Showing posts with label wydarzenia. Show all posts
Showing posts with label wydarzenia. Show all posts

Wednesday, 5 June 2019

Wave-Gotik-Treffen 2019. 5 artystów, których warto zobaczyć.

Tak, nie da się zaprzeczyć - mój ulubiony festiwal roku, Wave-Gotik-Treffen, zaczyna się pojutrze (oficjalnie, bo nieoficjalnie już jutro). Co roku w zielonoświątkowy weekend Lipsk staje się mekką dla ponad 20 tysięcy odzianych na czarno fanów dziwnej, mrocznej muzyki, od gotyckiego rocka po synthpop, od zimnej fali po post punk, od industrialu po neofolk. To, co było kiedyś małym zgromadzeniem ludzi o zbliżonych upodobaniach, z czasem zmieniło się w największy festiwal tego typu.

Bez względu na to, w czym siedzisz, znajdziesz coś dla siebie - a jest z czego wybierać, bo lineup składa się z niemal 200 zespołów i artystów. A to moi osobiści faworyci.

Kaelan Mikla

To trio z Islandii powstało w 2013 roku, a ich muzyka kojarzy mi się z tamtejszym krajobrazem: zimna, odludna i piękna tak, że serce pęka. Głos wokalistki Sólveig Matthildur przechodzi od krzyku do szeptu w kilka sekund. Same określają się jako synth-punk, ich najnowszy album, 'Nótt eftir nótt', to dla mnie mistrzostwo, a na żywo też wypadają znakomicie.



Selofan

Ktoś określił ten grecki duet jako "Lebanon Hanover na sterydach" - i coś jest na rzeczy. Ich mieszanka darkwave, minimal synth i post punka jest ponura, ale i pełna emocji, a ich występy obfitują w dramatyzm, który każdy miłośnik gatunku doceni, włącznie z teatralnymi gestami i rzucaniem czerwonych róż ze sceny w tłum.



Cubanate

Jeśli lubisz industrial, to raczej nie trzeba ci przedstawiać tych panów. Londyńczycy stali się znani dzięki nietypowemu (w czasach, gdy zaczynali) połączeniu przesterowanych gitar i agresywnej, połamanej perkusji. Zespół rozpadł się w 2011 roku, ale pięć lat póżniej wrócił z nowym materiałem i nie odpuszcza. Ich występy są pełne surowej, brutalnej energii.



The Soft Moon

Jedno z moich największych muzycznych odkryć ostatnich paru lat, The Soft Moon to w zasadzie jedna osoba: producent, wokalista, autor tekstów i muzyk Luis Vasquez. Jego muzyka zgrabnie łączy post-punk, darkwave i minimal wave, a jego wokalne możliwości są fenomenalne. Jest coś w jego występach, co chwyta mnie za serce - kto wie, może chwyci i ciebie.




Light Asylum

Zamknij oczy i posłuchaj "Dark Allies". Jestem prawie pewna, że nie zgadniesz, że ten głęboki, mocny głos należy do kobiety. Shannon Funchess jest połową tego brooklyńskiego duetu, drugą jest Bruno Coviello. Fakt, może i mają tylko jeden album w dorobku, ale za to jaki! Z całej piątki to jedyny zespół, którego nie widziałam, więc szykuję się na niezapomniane wrażenia.



A kto jest na twojej liście? A może w ogóle nie masz listy, tylko idziesz na żywioł?

Bez względu na to - do zobaczenia w Lipsku!

Tuesday, 1 May 2018

Wave-Gotik-Treffen 2018. 5 zespołów, z którymi warto się zapoznać.

Fakt, na Wyspach wciąż jest zimno, ale nie zmienia to faktu, że jest już maj, a to oznacza, że moja doroczna wycieczka na Wave-Gotik-Treffen zbliża się wielkimi krokami. Co roku w okolicach Zielonych Świątek, Lipsk, urocze i malownicze miasteczko w niemieckiej Saksonii, staje się czarny na kilka dni. Około 20,000 gości z całego świata zjeżdża się, by tańczyć, pić i spotkać przyjaciół z tej samej bajki. WGT to więcej niż festiwal muzyczny. To również moje ulubione wydarzenie festiwalowego roku.

