupełnie nowa opowieść.
Hawkins wydaje się posiadać wyjątkowy talent do budowania postaci. Wrażliwe i pełne wad, a jednocześnie silne i twarde, zdają się tak realne jak ludzie wokół nas. Popełniają błędy, płacą za nie, robią straszne rzeczy i wspaniałe rzeczy i tchórzliwe rzeczy, i wszystko pomiędzy. I może właśnie dlatego tak łatwo się z nimi utożsamiać.
Sama historia wije się jak rzeka, a nieoczekiwane zwroty akcji sprawiają, że trudno się od niej oderwać. Sekrety wychodzą na jaw stopniowo, powoli, i kiedy myślisz sobie, że wszystko jest już jasne, nagle okazuje się, że byłeś w błędzie.
Nie jest łatwo napisać drugą powieść, jeśli debiutancka stała się sensacją. Nie jest łatwo uciec od porównać. Moim zdaniem, Paula Hawkins dała radę. "Zapisane w wodzie" zdecydowanie nie jest gorszą książką niż jej debiutancka powieść; jak dla mnie, jest nawet lepsza i nie mogę się doczekać kolejnych.
"Zapisane w wodzie" ukazało się w Polsce nakładem Wydawnictwa Świat Książki,
W środku tego wszystkiego, pozostawiona sama sobie, jest samotna piętnastolatka. Pozbawiona rodziców i przyjaciół, nagle znajduje się pod opieką siostry swojej zmarłej matki, przerażającej, obcej kobiety, która wbrew sobie zostaje wciągnięta w wir wydarzeń w miasteczku, z którego uciekła i do którego nigdy nie zamierzała wracać.
Paula Hawkins zadebiutowała fantastyczną, mroczną "Dziewczyną z pociągu", dzięki której błyskawicznie stała się rozpoznawalna i porównywana do takich pisarzy jak Gillian Flynn i S. J. Watson. Jej druga powieść, "Zapisane w wodzie", to również zagmatwana, pełna tajemnic historia, ale tu kończą się podobieństwa do debiutanckiej powieści Hawkins. "Zapisane w wodzie" nie jest w żadnym wypadku kalką; to zupełnie nowa opowieść.
Hawkins wydaje się posiadać wyjątkowy talent do budowania postaci. Wrażliwe i pełne wad, a jednocześnie silne i twarde, zdają się tak realne jak ludzie wokół nas. Popełniają błędy, płacą za nie, robią straszne rzeczy i wspaniałe rzeczy i tchórzliwe rzeczy, i wszystko pomiędzy. I może właśnie dlatego tak łatwo się z nimi utożsamiać.
Sama historia wije się jak rzeka, a nieoczekiwane zwroty akcji sprawiają, że trudno się od niej oderwać. Sekrety wychodzą na jaw stopniowo, powoli, i kiedy myślisz sobie, że wszystko jest już jasne, nagle okazuje się, że byłeś w błędzie.
Nie jest łatwo napisać drugą powieść, jeśli debiutancka stała się sensacją. Nie jest łatwo uciec od porównać. Moim zdaniem, Paula Hawkins dała radę. "Zapisane w wodzie" zdecydowanie nie jest gorszą książką niż jej debiutancka powieść; jak dla mnie, jest nawet lepsza i nie mogę się doczekać kolejnych.
"Zapisane w wodzie" ukazało się w Polsce nakładem Wydawnictwa Świat Książki,
Thursday, 12 January 2017
O życiu w sieci i śmierci prywatności. "Krąg", Dave Eggers.
Gdy Mae Holland, przeciętna dziewczyna z małego miasta, dostaje ofertę pracy dla Kręgu, najbardziej wpływowej i najpotężniejszej firmy internetowej na świecie, jest przekonana, że dostała największą szansę w życiu. Widząc firmowy campus i jego otwarte przestrzenie, nowoczesną architekturę i technologiczne rozwiązania, które mają do dyspozycji pracownicy, wie, że jej życie wkrótce się zmieni.
Mae szybko dowiaduje się, że praca dla Kręgu w niczym nie przypomina pracy dla żadnej innej firmy. Imprezy trwające do późnej nocy, koncerty znanych muzyków, zawody sportowe i kółka zainteresowań nie są wprawdzie obowiązkowe, ale Krąg oczekuje od pracowników zaangażowania i obecności w internecie. Zdeterminowana, by się wykazać, Mae wkrótce zaczyna spędzać każdą chwilę w sieci, która domaga się coraz więcej uwagi...
Krok po kroku, życie Mae staje się coraz bardziej publiczne. Czy da się wciągnąć, czy w końcu zda sobie sprawę, że nie wszystkim należy się dzielić?
