Niektórzy z Was wiedzą, że miałam ostatnio trudny okres. W styczniu straciłam pracę, którą naprawdę lubiłam i z której czerpałam sporo satysfakcji. Moje poczucie własnej wartości dostało w kość i zaczęłam się czuć bezużyteczna i do niczego. Na domiar wszystkiego miałam wrażenie, że nie robię nic twórczego; nie mogłam się skupić nawet na czytaniu, nie wspominając już o pisaniu, śpiewaniu czy robieniu rzeczy. Przez jakiś czas wydawało mi się, że moje życie nie ma celu. Przyszłość jawiła się nieciekawie.
A do tego czułam, że nie mam z kim o tym pogadać.
Bo widzicie, na pierwszy rzut oka moje życie wygląda spoko: mam nową, ekscytującą pracę, mam obok kogoś, z kim się dogaduję, mam swój kąt. No, marzenie po prostu.
Tyle że czuję, że czegoś brakuje. I kiedy było mi bardzo źle, zdałam sobie sprawę, co to takiego.
To poczucie wspólnoty.
Nie zrozumcie mnie źle, kocham moje miasto, ale to dość samotne miejsce. Nawet jeśli masz przyjaciół, istnieje spora szansa, że nie widzicie się wystarczająco często, a to przez pracę, a to przez diametralnie różne grafiki, a to przez fakt, że mieszkacie na przeciwnych krańcach Londynu. Związki są spoko, ale nie zastąpią przyjaźni. Prywatność, jaką daje posiadanie własnego domu, też jest niby fajna, ale nawet największy introwertyk musi czasem z kimś pogadać.
I tu narodził się pomysł: a gdyby tak założyć coś na kształt komuny z podobnymi sobie ludźmi? Bezpieczną przystań dla tych, którzy chcą mieć obok ludzi, na których mogą polegać, niekoniecznie wikłając się w związki. Wyobraź sobie duży dom ze sporą wspólną przestrzenią na gotowanie, relaks i różne twórcze przedsięwzięcia, ale też z miejscem, gdzie można uciec, kiedy potrzebujesz prywatności. Wyobraź sobie, że otaczają cię ludzie, którzy wydobywają z ciebie najlepsze cechy, którzy cię inspirują i przy których nie krępujesz się być sobą. Wyobraź sobie, że zawsze masz się do kogo odezwać, kiedy jest ci źle. Że możesz się komuś wygadać, kiedy trafia cię jasny szlag. Albo po prostu wypić z kimś kieliszek wina, kiedy zwyczajnie nie chcesz być sam i potrzebujesz towarzystwa.
Niektórzy by powiedzieli, że dzielenie domu z innymi ludźmi jest krokiem wstecz dla kogoś, kto przez długi czas miał własne mieszkanie. Ale ja tego tak nie widzę. To po prostu krok w innym kierunku. Kto powiedział, że wszyscy musimy znajdować radość i spełnienie w tych samych rzeczach? Kto powiedział, że wszyscy musimy pragnąć takiego samego życia?
Więc pomysł jest. Na razie tylko tyle, ale mam nadzieję, że z czasem uda się go zrealizować.
Showing posts with label luzem. Show all posts
Showing posts with label luzem. Show all posts
Wednesday, 13 June 2018
Thursday, 11 May 2017
Tam dom twój, gdzie dziwactwa twoje.
Kiedy przyjechałam do Wielkiej Brytanii, nie mogłam zrozumieć, jak można pić herbatę z mlekiem. W Polsce robiły to tylko ciężarne i karmiące kobiety, a ja nie byłam ani jedną, ani drugą. Uparcie broniłam swoich racji i wzbogacałam smak mojej herbaty miodem i cytryną, ignorując dziwne spojrzenia ze strony pracowników kawiarni i kolegów z pracy.
12 lat później, siedzę za biurkiem, popijając herbatkę z mlekiem, i nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.
Kiedy przeprowadzasz się do nowego kraju, pewne rzeczy nieuchronnie cię zaskakują. Do niektórych przyzwyczajasz się dość szybko. Dziś nie wiem, jak żyłam bez całodobowego sklepu pod domem, kasjerów podających mi resztę prosto do ręki i porządnego angielskiego śniadania (ale bez fasolki). Do innych, jak właśnie do herbaty z mlekiem czy jeżdżenia po "niewłaściwej" stronie ulicy, przyzwyczajałam się stopniowo, ale w końcu stały się zwyczajne i normalne. Przyswajasz slangowe wyrażenia i idiomy, i nawet, jeśli mówisz z wyraźnym akcentem, sam język, którego używasz, markuje cię jako "tutejszego". Bez zbędnych starań, zapuszczasz korzenie. Jesteś w domu.