W ubiegłym roku zrobiłam listę zespołów wartych obadania. Jakimś cudem udało mi się zobaczyć wszystkie, i wszystkie były na swój sposb fantastyczne. Więc postanowiłam, że w tym roku zrobię to samo. Celowo pominęłam te najbardziej znane, w zamian skupiając się na tych, których możecie nie mieć szansy zobaczyć nigdzie indziej. Oto 5 zespołów, z którymi, moim zdaniem, warto się zaznajomić.

Ash Code

Miałam okazję zobaczyć ten zespół z Włoch we wrześniu ubiegłego roku i od razu mnie urzekli. Choć są stosunkowo młodzi (powstali w 2014 roku), ich energetyczna mieszakna dark wave, synthpopu i post punka przywodzi na myśl lata 80. Chwytliwe melodie sprawiają, że aż chce się tańczyć i podśpiewywać.



3Teeth

Okej, ci panowie nie są może zupełnie nieznani - wszak koncertowali z Rammsteinem i Toolem - ale nie są też aż tak popularni. A uważam, że powinni być. Ich debiutancki album był najlepszą rzeczą, jaka wydarzyła się w industrialu od wielu lat, a ich surowe, mechaniczne brzmienie stało się ich znakiem rozpoznawczym. Na żywo wypadają znakomicie, a wokalista, Alexis Mincolla, charyzmą mógłby spokojnie obdzielić kilka osób.



Boy Harsher

Odkryłam ich zupełnie przypadkowo, gdy pewna DJka ze Slimelight zagrała "Pain" i nie mogłam się później uwolnić od tego kawałka. Ten duet, złożony z Augustusa Mullera, odpowiedzialnego za syntezatory i beaty, i Jae Matthews, której głos przechodzi od krzyku do szeptu i wszystkiego pomiędzy, specjalizuje się w mrocznej elektronice. Jest w ich muzyce coś niewiarygodnie zmysłowego i nie mogę się doczekać, aż zobaczę ich jeszcze raz.



Black Line

Jedno z moich ostatnich odkryć. Ten eksperymentalny projekt to kolaboracja zmieniających się muzyków, a jego główną siłą napędową jest ewolucja. Może właśnie dlatego jest tak interesujący. Muzycy wykorzystują nowe technologie i tradycyjne instrumenty, by stworzyć unikalne brzmienie. Zdecydowanie warto obadać!



Spark!

Po tegorocznym festiwalu E-tropolis wielu moich znajomych zachwalało występ tych gości, więc musiałam sprawdzić, w czym rzecz. Spark! to EBM, ale nietypowy, bo z elementami chwytliwego i melodyjnego popu. Nie wiem, czego się spodziewać, ale jestem pewna, że ich występ na tegorocznym WGT dostarczy mi rozrywki!



A Wy kogo chcecie zobaczyć na tegorocznym Wave-Gotik-Treffen?

Monday, 16 October 2017

Slimelight. 30 lat legendy.

Kiedy klub obchodzi trzydzieste urodziny, wiesz, że robią coś dobrze.

Slimelight, najdłużej działający alternatywny klub na świecie, działa w swojej obecnej lokalizacji - Electrowerkz - od 30 lat, ale jego korzenie sięgają trochę dalej w czasie, do połowy lat 80, kiedy operował pod nazwą The Kit Kat Club. Nazwa Slimelight pojawiła się po raz pierwszy w roku 1987 i jest ukłonem w stronę innego klubu, The Limelight, bo w tamtym okresie oba wydarzenia odbywały się w nieużywanych kościołach.

Slimelight, albo Slimes, jak pieszczotliwie nazywają klub jego stali bywalcy, jest otwarty w każdą sobotę (wyjątkiem jest okres świąteczny, o ile wypada w sobotę) i w sylwestrową noc, od 11 wieczorem do 7:30 rano, więc jeśli jesteś nocnym markiem, to miejsce dla Ciebie. W porównaniu do innych klubów w Londynie, wstęp nie kosztuje wiele: £5 dla członków, £8  dla pozostałych. Początkowo do klubu mogli wejść tylko członkowie, a żeby nim zostać, potrzebna była rekomendacja przynajmniej dwóch aktualnych członków. Można też było wnieść do klubu własny alkohol. To się zmieniło w latach 90, kiedy Electrowerkz uzyskało licencję na sprzedaż alkoholu. Mimo to napoje wyskokowe są nadal w przystępnych cenach, zwłaszcza jeśli porówna je się z cenami w innych lokalach, więc o ile nie pijesz jak szewc, noc w Slimes nie wypali Ci dziury w kieszeni.