Choć chętnie czytuję antyutopijną literaturę, "Krąg" Dave'a Eggersa jakimś cudem mi umknął. Trafiłam na tę książkę dopiero dzięki czytelniczemu wyzwaniu Popsugar. W kwietniu na ekrany kin wchodzi film oparty na powieści, z Tomem Hanksem i Emmą Watson w rolach głównych, i nie mogę się doczekać, by się przekonać, co z tego wyjdzie. To doskonały materiał na film, ale w historii było już sporo kiepskich ekranizacji dobrych książek, więc kto wie... Poczekamy, zobaczymy.
"Krąg" wciągnął mnie od pierwszych stron. Akcja rozwija się szybko, styl autora jest bardzo przyswajalny, a postaci, choć nie zawsze dają się lubić, nie pozostawiają czytelnika obojętnym. Wszystko to sprawia, że trudno oderwać się od czytania. Nie sposób nie zastanawiać się, jak bardzo nasza rzeczywistość jest zbliżona do świata przedstawionego przez Eggersa. Nasza obsesja na punkcie serwisów społecznościowych, narastająca skłonność do dzielenia się w internecie wszystkim, włącznie z najbardziej osobistymi rzeczami, i fakt, że wielu z nas ma mnóstwo internetowych "przyjaciół", ale bardzo niewiele prawdziwych, znaczących relacji z ludźmi, może niepokoić. I choć sam koncept książki nie jest całkiem nowatorski, nie dziwi wcale, że to właśnie teraz spotkał się z takim odzewem. Wszystkie te subtelne (i nie całkiem) aluzje do znanych nam portali i technologicznych gigantów zbierających dane o użytkownikach, a także uświadomienie sobie, że wielu z nas wydaje się żyć głównie w internecie, sprawiają, że czytelnik zaczyna rozważać nad swoją aktywnością w sieci.
(O ironio, ta notka wkrótce zostanie opublikowana na moim blogu, który jest ni mniej, ni więcej jak tylko pamiętnikiem widocznym dla innych w sieci. Wcale nie uważam, że dzielenie się wrażeniami i wyrażanie opinii w internecie jest drogą do samozniszczenia. Ale jestem przekonana, że życie nie powinno się ograniczać do światła ekranu.)
"Krąg" Davida Eggersa w Polsce opublikowało wydawnictwo Sonia Draga.
Mae szybko dowiaduje się, że praca dla Kręgu w niczym nie przypomina pracy dla żadnej innej firmy. Imprezy trwające do późnej nocy, koncerty znanych muzyków, zawody sportowe i kółka zainteresowań nie są wprawdzie obowiązkowe, ale Krąg oczekuje od pracowników zaangażowania i obecności w internecie. Zdeterminowana, by się wykazać, Mae wkrótce zaczyna spędzać każdą chwilę w sieci, która domaga się coraz więcej uwagi...
Krok po kroku, życie Mae staje się coraz bardziej publiczne. Czy da się wciągnąć, czy w końcu zda sobie sprawę, że nie wszystkim należy się dzielić?
Choć chętnie czytuję antyutopijną literaturę, "Krąg" Dave'a Eggersa jakimś cudem mi umknął. Trafiłam na tę książkę dopiero dzięki czytelniczemu wyzwaniu Popsugar. W kwietniu na ekrany kin wchodzi film oparty na powieści, z Tomem Hanksem i Emmą Watson w rolach głównych, i nie mogę się doczekać, by się przekonać, co z tego wyjdzie. To doskonały materiał na film, ale w historii było już sporo kiepskich ekranizacji dobrych książek, więc kto wie... Poczekamy, zobaczymy.
"Krąg" wciągnął mnie od pierwszych stron. Akcja rozwija się szybko, styl autora jest bardzo przyswajalny, a postaci, choć nie zawsze dają się lubić, nie pozostawiają czytelnika obojętnym. Wszystko to sprawia, że trudno oderwać się od czytania. Nie sposób nie zastanawiać się, jak bardzo nasza rzeczywistość jest zbliżona do świata przedstawionego przez Eggersa. Nasza obsesja na punkcie serwisów społecznościowych, narastająca skłonność do dzielenia się w internecie wszystkim, włącznie z najbardziej osobistymi rzeczami, i fakt, że wielu z nas ma mnóstwo internetowych "przyjaciół", ale bardzo niewiele prawdziwych, znaczących relacji z ludźmi, może niepokoić. I choć sam koncept książki nie jest całkiem nowatorski, nie dziwi wcale, że to właśnie teraz spotkał się z takim odzewem. Wszystkie te subtelne (i nie całkiem) aluzje do znanych nam portali i technologicznych gigantów zbierających dane o użytkownikach, a także uświadomienie sobie, że wielu z nas wydaje się żyć głównie w internecie, sprawiają, że czytelnik zaczyna rozważać nad swoją aktywnością w sieci.