Ja jestem.
Wciąż są rzeczy, do których nie mogę się przyzwyczaić. Jak na przykład dwa krany. Podczas kiedy na całym świecie z kranu leci woda, której można dotknąć, Brytyjczycy nadal upierają się przy: a) wrzątku, b) lodowatej wodzie. Serio, dlaczego?
Albo taki Marmite. Podobno są ludzie, którzy go lubią. Podejrzewam, że są skrytymi masochistami.
Albo obsesja na punkcie ogródków. Nie ma znaczenia, że twój ma wielkość kartki A4, czasem spędzenie dnia w lokalnym centrum ogrodniczym jest absolutnie niezbędne.
Są pewne brytyjskie dziwactwa, których nawet Brytyjczycy nie rozumieją, i nie ma w tym nic złego. Bo czasem nie chodzi o to, by zrozumieć. Czasem wystarczy po prostu zachować spokój i robić swoje.
12 lat później, siedzę za biurkiem, popijając herbatkę z mlekiem, i nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.
Kiedy przeprowadzasz się do nowego kraju, pewne rzeczy nieuchronnie cię zaskakują. Do niektórych przyzwyczajasz się dość szybko. Dziś nie wiem, jak żyłam bez całodobowego sklepu pod domem, kasjerów podających mi resztę prosto do ręki i porządnego angielskiego śniadania (ale bez fasolki). Do innych, jak właśnie do herbaty z mlekiem czy jeżdżenia po "niewłaściwej" stronie ulicy, przyzwyczajałam się stopniowo, ale w końcu stały się zwyczajne i normalne. Przyswajasz slangowe wyrażenia i idiomy, i nawet, jeśli mówisz z wyraźnym akcentem, sam język, którego używasz, markuje cię jako "tutejszego". Bez zbędnych starań, zapuszczasz korzenie. Jesteś w domu.
Ja jestem.
Wciąż są rzeczy, do których nie mogę się przyzwyczaić. Jak na przykład dwa krany. Podczas kiedy na całym świecie z kranu leci woda, której można dotknąć, Brytyjczycy nadal upierają się przy: a) wrzątku, b) lodowatej wodzie. Serio, dlaczego?
![]() |
| Hmm. Odmrożenia czy oparzenia? Trudny wybór... |
Albo taki Marmite. Podobno są ludzie, którzy go lubią. Podejrzewam, że są skrytymi masochistami.
Albo obsesja na punkcie ogródków. Nie ma znaczenia, że twój ma wielkość kartki A4, czasem spędzenie dnia w lokalnym centrum ogrodniczym jest absolutnie niezbędne.
![]() |
| "Mój ogród to moja duma." |
Są pewne brytyjskie dziwactwa, których nawet Brytyjczycy nie rozumieją, i nie ma w tym nic złego. Bo czasem nie chodzi o to, by zrozumieć. Czasem wystarczy po prostu zachować spokój i robić swoje.
Wednesday, 10 May 2017
Ponury got, radosny got. Obalamy mity.
Jest piękny, słoneczny dzień, a ja siedzę na tarasie w pracy, zajadając pyszny lunch. Wokół mnie rozbrzmiewają odgłosy ruchliwego miasta. Przewracam stronę książki, którą właśnie czytam. Za kilka godzin będę w domu, przytulę koty. Pewnie coś tam upichcę, może posłucham muzyki, może obejrzę film. Będę się cieszyć drobiazgami.
Jak zawsze.
Jest taki popularny mit, że goci są zawsze ponurzy, nieszczęśliwi i/lub wściekli. Że nigdy się nie uśmiechamy i na okrągło narzekamy na wszystko i wszystkich. Że wszystkich nas łączy głęboka niechęć do życia i świata.
Wiadomość dnia: to totalna bzdura.
Jeśli w to nie wierzysz, zrób mi przysługę i wybierz się raz do gotyckiego klubu. Widzisz tych wszystkich świrów i dziwaków, radośnie pląsających po parkiecie w rytm Siouxsie and the Banshees i śpiewających w głos razem z Peterem Murphym? Tak, te zdumiewająco żywotne stworzenia to właśnie goci. Pewnie, zawsze znajdzie się ktoś, kto snuje się po klubie ze smutną miną, zwykle nie bez powodu: skończyły mu się pieniądze na piwo, poprztykał się z przyjacielem, a może po prostu jest trochę zmęczony. Każdemu może się zdarzyć, prawda? I tak, część z tych wesolutkich jest taka dzięki rozmaitym substancjom. Krótko mówiąc, jak w każdym innym klubie.