Od czasu do czasu Slimelight gości artystów grających na żywo, czasem przed klubową nocą, czasem w jej ramach. Wśród wykonawców, którzy tam występowali, można wymienić VNV Nation, Rotersand, 3 Teeth, Combichrist i Suicide Commando.

Klubowicze mają zwykle do dyspozycji dwa parkiety (jeden z tradycyjnym gotyckim rockiem, post punkiem i darkwave, drugi z EBM, industrialem, aggrotechem i futurepopem), a przy specjalnych okazjach dochodzi do tego jeden albo dwa (industek/noise/Wax Trax i lata 80). Slimelight to stały element londyńskiego życia nocnego i sceny alternatywnej. Jeśli siedzisz w tych klimatach i planujesz wycieczkę do Londynu, koniecznie wpadnij z wizytą, przetańcz całą noc, poznaj podobnych sobie ludzi i baw się do rana do muzyki, którą kochasz.

Niektórzy mówią, że lokal jest obskurny (spoiler: trochę jest, ale to tylko dodaje smaczku), muzyka nigdy się nie zmienia (kolejny spoiler: zmienia się - w setach regularnie pojawiają się nowe kawałki), a do Slimelight przychodzi coraz mniej ludzi (to, niestety, prawda; podejrzewam, że dlatego, że scena się starzeje, a ludzie, którzy dawniej wychodzili co weekend, teraz robią to tylko raz na kilka miesięcy). Jedno jest pewne: nie ma drugiego takiego miejsca jak Slimelight.

Bar z wagonem w Electrowerkz, siedzibie Slimelight, to doskonałe miejsce na relaks po hulankach na parkiecie.


Pamiętam mój pierwszy raz, w 2005, wkrótce po moim przyjeździe do Londynu. Nie znałam nikogo, więc poszłam sama, nie rozmawiałam z nikim, przetańczyłam całą noc i... znakomicie się bawiłam. Z czasem Slimes stał się moim drugim domem i spotkałam tam wielu wspaniałych ludzi, z których część mogę spokojnie nazwać przyjaciółmi.  Najlepsze jest to, że jeśli czuję się przybita, noc w Slimelight zawsze poprawia mi humor. Bez względu na to, czy mam ochotę potańczyć, posocjalizować się czy po prostu pogapić się na ludzi, wyjscie do Slimes to zawsze dobry pomysł.

Wiem, że wielu ludzi z tzw. sceny alternatywnej cierpi na fobie społeczne i unika klubów jak zarazy. Ale miejsca takie jak Slimelight są zwykle pełne przyjaznych, otwartych ludzi, którzy nie oceniają innych. Więc mała rada: wyjdź z domu i ruszaj do klubu. Nawet jeśli jesteś wyjątkowo nieśmiały i nie chcesz z nikim rozmawiać, może się okazać, że będziesz się bawić lepiej, niż przypuszczałeś, że jest to możliwe.

I kto wie, może - tak jak ja - znajdziesz swój drugi dom.

Jeśli chcesz na bieżąco śledzić nadchodzące wydarzenia, obserwuj oficjalnego Facebooka klubu:
https://www.facebook.com/SlimelightOfficial/

Saturday, 27 May 2017

Wave-Gotik-Treffen. Poradnik pakowania.

To już zaraz! W środę wyjeżdżam na mój najulubieńszy festiwal na świecie, Wave-Gotik-Treffen. Zazwyczaj zostawiam pakowanie na ostatnią chwilę, w efekcie czego na dwie godziny przed wyjazdem w panice szperam w mojej bardzo monochromatycznej szafie, szukając właśnie tej konkretnej czarnej sukienki, zgarniam z toaletki wszystkie kosmetyki prosto do gustownej plastikowej torby, no i oczywiście zapominam czegoś totalnie niezbędnego, jak szczoteczka do zębów czy paszport. No dobra, to ostatnie się jeszcze nie zdarzyło, ale zdarzyć się może.

W tym roku mam kilka dni wolnych przed wyjazdem, więc postanowiłam ogarnąć temat wcześniej. Tym sposobem walizka już stoi spakowana, a ja pękam z dumy, że taka jestem zorganizowana.