(O ironio, ta notka wkrótce zostanie opublikowana na moim blogu, który jest ni mniej, ni więcej jak tylko pamiętnikiem widocznym dla innych w sieci. Wcale nie uważam, że dzielenie się wrażeniami i wyrażanie opinii w internecie jest drogą do samozniszczenia. Ale jestem przekonana, że życie nie powinno się ograniczać do światła ekranu.)
"Krąg" Davida Eggersa w Polsce opublikowało wydawnictwo Sonia Draga.
Wednesday, 30 November 2016
O zbrodni, pożądaniu i niebezpiecznych związkach. "Drugie Życie", S. J. Watson.
Psychologiczne thrillery zyskały ostatnimi czasy na popularności dzięki tytułom takim jak "Zaginiona Dziewczyna" Gillian Flynn czy "Dziewczyna z pociągu" Pauli Hawkins. Większość książek z tego gatunku jest przeciętna i nie zapada w pamięć; zdarzają się jednak też i wciągające i dobre. A od czasu do czasu pojawia się coś tak dobrego, że trudno się oderwać od czytania.
Moim zdaniem, "Drugie Życie" S. J Watsona należy do tej ostatniej kategorii.
Życie Julii, choć nieszczególnie ekscytujące, jest dobre: kochający mąż, nastoletni syn, przytulny dom. Wszystko się zmienia, gdy jej ukochana młodsza siostra, Kate, zostaje zamordowana. Kiedy śledztwo policji nie przynosi rezultatów, Julia decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce. Gdy dowiaduje się, że jej siostra korzystała ze stron internetowych, by umawiać się na seks z przypadkowymi nieznajomymi, podąża za tym tropem i zagłębia się coraz bardziej w nieznany jej, mroczny i niebezpieczny świat...
Julia zaczyna prowadzić podwójne życie. I wkrótce może stracić oba.
Druga powieść S. J. Watsona jest równie dobra jak jego debiut, "Zanim Zasnę", przerobiony w 2014 w nieszczególnie udany film. Wciągająca historia, ciekawy, choć może nie do końca zaskakujący zwrot akcji pod koniec, oraz dobrze zarysowane postaci, którymi czasem aż chciałoby się potrząsnąć, by otworzyć im oczy na prawdę, czynią z "Drugiego Życia" książkę, po którą miłośnicy thrillerów psychologicznych zdecydowanie powinni sięgnąć. Pewnie, niektórym może się wydawać zbyt podobna do innych powieści dostępnych na rynku, ale prawda jest taka, że trudno o kompletnie nowatorski pomysł, gdy rzeczywistość często przyćmiewa fikcję, jeśli idzie o pokręcone scenariusze.
Mnie "Drugie Życie" wciągnęło od pierwszych stron i myślę, że większość fanów gatunku też wciągnie.
W Polsce książka ukazała się w czerwcu 2016 roku nakładem Wydawnictwa Sonia Draga.
Moim zdaniem, "Drugie Życie" S. J Watsona należy do tej ostatniej kategorii.
Życie Julii, choć nieszczególnie ekscytujące, jest dobre: kochający mąż, nastoletni syn, przytulny dom. Wszystko się zmienia, gdy jej ukochana młodsza siostra, Kate, zostaje zamordowana. Kiedy śledztwo policji nie przynosi rezultatów, Julia decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce. Gdy dowiaduje się, że jej siostra korzystała ze stron internetowych, by umawiać się na seks z przypadkowymi nieznajomymi, podąża za tym tropem i zagłębia się coraz bardziej w nieznany jej, mroczny i niebezpieczny świat...
Julia zaczyna prowadzić podwójne życie. I wkrótce może stracić oba.
Druga powieść S. J. Watsona jest równie dobra jak jego debiut, "Zanim Zasnę", przerobiony w 2014 w nieszczególnie udany film. Wciągająca historia, ciekawy, choć może nie do końca zaskakujący zwrot akcji pod koniec, oraz dobrze zarysowane postaci, którymi czasem aż chciałoby się potrząsnąć, by otworzyć im oczy na prawdę, czynią z "Drugiego Życia" książkę, po którą miłośnicy thrillerów psychologicznych zdecydowanie powinni sięgnąć. Pewnie, niektórym może się wydawać zbyt podobna do innych powieści dostępnych na rynku, ale prawda jest taka, że trudno o kompletnie nowatorski pomysł, gdy rzeczywistość często przyćmiewa fikcję, jeśli idzie o pokręcone scenariusze.