Jeśli spodziewasz się ujrzeć samotne, smutne kreatury, chowające się po kątach i piszące pełną gniewu poezję albo płaczące nad losem świata, to mocno się zaskoczysz. Zamiast tego zobaczysz gromadki ludzi rozmawiających ze sobą, pijących, tańczących. Ba, niektórzy z nich mogą się nawet - o zgrozo! - uśmiechać.
Zmierzam do tego, że choć wyglądamy inaczej niż większość ludzi i lubimy inne rzeczy, ale potrafimy się też cieszyć zwykłymi drobiazgami. jak każdy inny człowiek. Ba, powiedziałabym nawet, że mamy więcej powodów do radości niż nie-goci. Bo radują nas rzeczy "normalne" (kubek kawy o poranku, dobre jedzenie, spacer nad rzeką) i te trochę mroczniejsze (nocna burza z piorunami, filmik ze słodkim nietoperkiem, mrożąca krew w żyłach książka).
To, że nosimy się na czarno, wcale nie oznacza, że nasze życia to jedna wielka czarna mizeria, tak samo, jak ludzie, którzy preferują pastele, nie muszą być wiecznie uśmiechnięci i zadowoleni. Nikt zresztą nie wysnuł jeszcze tak absurdalnego przypuszczenia, więc dlaczego wysnuwać równie idiotyczne na temat gotów?
Jak zawsze.
Jest taki popularny mit, że goci są zawsze ponurzy, nieszczęśliwi i/lub wściekli. Że nigdy się nie uśmiechamy i na okrągło narzekamy na wszystko i wszystkich. Że wszystkich nas łączy głęboka niechęć do życia i świata.
Wiadomość dnia: to totalna bzdura.
Jeśli w to nie wierzysz, zrób mi przysługę i wybierz się raz do gotyckiego klubu. Widzisz tych wszystkich świrów i dziwaków, radośnie pląsających po parkiecie w rytm Siouxsie and the Banshees i śpiewających w głos razem z Peterem Murphym? Tak, te zdumiewająco żywotne stworzenia to właśnie goci. Pewnie, zawsze znajdzie się ktoś, kto snuje się po klubie ze smutną miną, zwykle nie bez powodu: skończyły mu się pieniądze na piwo, poprztykał się z przyjacielem, a może po prostu jest trochę zmęczony. Każdemu może się zdarzyć, prawda? I tak, część z tych wesolutkich jest taka dzięki rozmaitym substancjom. Krótko mówiąc, jak w każdym innym klubie.
Jeśli spodziewasz się ujrzeć samotne, smutne kreatury, chowające się po kątach i piszące pełną gniewu poezję albo płaczące nad losem świata, to mocno się zaskoczysz. Zamiast tego zobaczysz gromadki ludzi rozmawiających ze sobą, pijących, tańczących. Ba, niektórzy z nich mogą się nawet - o zgrozo! - uśmiechać.
Zmierzam do tego, że choć wyglądamy inaczej niż większość ludzi i lubimy inne rzeczy, ale potrafimy się też cieszyć zwykłymi drobiazgami. jak każdy inny człowiek. Ba, powiedziałabym nawet, że mamy więcej powodów do radości niż nie-goci. Bo radują nas rzeczy "normalne" (kubek kawy o poranku, dobre jedzenie, spacer nad rzeką) i te trochę mroczniejsze (nocna burza z piorunami, filmik ze słodkim nietoperkiem, mrożąca krew w żyłach książka).
![]() |
| Nemi wie, jak cieszyć się z małych rzeczy. |
To, że nosimy się na czarno, wcale nie oznacza, że nasze życia to jedna wielka czarna mizeria, tak samo, jak ludzie, którzy preferują pastele, nie muszą być wiecznie uśmiechnięci i zadowoleni. Nikt zresztą nie wysnuł jeszcze tak absurdalnego przypuszczenia, więc dlaczego wysnuwać równie idiotyczne na temat gotów?
Saturday, 6 May 2017
20 rzeczy, których nie usłyszysz od gota.