Poza oczywistymi oczywistościami, takimi jak ciuchy i buty i kosmetyki, jest kilka rzeczy, które zawsze zabieram ze sobą na WGT (i na inne festiwale). Na mojej liście rzeczy niezbędnych znajdują się, między innymi:

1. Plastry na pęcherze. Naklejam je na problematyczne miejsca na stopach jeszcze przed wyjściem na miasto. Festiwal jest rozrzucony po całym mieście, a nabijanie kilometrów w New Rockach czy innych Demoniach może się skończyć zmasakrowanymi stopami, więc robię wszystko, co w mojej mocy, żeby mnie to nie spotkało. W końcu nie chcę przegapić czegoś z powodu utraty zdolności chodzenia. A skoro już o stopach mowa, warto zabrać ze sobą najwygodniejsze buty, jakie masz. W poniedziałek można zaobserwować sporo gotów w trampkach czy sandałach. To ma sens; nie ma go natomiast cierpienie katuszy tylko po to, żeby wyglądać dobrze.
2. Przejściówka do gniazdka. W kontynentalnej Europie to nie problem, ale jeśli przyjeżdzasz z innych stron, możesz się grubo zaskoczyć, kiedy okaże się, że twoja wtyczka za cholerę nie pasuje do gniazdka.
3. Tabletki przeciwbólowe. Nie ma zmiłuj, przy takiej ilości imprezowania któregoś dnia na pewno obudzisz się z pulsującą bólem łepetyną. W takim momencie ostatnie, na co masz ochotę, to wycieczka do apteki w poszukiwaniu czegoś na Kopfschmerzen.
4. Żel do odkażania dłoni. Bo na pewno zdarzy ci się jeść coś z któregoś ze stoisk bez możliwości umycia rączek przed posiłkiem. Ja swój przelałam w ten uroczy pojemniczek w kształcie nietoperza, za co należą mi się dodatkowe punkty mroku.

Ja sem netoperek!


5. Bank energii. Nawet jeśli za granicą nie będziesz używać telefonu tak często jak u siebie, nie jest fajnie, kiedy bateria padnie w środku nocy, właśnie wtedy, kiedy planowałeś zadzwonić do znajomych i sprawdzić, gdzie się bawią.
6. Zatyczki do uszu i maska na oczy. Nie łudź się, długo sobie nie pośpisz - jeśli jesteś choć trochę jak ja, w łóżku będziesz lądować, kiedy za oknem będzie już widno, Ja robię wszystko, żeby te 2-3 godziny snu na dobę były porządne i konkretne. Nie umiem spać, kiedy jest jasno, a do tego mam lekki sen i budzi mnie każdy dźwięk, więc zatyczki i maskę biorę musowo.

A co jest na twojej liście rzeczy niezbędnych

Tuesday, 16 May 2017

Wave Gotik Treffen 2017. 5 zespołów, z którymi warto się zapoznać.

Sezon festiwalowy zbliża się wielkimi krokami, a moje ulubione wydarzenie roku jest tuż za rogiem. Wave Gotik Treffen, najstarszy i największy gotycki festiwal na świecie, obchodzi w tym roku swoją 26 rocznicę. Impreza ta to coś więcej niż festiwal muzyczny; jak sugeruje nazwa, to spotkanie ludzi, którzy oscylują w podobnych, mrocznych klimatach. Każdego roku w zielonoświątkowy weekend Lipsk zalewa morze czerni. Skomplikowane stroje i makijaże nie z tego świata przeplatają się ze znoszonymi buciorami i koszulkami z logo zespołów. Bez względu na to, czy lubisz tańczyć do białego rana, czy wolisz po prostu napić się w gronie starych i nowych znajomych, rozmawiając o sprawach ważnych i błahych, Wave Gotik Treffen trafi w twoje gusta, jeśli masz w sobie gotycką żyłkę.

Ale festiwal nie byłby festiwalem bez najważniejszego składnika: muzyki. Jeśli kręcą cię znane nazwy, to raczej nie znajdziesz na Wave Gotik Treffen wiele dla siebie, ale jeśli lubisz odkrywać nowe i dziwne brzmienia, nie będziesz rozczarowany.

Co roku staram się posłuchać wszystkich zespołów, które pojawiły się w lineupie, i co roku odkrywam coś nowego i interesującego. To moje 5 odkryć tegorocznego składu. Posłuchaj!