Mnie "Drugie Życie" wciągnęło od pierwszych stron i myślę, że większość fanów gatunku też wciągnie.
W Polsce książka ukazała się w czerwcu 2016 roku nakładem Wydawnictwa Sonia Draga.
Wednesday, 26 October 2016
Wybory, światy, możliwości.
"Czy jesteś szczęśliwy w życiu?"
To ostatnie słowa, które słyszy Jason Dessen, zanim zamaskowany porywacz pozbawia go przytomności. Kiedy się budzi, otaczają go ludzie w zabezpieczających kombinezonach, a mężczyzna, którego nigdy nie widział, pochyla się nad nim z uśmiechem i mówi: "Witaj z powrotem, przyjacielu."
Wkrótce Jason przekonuje się, że świat, w którym się ocknął, nie jest jego światem. Jego żona nie jest jego żoną, jego syn nigdy się nie urodził, a on sam nie jest zwykłym profesorem w szkole średniej, a geniuszem, który dokonał przełomowego odkrycia...
Który świat jest prawdziwy? Czy jest ich więcej? Co, jeśli każdy wybór, którego dokonujemy, tworzy kolejny świat, w którym wszystko wygląda trochę inaczej?
Jeśli zgubisz się wśród nieskończonej liczby światów, jak znajdziesz drogę do domu?
Po "Mroczną materię" Blake'a Croucha sięgnęłam niejako przypadkiem, ale bardzo się cieszę, że to zrobiłam. To świetna lektura, porywająca i zmuszająca do zastanowienia się nad tym, jak nasze decyzje kształtują rzeczywistość, nad możliwościami leżącymi przed nami i nad tym, jak mogłoby wyglądać nasze życie, gdybyśmy dokonali innych wyborów w przeszłości. Ale przede wszystkim sprawia, że doceniamy to, co mamy, bo właśnie ten świat, a nie inny, jest naszym domem.
Koncepcja multiwersum jest tak stara jak nurt science fiction, ale Crouch pisze o światach równoległych w interesujący, a przy tym zrozumiały sposób. "Mroczna materia" jest porywającym i wciągającym skrzyżowaniem sci-fi, thrillera i historii miłosnej. Niektórzy narzekają na specyficzny styl autora, charakteryzujący się krótkimi, urywanymi zdaniami, ale, według mnie, znakomicie pasuje on do historii.
Powieść ukaże się w Polsce 7 listopada nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka, ale już teraz można ją zamówić w przedsprzedaży. Jeśli szukasz ekscytującej lektury, która wciąga od pierwszej strony i którą trudno odłożyć, koniecznie dodaj tę książkę do swojej listy!
To ostatnie słowa, które słyszy Jason Dessen, zanim zamaskowany porywacz pozbawia go przytomności. Kiedy się budzi, otaczają go ludzie w zabezpieczających kombinezonach, a mężczyzna, którego nigdy nie widział, pochyla się nad nim z uśmiechem i mówi: "Witaj z powrotem, przyjacielu."
Wkrótce Jason przekonuje się, że świat, w którym się ocknął, nie jest jego światem. Jego żona nie jest jego żoną, jego syn nigdy się nie urodził, a on sam nie jest zwykłym profesorem w szkole średniej, a geniuszem, który dokonał przełomowego odkrycia...
Który świat jest prawdziwy? Czy jest ich więcej? Co, jeśli każdy wybór, którego dokonujemy, tworzy kolejny świat, w którym wszystko wygląda trochę inaczej?
Jeśli zgubisz się wśród nieskończonej liczby światów, jak znajdziesz drogę do domu?
Po "Mroczną materię" Blake'a Croucha sięgnęłam niejako przypadkiem, ale bardzo się cieszę, że to zrobiłam. To świetna lektura, porywająca i zmuszająca do zastanowienia się nad tym, jak nasze decyzje kształtują rzeczywistość, nad możliwościami leżącymi przed nami i nad tym, jak mogłoby wyglądać nasze życie, gdybyśmy dokonali innych wyborów w przeszłości. Ale przede wszystkim sprawia, że doceniamy to, co mamy, bo właśnie ten świat, a nie inny, jest naszym domem.
Koncepcja multiwersum jest tak stara jak nurt science fiction, ale Crouch pisze o światach równoległych w interesujący, a przy tym zrozumiały sposób. "Mroczna materia" jest porywającym i wciągającym skrzyżowaniem sci-fi, thrillera i historii miłosnej. Niektórzy narzekają na specyficzny styl autora, charakteryzujący się krótkimi, urywanymi zdaniami, ale, według mnie, znakomicie pasuje on do historii.
