- Dlaczego my się w ogóle rozstaliśmy? - zapytał mnie ostatnio Ł. w przerwie między kęsami burgera.
Akurat rozmawialiśmy o znajomych parach, tych szczęśliwych, zgodnych i dobranych, ale też tych mniej udanych, męczących się ze sobą z niewiadomych przyczyn.
Kiedy jeszcze byliśmy razem, należeliśmy zdecydowanie do tych pierwszych. Byliśmy dobrą, zgraną drużyną, rzadko zdarzało nam się kłócić, a jeśli już to robiliśmy, to złość szybko nam przechodziła i wszystko wracało do normy. Dużo rozmawialiśmy, dużo czasu spędzaliśmy razem, ale i nie narzekaliśmy zbytnio, gdy to drugie chciało wyjść gdzieś samemu. W gruncie rzeczy było dobrze.
I muszę przyznać, że Ł. na chwilę mnie skonfundował tym swoim pytaniem. Do tego stopnia, że musiałam na chwilę wyjść do toalety i dokładnie to sobie przemyśleć.
Przemyślałam i doszłam do następujących wniosków.
Po naszym pierwszym rozstaniu coś się zmieniło. Głównie dlatego, że ja przestałam się przejmować, co on sobie pomyśli, a co za tym idzie, łagodzić mój wizerunek i opinie ze względu na niego. On nie do końca był z tego zadowolony, a ja nie do końca byłam gotowa wrócić do tego, jak było kiedyś. No i tak żyliśmy sobie, nadal zgodnie i w miarę szczęśliwie, ale gdzieś tam, w środku, wiedziałam, że to na dłuższą metę może być trudne. On lubił mnie taką, jaka byłam kiedys (czyli bardziej ugodową), ja wolałam - i nadal wolę - taką, jaka jestem teraz. Pomijając już kwestię innych priorytetów i pomysłów na życie, tego nie dało się pogodzić.
Myślę, że są ludzie, którzy są w stanie dla związku zrobić i poświęcić wiele. Tacy, którym nie przeszkadza to, że mają odrobinę mniej wolności, bo wolność jest niewielką ceną za bycie z kimś, kogo kochają. Wcale nie uważam, że jest w tym coś złego. Wiadomo, różni ludzie, różne potrzeby.
Moje są inne. Należę chyba do takich ludzi, o jakich mowa w tym artykule z WO. Jego autorka pisze: "Im osoba ma bardziej samowystarczalną naturę, tym życie w pojedynkę bardziej jej służy." I dodaje, że tacy ludzie mają w sobie mniej negatywnych emocji, kiedy są sami.
Coś jest na rzeczy. Zauważyłam, że odkąd podjęłam decyzję o rozstaniu z Ł., czuję się spokojniejsza, mniej nerwowa i zestresowana. I to utwierdza mnie w przekonaniu, że to była dobra decyzja.
Showing posts with label związki. Show all posts
Showing posts with label związki. Show all posts
Monday, 5 September 2016
Saturday, 3 September 2016
Do diabła z miłością!
Odwiedziła mnie koleżanka. Ona i jej chłopak niedawno obchodzili pierwszą rocznicę bycia razem, a wiedziałam, że on szykuje dla niej jakąś niespodziankę, więc w przerwie między jednym a drugim drinkiem, spytałam, jak udało się świętowanie.
Ona w płacz. Że niby wszystko było pięknie, spędzili razem weekend, byli tu i tam, robili to i tamto, ale na sam koniec straszliwie się pokłócili. I że on się teraz nie odzywa, nie odpowiada na wiadomości, a miał do niej przyjechać w sobotę, ale pewnie nie przyjedzie, bo to już koniec. Co chwilę zerka z nadzieją na telefon, że może jednak, ale nie, nic tam nie ma, więc smutek i jeszcze więcej łez.
A ja czuję się, jakbym miała déjà vu. Bo to już chyba trzeci raz, albo i czwarty nawet.
Problem w tym, że oni się diametralnie od siebie różnią. Ona przejmuje się wszystkim, po nim wszystko spływa. Ona analizuje i dramatyzuje, on puszcza w niepamięć. Ona robi z igły widły, on zawsze widzi światło w tunelu. Więc kiedy się pokłócą, dla niego to tylko przelotna chmura na nieboskłonie ich związku, a dla niej - koniec świata.
Czy taka karuzela ma sens na dłuższą metę? Ano, według niej, ma.
Bo ona go kocha i nie wyobraża sobie życia bez niego. Choć bez niego pewnie rzadziej by płakała. Ale nic to, miłość jest warta tego, by wylać przez nią ocean łez, prawda?
Według mnie - niekoniecznie.
Ale może to ze mną jest coś nie tak. Bo przecież ludzie szaleją na punkcie miłości nie od dziś. Mówi się, że to ona sprawia, że świat się kręci. Na pewno sprawia, że kręci się szołbiznes. Wystarczy pomyśleć, ile o miłości napisano piosenek, od ckliwych, romantycznych ballad po gniewne porozstaniowe kawałki. A są przecież jeszcze filmy, książki, wiersze...