Desperate Journalist

Sami opisują siebie jako "migoczący post-punk" i wydaje mi się, że to określenie trafia w sedno. Ten pochodzący z Londynu i uformowany w 2012 zespół, którego brzmienie charakteryzuje się zniewalająco pięknymi wokalami i magnetycznymi gitarami, wydał swój drugi album, Grow Up, w marcu tego roku. Wkrótce zagrają w moim mieście, ale mam nadzieję zobaczyć ich również na WGT.




Ritual Howls

"Spotkanie industrialnego rocka z kinowym deathrockiem" - tak brzmi opis na stronie zespołu. Z ponurymi, przygnębiającymi tekstami i surrealistycznym, klimatycznym brzmieniem, ten pochodzący z USA zespół przypadnie do gustu wielbicielom Soft Kill i Ash Code.



V2A

Jeśli jesteś wielbicielem mocnych, soczystych beatów, koniecznie musisz się zapoznać z tym projektem. Istnieją od 2001 i grają twardy EBM/industrial. Ich najświeższy album, Heretic, ma wyraźnie postapokaliptyczny klimat, a ich występy na żywo są niesamowicie energiczne. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę ich w Lipsku.




Esben and the Witch

Pierwszy raz usłyszałam ich w 2014, kiedy grali jako support przed Sólstafir w małym klubie w północnym Londynie, i zostałam momentalnie oczarowana. Muzyka tego trio z Brighton jest jednocześnie pierwotna i subtelna, i kojarzy mi się z bajkami, które są zbyt straszne, by opowiadać je dzieciom, ale których te nie mogą przestać słuchać.




Fïx8:Sëd8

To jeden z najciekawszych projektów dark electro, na które trafiłam w tym roku. Te skomplikowane, wielowarstwowe krajobrazy dźwięków są dziełem niejakiego Martina Sane, który jest mózgiem całej operacji. Najnowszy album, Foren6, ujrzy światło dzienne 19 maja, więc tuż przed WGT.




A Wy wybieracie się na jakiś festiwal w tym roku? A może odkryliście ostatnio muzykę, którą chcielibyście się podzielić ze światem?




Tuesday, 1 November 2016

Co za weekend!

W weekendy zwykle staram się mieszać rozrywkę z relaksem, ale ten miniony był zdecydowanie intensywny. Na tyle, że teraz przydałoby mi się kilka dni wolnego, albo przynajmniej spokojny wieczór w domu, na kanapie.

W piątek, z moimi pięknymi halloweenowymi paznokciami z Primarka, pojechałam do mojej koleżanki Emilii, która dzieli dom z dwójką szalenie sympatycznych polskich gotów. Wypiliśmy kilka drinków, szykując się do wyjścia, a ja miałam okazję zaznajomić się z ich nowym kotem, Pomponiuszem, który jest tak maleńki, że z powodzeniem zmieściłby mi się w kieszeni płaszcza. Swoją drogą, koteł wydawał się szalenie zainteresowany wspomnianym płaszczem. Wspinanie się na firanki jest passé, teraz w modzie jest wdrapywanie się na płaszcze.