Powieść ukaże się w Polsce 7 listopada nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka, ale już teraz można ją zamówić w przedsprzedaży. Jeśli szukasz ekscytującej lektury, która wciąga od pierwszej strony i którą trudno odłożyć, koniecznie dodaj tę książkę do swojej listy!
Wednesday, 7 September 2016
Nowy odcień magii
W swoim życiu przeczytałam całkiem sporo książek fantasy, więc pewnie dlatego rzadko się zdarza, że powieść z tego gatunku rozłoży mnie na łopatki. Prawda jest taka, że trudno wymyślić coś zupełnie nowego, świeżego i niebanalnego, a do tego niektórym autorom daleko do pisarskiego mistrzostwa (tak, panie Goodkind, mowa o tobie). Dodajmy do tego fakt, że coraz więcej książek fantasy zahacza o literaturę młodzieżową, a więc zazwyczaj odrobinę naiwną i przeznaczoną dla mniej wyrafinowach czytelników, a także to, że wśród autorów pojawiła się nieznośna skłonność do pisania coraz to dłuższych cykli, których początki bywają całkiem przyzwoite, ale im dalej, tym robi się gorzej.
Dlatego po "Mroczniejszy odcień magii" Victorii Schwab sięgnęłam bez szczególnie wysokich oczekiwań.
Z przyjemnością stwierdzam, że mile się zaskoczyłam. Ba, jestem skłonna stwierdzić, że równie dobrego cyklu (a przynajmniej jego początku) nie było od czasu "Niecnych Dżentelmenów" Scotta Lyncha. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że to już o czymś świadczy.
Rzecz dzieje się w Londynie. A właściwie w Londynach, bo jest ich cztery: pozbawiony magii Szary, żywy, barwny i nasycony magią Czerwony, zimny i wycieńczony wojną Biały. I Czarny, który setki lat temu upadł, a teraz nikt już o nim nie wspomina.
Kell jest jedyn z ostatnich magów antari, mających dar podróżowania między światami. Oficjalnie działa jako posłaniec między Londynami, przekazując wiadomości od jednych koronowanych głów innym. Nieoficjalnie zaś zdarza mu się przy okazji przeszmuglować to lub owo z jednego Londynu do drugiego na życzenie klienta. Pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, trafia w jego ręce przedmiot, który stanie się zalążkiem poważnych kłopotów.
Los stawia na drodze Kella Lilę Bard, utalentowaną złodziejkę, która marzy o własnym statku i zobaczeniu świata poza Szarym Londynem. Walcząc z czymś, czego ani jedno, ani drugie się nie spodziewało, bohaterowie są zmuszeni współpracować, początkowo niechętnie, ale z czasem zawiązuje się między nimi nić przyjaźni...
To pierwszy tom, który ukazał się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka w lipcu. Ja jestem w połowie drugiego, który pewnie wkrótce ujrzy światło dzienne również w Polsce, i już czekam na trzeci, który ma mieć swoją światową premierę w lutym 2017.
Jeśli więc szukacie ciekawego, sprawnie napisanego, wciągającego cyklu fantasy, zdecydowanie polecam "Odcienie magii"!
Dlatego po "Mroczniejszy odcień magii" Victorii Schwab sięgnęłam bez szczególnie wysokich oczekiwań.
Z przyjemnością stwierdzam, że mile się zaskoczyłam. Ba, jestem skłonna stwierdzić, że równie dobrego cyklu (a przynajmniej jego początku) nie było od czasu "Niecnych Dżentelmenów" Scotta Lyncha. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że to już o czymś świadczy.
Rzecz dzieje się w Londynie. A właściwie w Londynach, bo jest ich cztery: pozbawiony magii Szary, żywy, barwny i nasycony magią Czerwony, zimny i wycieńczony wojną Biały. I Czarny, który setki lat temu upadł, a teraz nikt już o nim nie wspomina.
Kell jest jedyn z ostatnich magów antari, mających dar podróżowania między światami. Oficjalnie działa jako posłaniec między Londynami, przekazując wiadomości od jednych koronowanych głów innym. Nieoficjalnie zaś zdarza mu się przy okazji przeszmuglować to lub owo z jednego Londynu do drugiego na życzenie klienta. Pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, trafia w jego ręce przedmiot, który stanie się zalążkiem poważnych kłopotów.
Los stawia na drodze Kella Lilę Bard, utalentowaną złodziejkę, która marzy o własnym statku i zobaczeniu świata poza Szarym Londynem. Walcząc z czymś, czego ani jedno, ani drugie się nie spodziewało, bohaterowie są zmuszeni współpracować, początkowo niechętnie, ale z czasem zawiązuje się między nimi nić przyjaźni...