Miłość, o której piszą i śpiewają, zawsze jest wielka i wszechogarniająca. Ona nie może bez niego żyć, dla niego ona jest całym światem.
I tak sobie myślę, że to cholernie niebezpieczna i toksyczna sytuacja. Bo ludzie przychodzą i odchodzą, a miłość, która kiedyś płonęła żywym blaskiem, może się wypalić. Albo może zdarzyć się coś, co sprawi, że tej drugiej osoby zabraknie. Co wtedy? Podciąć sobie żyły, bo jak to tak, dalej iść przez życie bez niego/niej? Do końca życia rozpamiętywać dawne dzieje i nie pozwalać sobie na odrobinę szczęścia?
Nigdy nie zrozumiem, dlaczego ludzie tak się torturują.
A Wy?
Ona w płacz. Że niby wszystko było pięknie, spędzili razem weekend, byli tu i tam, robili to i tamto, ale na sam koniec straszliwie się pokłócili. I że on się teraz nie odzywa, nie odpowiada na wiadomości, a miał do niej przyjechać w sobotę, ale pewnie nie przyjedzie, bo to już koniec. Co chwilę zerka z nadzieją na telefon, że może jednak, ale nie, nic tam nie ma, więc smutek i jeszcze więcej łez.
A ja czuję się, jakbym miała déjà vu. Bo to już chyba trzeci raz, albo i czwarty nawet.
Problem w tym, że oni się diametralnie od siebie różnią. Ona przejmuje się wszystkim, po nim wszystko spływa. Ona analizuje i dramatyzuje, on puszcza w niepamięć. Ona robi z igły widły, on zawsze widzi światło w tunelu. Więc kiedy się pokłócą, dla niego to tylko przelotna chmura na nieboskłonie ich związku, a dla niej - koniec świata.
Czy taka karuzela ma sens na dłuższą metę? Ano, według niej, ma.
Bo ona go kocha i nie wyobraża sobie życia bez niego. Choć bez niego pewnie rzadziej by płakała. Ale nic to, miłość jest warta tego, by wylać przez nią ocean łez, prawda?
Według mnie - niekoniecznie.
Ale może to ze mną jest coś nie tak. Bo przecież ludzie szaleją na punkcie miłości nie od dziś. Mówi się, że to ona sprawia, że świat się kręci. Na pewno sprawia, że kręci się szołbiznes. Wystarczy pomyśleć, ile o miłości napisano piosenek, od ckliwych, romantycznych ballad po gniewne porozstaniowe kawałki. A są przecież jeszcze filmy, książki, wiersze...
Miłość, o której piszą i śpiewają, zawsze jest wielka i wszechogarniająca. Ona nie może bez niego żyć, dla niego ona jest całym światem.
I tak sobie myślę, że to cholernie niebezpieczna i toksyczna sytuacja. Bo ludzie przychodzą i odchodzą, a miłość, która kiedyś płonęła żywym blaskiem, może się wypalić. Albo może zdarzyć się coś, co sprawi, że tej drugiej osoby zabraknie. Co wtedy? Podciąć sobie żyły, bo jak to tak, dalej iść przez życie bez niego/niej? Do końca życia rozpamiętywać dawne dzieje i nie pozwalać sobie na odrobinę szczęścia?
Nigdy nie zrozumiem, dlaczego ludzie tak się torturują.
A Wy?
Tuesday, 18 August 2015
Przeliczeni
Ona liczyła na to, że on się zmieni. Po ślubie, po dziecku. Że przestanie wychodzić z kumplami na piwo, wydawać pieniądze na rzeczy przyjemne, acz niekonieczne, grać w gry na konsoli, imprezować. Że stanie się stateczny, dojrzały i spokojny. Że będzie innym mężczyzną.
On liczył na to, że ona się nie zmieni. Że ślub i dziecko nie zrobi z niej kury domowej, matki Polki cierpiętnicy. Że wciąż będą czasem wychodzić razem do pubu, do kina. Że doceni jego drobne prezenty, bez których mogłaby się obejść, ale które kiedyś ją cieszyły. Że będzie wciąż tą samą kobietą.
I tak patrzą na siebie z coraz większą niechęcią, skaczą sobie do gardeł, trzaskają drzwiami, tłuką talerze. Albo w ogóle nie odzywają się do siebie. Cisza w powietrzu nie wróży dobrze.
Oboje się przeliczyli.
On liczył na to, że ona się nie zmieni. Że ślub i dziecko nie zrobi z niej kury domowej, matki Polki cierpiętnicy. Że wciąż będą czasem wychodzić razem do pubu, do kina. Że doceni jego drobne prezenty, bez których mogłaby się obejść, ale które kiedyś ją cieszyły. Że będzie wciąż tą samą kobietą.
I tak patrzą na siebie z coraz większą niechęcią, skaczą sobie do gardeł, trzaskają drzwiami, tłuką talerze. Albo w ogóle nie odzywają się do siebie. Cisza w powietrzu nie wróży dobrze.
Oboje się przeliczyli.
Subscribe to:
Posts (Atom)