hallo01.jpg
Straszne szpony i koteł akrobata

Potem poszliśmy na deathrockową imprezę z cyklu Dead & Buried w północnym Londynie. Lokal wielkości chusteczki do nosa miał zaskakująco dobrze zaopatrzony bar, muzyka była więcej niż przyzwoita, a towarzystwo jeszcze lepsze. Niestety, nie mogłam zostać długo, bo miałam dużo do zrobienia w sobotę, ale na pewno jeszcze tam wrócę. 
hallo02.jpg
Smutek i powaga
Większość soboty spędziłam, lecząc kaca z piekła rodem (notka do siebie: naucz się w końcu, kobieto, że nie miesza się różnych rodzajów alkoholu, chyba, że pociąga cię perspektywa użerania się z bólem głowy i mdłościami do południa). Mimo to udało mi się zrobić całkiem sporo, między innymi uporządkować biżuterię i kosmetyki. Moje naszyjniki wiszą teraz na uroczym wieszaku w kształcie nietoperza, co jest rozwiązaniem praktycznym i dekoracyjnym zarazem.
Wieczorem poszłam na koncert IAMX. Widziałam ich dość niedawno, ale jako że są jednym z moich ulubionych zespołów do oglądania na żywo, nie mogłam tego przegapić. Zaczęli doskonałym No Maker Made Me, po czym zagrali mieszankę nowych i bardzo nowych rzeczy (włącznie z Everything Is Burning z ostatniego materiału, i North Star, który jest chyba moim ulubionym kawałkiem z albumu Metanoia, a na żywo brzmi naprawdę potężnie) ze starociami w rodzaju Kiss + Swallow. Ich występ był, jak zwykle, fantastyczny i zafundował mi prawdziwą huśtawkę emocji, a interakcja zespołu z publicznością była naprawdę magiczna. 
Po koncercie ruszyłam do Slimelight. Na miejsce dotarłam dość wcześnie, ale klub był praktycznie pełen od samego początku, co zdarza się bardzo rzadko, bo normalnie ludzie przychodzą grubo po północy. Szalenie podobały mi się halloweenowe dekoracje; pająki, czaszki i inne straszności doskonale pasują do tej imprezy i przy okazji sprawiają, że klub wygląda mniej obskurnie.

hallo03.jpg
IAMX, dekoracyjne czaszunie w Slimes, i moje krwawe łzy
W niedzielę nie czułam się za bardzo na siłach wychodzić gdziekmolwiek, ale Emilia namówiła mnie na koncert zespołów Snufkin and You Are Wolf. Żaden z nich nie był mi bliżej znany, więc nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać, ale koncert był naprawdę przyjemny. Oba zespoły można wrzucić w worek z napisem "folk", przy czym Snufkin gra ciepłą, melodyjną muzykę pełną wokalnych harmonii, a You Are Wolf, którego wokalistka zaskoczyła mnie swoimi możliwościami, jest zdecydowanie bardziej eksperymentalny.
Wczoraj było Halloween, więc nie wypadało po prostu wrócić do domu po pracy. Zamiast tego wraz z koleżanką Adą wstąpiłyśmy na drinki w Ladybird Bar, zachęcone odpowiednio mroczną wystawą i ofertą happy hour. Miejsce okazało się bardzo przyjemne, z ciemnym, przytulnym wystrojem, dyskretną muzyką i pysznymi koktajlami. W menu znalazł się nawet jeden keto-przyjazny napitek, a to nie zdarza się często, więc na pewno jeszcze tam wrócę. Potem dołączyła do nas Emilia i poszłyśmy się objeść do pobliskiego Chipotle (żal było nie skorzystać z jedzenia za £2 dla przebranych, zwłaszcza, że dochód szedł na cele charytatywne). Ogólnie rzecz biorąc, całkiem udany poniedziałkowy wieczór!
hallo04.jpg
Ja wczoraj, nowy wieszak na naszyjniki, oraz głodne gotki przy paśniku
Teraz zdecydowanie przydałby mi się odpoczynek, więc w najbliższy weekend się relaksuję. Z innych wieści, dziś pierwszy dzień mojego zakupowego detoksu - dam Wam znać, jak idzie. Także dziś wypada pierwszy dzień NaNoWriMo, więc pora wygrzebać notatki i wziąć się na poważnie za tę powieść, którą zaczęłam wieki temu. Życzcie mi szczęścia!
A jak Wam upłynął halloweenowy weekend? Robiliście coś straszliwie fantastycznego?

Friday, 27 June 2014

Inwazja mroku. Wave Gotik Treffen 2014.

Nie myślcie sobie, że zapomniałam. Obiecałam, a ja obietnic dotrzymuję.

Czemu tak późno, spytacie? Ano temu, że dopiero ochłonęłam. Albo: prawie ochłonęłam. Bo coś mi się zdaje, że moje pierwsze WGT będę wspominać jeszcze długo. Pewnie gdzieś tak do maja 2015 roku, czyli do następnego WGT.

WGT, czyli Wave Gotik Treffen, to jedna z największych tego typu imprez w Europie. Od pierwszego festiwalu w 1987 roku, który odbył się w Poczdamie i zgromadził kilkaset osób, minęło sporo czasu, a impreza bardzo się rozrosła. W 1992 roku przeniosła się do Lipska i właśnie w tym (pięknym skądinąd) mieście odbywa się do dziś. Liczba uczestników oscyluje gdzieś w okolicach 20 tysięcy.