To pierwszy tom, który ukazał się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka w lipcu. Ja jestem w połowie drugiego, który pewnie wkrótce ujrzy światło dzienne również w Polsce, i już czekam na trzeci, który ma mieć swoją światową premierę w lutym 2017.
Jeśli więc szukacie ciekawego, sprawnie napisanego, wciągającego cyklu fantasy, zdecydowanie polecam "Odcienie magii"!
Wednesday, 21 March 2012
O radości płynącej z czytania słów kilka
Odkąd pamiętam, odczuwam ogromny głód słowa pisanego. Rodzina zgodnie utrzymuje, że już jako czterolatka czytałam płynnie, bez sylabizowania i zatrzymywania się, by dokładniej zbadać literę czy słowo, a ja nie mam powodów, by im nie wierzyć. Wprawiałam się podobno na książeczkach dla dzieci oraz... niemieckich katalogach z wysyłkową modą, które namiętnie składowała moja babcia. Idąc z mamą na spacer, czytałam wszystko, od sklepowych szyldów po napisy na murach. Tak, te niecenzuralne też. Podejrzewam, że musialo to byc dość zabawne dla wszystkich, może z wyjątkiem mojej mamy, która pewnie niejednokrotnie marzyła o tym, by zapaść się pod ziemię.
Bylam częstym gościem w szkolnej bibliotece, ale wkrótce przestała mi ona wystarczać i zapisałam się do lokalnej, publicznej, a potem do jeszcze jednej. Potrafiłam pochłonąć 3-4 ksiązki w tydzień. Jeśli się nad tym zastanowić, nadal potrafię. Tu, na obczyźnie, też korzystam z bibliotek. Znajomość angielskiego jest moim błogosławieństwem.
Czytam prawie wszystko, od science fiction po współczesną beletrystykę, od biografii osób, które mnie interesują, po dobry horror, od kryminału po literaturę popularnonaukową. Treść jest, oczywiście, najważniejsza, ale niemal równie istotne są słowa, ich dobór, sposób, w jaki splatają się ze sobą w zdania. Są książki, które właśnie dzieki językowi, jakim zostały napisane, mają niezwykłą moc. Sa i takie, które tracą impet przez marne pióro autora. Nawet takie książki doczytuję jednak do końca. Wyjątkiem był "Zmierzch", który podsunęła mi koleżanka. Dobrnęłam gdzieś do sześćdziesiątej strony i zrezygnowałam. Wciąż nie rozumiem popularności tej serii, choć pewnie gdybym miala 14 czy 15 lat, bylabym nią zachwycona.
Wiem, że nie powinno mi byc żal ludzi, którzy nie czytają, ale jednak jest. Nigdy nie odwiedzą tych wszystkich światów, nie poznają całej rzeszy niezwykłych postaci, nie dadzą się porwać prądowi historii. Ich wybór, wiem, ale zastanawiam się, czy wiedzą, jak wiele tracą.
Ja karmię się słowem pisanym, jest mi potrzebne do życia jak powietrze. I pewnie kiedy przyjdzie mi umrzeć, wyzionę ducha z książką w reku.
To wcale nie byłaby taka zła śmierć.
Bylam częstym gościem w szkolnej bibliotece, ale wkrótce przestała mi ona wystarczać i zapisałam się do lokalnej, publicznej, a potem do jeszcze jednej. Potrafiłam pochłonąć 3-4 ksiązki w tydzień. Jeśli się nad tym zastanowić, nadal potrafię. Tu, na obczyźnie, też korzystam z bibliotek. Znajomość angielskiego jest moim błogosławieństwem.
Czytam prawie wszystko, od science fiction po współczesną beletrystykę, od biografii osób, które mnie interesują, po dobry horror, od kryminału po literaturę popularnonaukową. Treść jest, oczywiście, najważniejsza, ale niemal równie istotne są słowa, ich dobór, sposób, w jaki splatają się ze sobą w zdania. Są książki, które właśnie dzieki językowi, jakim zostały napisane, mają niezwykłą moc. Sa i takie, które tracą impet przez marne pióro autora. Nawet takie książki doczytuję jednak do końca. Wyjątkiem był "Zmierzch", który podsunęła mi koleżanka. Dobrnęłam gdzieś do sześćdziesiątej strony i zrezygnowałam. Wciąż nie rozumiem popularności tej serii, choć pewnie gdybym miala 14 czy 15 lat, bylabym nią zachwycona.
Wiem, że nie powinno mi byc żal ludzi, którzy nie czytają, ale jednak jest. Nigdy nie odwiedzą tych wszystkich światów, nie poznają całej rzeszy niezwykłych postaci, nie dadzą się porwać prądowi historii. Ich wybór, wiem, ale zastanawiam się, czy wiedzą, jak wiele tracą.