Od czego zacząć? Może od tego, że jeszcze nigdy nie widziałam takiej inwazji gotów i przedstawicieli pokrewnych subkultur na (wcale niemałe) miasto. Jeśli odwiedzisz kiedyś Lipsk w czasie tego dorocznego zgromadzenia, przygotuj się na to, że wszędzie będzie się roić od odzianych na czarno (no dobrze, nie tylko, ale głównie) postaci.

Druga rzecz: ubrania, kreacje, stylówy, jak zwał, tak zwał. Pewnie, zdarzają się ludzie w bojówkach albo szortach i koszulkach ulubionych zespołów. Ale są i tacy, których kostiumy wywołują niezliczone serie ochów i achów. Tegoroczne WGT było jednym z najcieplejszych w historii, więc nie mogłam wyjść z podziwu dla pań w szerokich wiktoriańskich spódnicach, gorsetach, kapeluszach i zapiętych po samą szyję bluzkach. Naoglądałam się steampunkowców, cybergotów, miłośników industrialu, deathrocka i metalu... I tu takie małe spostrzeżenie: jeśli wydaje ci się, że wszystko już widziałeś, ludzie na WGT i tak cię czymś zaskoczą :)

Trzecia sprawa: jeśli nie chcesz, żeby ominęły cię najlepsze imprezy, zapomnij o śnie. No dobrze, możesz uciąć sobie drzemkę gdzieś tak między 10 rano a południem. Ale istnieje ryzyko, że kiedy zobaczysz program, nie będziesz chciał tego robić. Dlaczego? Otóż program to czterostronicowa książeczka, zadrukowana maleńkimi literkami i pełna festiwalowych wydarzeń: koncertów, imprez, przedstawień teatralnych, wystaw, wykładów i innych różności. Słowem, jest w czym wybierać.

Czwarta rzecz: choćbyś nie wiem jak się starał, i tak nie zobaczysz wszystkiego. Taki już urok dużych festiwali i jedyne, co można zrobić, to pogodzić się z tym i wrzucić na luz. Jak to mawiają mądrzy ludzie, wyżej rzyci nie podskoczysz.

Pięć: warto mieć ze sobą nadwyżkę pieniędzy. "Czarny Rynek", czyli hala zakupowa na Agrze jest ogromna i pełna cudowności, od gorsetów, rękawiczek i kapeluszy po gogle i futrzaste osłonki na buty. Jest też dużo płyt, koszulek i biżuterii. Ja jestem rozpieszczona, bo w moim mieście można kupić praktycznie wszystko to, co tam, ale dla kogoś, kto mieszka w miejscu nie sprzyjającym alternatywnym zakupom, Czarny Rynek będzie rajem i zarazem piekłem, w którym łatwo utopić ostatnie pieniądze...

Sześć: jeśli chcesz jechać na WGT, zarezerwuj nocleg jak najwcześniej. Najlepiej na rok przed. Tak, piszę zupełnie serio. Wielu ludzi, wymeldowując się z hoteli, od razu rezerwuje pokoje na następny rok.

Siedem: jedzenie w festiwalowych budkach nie jest takie złe. Picie jest bardzo dobre, zwłaszcza w Pogańskiej Wiosce, gdzie można spróbować takich pyszności jak piwo z miodem, różane wino czy kirschbier, czyli wiśniowe piwo, w którym zakochałam się od pierwszego łyka.

Długo by pisać, długo opowiadać... Najlepiej pojechać i zobaczyć, bo zdecydowanie warto!

Na przyszłoroczne WGT już zaklepałam mieszkanko i wzięłam wolne z pracy. I coś mi się zdaje, że będę jeździć co roku, bo choć festiwal jest ogromny, to panuje na nim niesamowicie przyjazna atmosfera. A to jest dla mnie szalenie ważne.

Na koniec kilka fotek, bo przecież obiecałam :)












Thursday, 5 June 2014

Będzie się działo!

Jeśli to czytasz, to znaczy, że jestem w drodze na Wave Gotik Treffen.

I, jak przystało na kogoś, kto pierwszy raz jedzie na ten festiwal mrocznej muzyki, jestem podekscytowana jak diabli!

A po powrocie zdam relację, obficie okraszoną zdjęciami. 

Stay tuned and stay dark, robaczki :)