Ja karmię się słowem pisanym, jest mi potrzebne do życia jak powietrze. I pewnie kiedy przyjdzie mi umrzeć, wyzionę ducha z książką w reku.
To wcale nie byłaby taka zła śmierć.
Thursday, 19 January 2012
Larsson, pieniadze i brzydkie slowo na "F".
Nie lubię książek, które są super-mega-popularne. Jeśli widzę, że wszyscy coś czytają, z czystej przekory sama po to nie sięgam. Raz zrobilam ten błąd i sięgnęłam po Coelho. Do tej pory nie rozumiem jego fenomenu.
Za Stiega Larssona zabrałam się dzięki mojemu Tacie. Pewnego pięknego dnia, podczas rozmowy przez telefon, podekscytowanym głosem oznajmił mi, ze koniecznie muszę i już, bo tam jest taka dziewczyna, co mu się ze mną kojarzy i jak czyta o niej, to myśli o mnie. Muszę przyznać, że mnie zaintrygował. No i pomyślałam sobie, że książka, która podekscytowała mojego Tatę (zwykle przy czytaniu zasypiającego), faktycznie musi byc niezła.
Była. Pochłonęłam trzy tomy w tydzień, nie mogłam się oderwać. Ja, która od kryminalnych zagadek zawsze wokałam nowoczesną prozę i zabawę słowem, zaczytałam się w Larssonie. Nie wiedziałam wtedy, że to dopiero początek mojej przygody ze skandynawskim kryminałem (i że Larsson nie jest wcale najlepszym pisarzem tego nurtu). Ale zbaczam z toru.
Obiektywnie rzecz ujmując, trylogia Millenium nie wyróżnia się specjalnie na tle innych powieści tego typu. Larsson pisze sprawnie, rzetelnie, choc z miejsca można wyczuć, że jest bardziej dziennikarzem niz pisarzem (patrz: dbałość o szczegóły, zaczynając od tła społeczno-politycznego, a kończąc na liście zakupów z Ikei). Sama historia jest ciekawa, wciągająca i porusza istotne kwestie, ale to przecież nie wystarczy, by ksiązka odniosła międzynarodowy sukces.
I tu pojawia się Lisbeth Salander. Postać, jakiej chyba nigdy dotąd nie było. Aspołeczna, odziana w czerń chudzinka z twarzą nabitą żelastwem, fotograficzną pamiecią i hakerskimi umiejętnościami, które pozwalają jej znależć dosłownie każdą informację. Kieruje się własnym kodeksem moralnym, wymierza sprawiedliwość sadystycznym świniom i nie ufa nikomu. I myślę, że to właśnie ona jest kluczem do sukcesu trylogii Milennium.
Widziałam szwedzki film krótko po przeczytaniu trylogii i, choć sporo w nim bylo dziur i nieścisłości, podobal mi się bardzo. Kiedy dowiedziałam się, że Amerykanie kręcą własną wersję, nie bylam zadowolona. Planowałam nawet zbojkotować ten film i dopiero nazwisko reżysera (nic nie poradzę na to, że mam słabość do Davida Finchera) i wieść o tym, ze muzykę będzie komponował mój ulubiony duet (Trent Reznor i Atticus Ross) przekonały mnie, by pójść do kina.
Dostałam 2 godziny i 38 minut sprawnie, rzetelnie zrealizowanego filmu. Filmu, który ogląda się dobrze, ale który trochę jednak rozczarowuje. Nasuwa się pytanie: po co? Czyżby chodziło wyłącznie o pieniądze?
Stieg Larsson chciał, by za ekranizację jego książek zabrało się Hollywood. Liczył na to, że dzięki temu temat przemocy wobec kobiet będzie nagłośniony, że zaczną się debaty, dyskusje, rozmowy. Że media w końcu zwrócą uwagę na ten ważny problem. Zamiast tego mamy tylko zwiększony popyt na skórzane kurtki (pewna sieć sklepów odzieżowych wypuściła nawet kolekcję inspirowaną "Dziewczyną z tatuażem") i ciężkie buciory. W końcu bycie jak Salander jest teraz trendy, prawda?
Szkoda.
Czy Hollywood tak bardzo boi się tego brzydkiego słowa na "F"? Czy celowo unika feministycznego przekazu, który w książkach Larssona był wyraźnie widoczny? Być moze. W końcu feminizm nie sprzedaje się zbyt dobrze. Sprzedaje się za to seks i przemoc. Im więcej, tym lepiej, bo w końcu przeciętny odbiorca tyle już się tego naoglądał, że trzeba wytoczyć naprawdę ciężkie działa, by nim wstrząsnąć. A i to nie zawsze się udaje.
Smutny to świat, w którym więcej dyskutuje się o tym, że aktorka przekłuła sobie sutek do roli, niż o przesłaniu, które niesie grana przez nią postać. Z niczego robi się coś, a na to, co naprawdę ważne, zamyka się oczy.
Za Stiega Larssona zabrałam się dzięki mojemu Tacie. Pewnego pięknego dnia, podczas rozmowy przez telefon, podekscytowanym głosem oznajmił mi, ze koniecznie muszę i już, bo tam jest taka dziewczyna, co mu się ze mną kojarzy i jak czyta o niej, to myśli o mnie. Muszę przyznać, że mnie zaintrygował. No i pomyślałam sobie, że książka, która podekscytowała mojego Tatę (zwykle przy czytaniu zasypiającego), faktycznie musi byc niezła.
Była. Pochłonęłam trzy tomy w tydzień, nie mogłam się oderwać. Ja, która od kryminalnych zagadek zawsze wokałam nowoczesną prozę i zabawę słowem, zaczytałam się w Larssonie. Nie wiedziałam wtedy, że to dopiero początek mojej przygody ze skandynawskim kryminałem (i że Larsson nie jest wcale najlepszym pisarzem tego nurtu). Ale zbaczam z toru.
Obiektywnie rzecz ujmując, trylogia Millenium nie wyróżnia się specjalnie na tle innych powieści tego typu. Larsson pisze sprawnie, rzetelnie, choc z miejsca można wyczuć, że jest bardziej dziennikarzem niz pisarzem (patrz: dbałość o szczegóły, zaczynając od tła społeczno-politycznego, a kończąc na liście zakupów z Ikei). Sama historia jest ciekawa, wciągająca i porusza istotne kwestie, ale to przecież nie wystarczy, by ksiązka odniosła międzynarodowy sukces.
I tu pojawia się Lisbeth Salander. Postać, jakiej chyba nigdy dotąd nie było. Aspołeczna, odziana w czerń chudzinka z twarzą nabitą żelastwem, fotograficzną pamiecią i hakerskimi umiejętnościami, które pozwalają jej znależć dosłownie każdą informację. Kieruje się własnym kodeksem moralnym, wymierza sprawiedliwość sadystycznym świniom i nie ufa nikomu. I myślę, że to właśnie ona jest kluczem do sukcesu trylogii Milennium.
Widziałam szwedzki film krótko po przeczytaniu trylogii i, choć sporo w nim bylo dziur i nieścisłości, podobal mi się bardzo. Kiedy dowiedziałam się, że Amerykanie kręcą własną wersję, nie bylam zadowolona. Planowałam nawet zbojkotować ten film i dopiero nazwisko reżysera (nic nie poradzę na to, że mam słabość do Davida Finchera) i wieść o tym, ze muzykę będzie komponował mój ulubiony duet (Trent Reznor i Atticus Ross) przekonały mnie, by pójść do kina.
Dostałam 2 godziny i 38 minut sprawnie, rzetelnie zrealizowanego filmu. Filmu, który ogląda się dobrze, ale który trochę jednak rozczarowuje. Nasuwa się pytanie: po co? Czyżby chodziło wyłącznie o pieniądze?
Stieg Larsson chciał, by za ekranizację jego książek zabrało się Hollywood. Liczył na to, że dzięki temu temat przemocy wobec kobiet będzie nagłośniony, że zaczną się debaty, dyskusje, rozmowy. Że media w końcu zwrócą uwagę na ten ważny problem. Zamiast tego mamy tylko zwiększony popyt na skórzane kurtki (pewna sieć sklepów odzieżowych wypuściła nawet kolekcję inspirowaną "Dziewczyną z tatuażem") i ciężkie buciory. W końcu bycie jak Salander jest teraz trendy, prawda?
Szkoda.
Czy Hollywood tak bardzo boi się tego brzydkiego słowa na "F"? Czy celowo unika feministycznego przekazu, który w książkach Larssona był wyraźnie widoczny? Być moze. W końcu feminizm nie sprzedaje się zbyt dobrze. Sprzedaje się za to seks i przemoc. Im więcej, tym lepiej, bo w końcu przeciętny odbiorca tyle już się tego naoglądał, że trzeba wytoczyć naprawdę ciężkie działa, by nim wstrząsnąć. A i to nie zawsze się udaje.
Smutny to świat, w którym więcej dyskutuje się o tym, że aktorka przekłuła sobie sutek do roli, niż o przesłaniu, które niesie grana przez nią postać. Z niczego robi się coś, a na to, co naprawdę ważne, zamyka się oczy.
Subscribe to:
Posts (Atom)