No więc dziś rano wciągnęła mnie YouTube'owa czarna dziura. Każdemu się zdarza: oglądasz jedno video, potem kolejne, aż nagle okazuje się, że minęły trzy godziny... Mniejsza o to. W każdym razie przypadkiem trafiłam na ten filmik, i ten, i jeszcze ten. Jeśli masz ochotę trochę się pośmiać, koniecznie je obejrzyj. Serio.
Naturalnie, w mojej głowie natychmiast zaczęła się formować moja własna lista rzeczy, których got z pewnością nie powie. A że jestem noga, jeśli idzie o nagrywanie i edytowanie filmów, postanowiłam spisać to wszystko, zanim zniknie na dobre w mrokach niepamięci.*
I oto jest: 20 rzeczy, których got nie powie.
*Jakież to gotyckie, c'nie?
Naturalnie, w mojej głowie natychmiast zaczęła się formować moja własna lista rzeczy, których got z pewnością nie powie. A że jestem noga, jeśli idzie o nagrywanie i edytowanie filmów, postanowiłam spisać to wszystko, zanim zniknie na dobre w mrokach niepamięci.*
I oto jest: 20 rzeczy, których got nie powie.
- "Uwielbiam robić zakupy wiosną i latem. Tyle ślicznych pasteli i kwiatowych motywów! Zimowe ubrania są potwornie nudne. Pamiętasz zeszłą jesień? Wszędzie tylko czarny aksamit. Komu to potrzebne?"
- "Oczywiście, że możesz dotknąć moich włosów i tatuaży i ubrań! Wiem, że wcale nie pytałeś o zgodnę, ale naprawdę nie musisz. To przecież zupełnie normalna sprawa. Nie ma nic złego w naruszaniu osobistej przestrzeni kogoś, kto wygląda trochę nietypowo."
- "Ech, chyba robię się za stara na te wszystkie gotyckie bzdury."

Starość też radość. - "Wave Gotik Treffen? Nieee, lepiej jedźmy gdzieś w ciepłe kraje, będziemy leżeć nad basenem i pracować nad opalenizną."
- "Ojej, jaka ładna sukienka! Ciekawe, czy mają ją w różowym."
- "Czy ja aby nie przesadziłam z eyelinerem?"
- "Nic tak mi nie schlebia jak chamski podryw ze strony przypadkowych buców i robienie ze mnie fetyszu przez spoconych wąsaczy."
- "Nietoperze? Fuj."
- "Ej, przypomnij mi, kiedy jest to całe Halloween."
- "No jasne, że czczę diabła. Masz rację, wszyscy goci to sataniści."
- "Faceci naprawdę nie powinni nosić makijażu, to nie w porządku."
- "Pewnie, że mogę ci zrobić makijaż na Kruka. W końcu jesteśmy przyjaciółmi."
- "Jeśli naprawdę chcesz być gotem, to lepiej zacznij się ciąć."
- "Mój ulubiony gotycki zespół? Trudny wybór między Evanescence a Marilynem Mansonem."
- "No, czas zrobić pranie. Lepiej posortuję ubrania według koloru."

Czarno to widzę... - "Zmierzch to moja ukochana książka o wampirach. Tyle głębi, wspaniałe postaci... No, miodzio. To najlepsza historia miłosna, jaką widział świat."
- "Więc powiedział mi, że byłabym ładniejsza bez tego makijażu i kolczyków i czarnych ciuchów. No to się zmieniłam. I nie, on wcale nie jest dupkiem, on po prostu wie, co dla mnie dobre."
- "Jasne, że lubię, kiedy przypadkowi nieznajomi wytykają mnie palcami i krzyczą do mnie na ulicy. Gdyby nie oni, nigdy bym się nie domyśliła, że jestem gotem."
- "Zgadza się, idę na pogrzeb. W innych okolicznościach nie ubrałabym się przecież na czarno."
- "Dobra, mam wystarczająco dużo butów."
A może Wam, drodzy czytelnicy, przychodzi do głowy coś jeszcze? Albo jesteście gotami, a jednak zdarzyło Wam się powiedzieć coś z tej listy? Wprawdzie to mało prawdopodobne, ale są na tym świecie rzeczy, o których nie śniło się filozofom...
*Jakież to gotyckie, c'nie?
Labels:
alternatywnie,
ciuchy,
gotyk,
luzem,
przemyślenia,
życie
Wednesday, 29 March 2017
Syndrom niespokojnych nóg.
Od czasu do czasu nachodzi mnie ochota, żeby zrobić sobie urlop od rzeczywistości i wyruszyć na przygodę.
Tu, gdzie aktualnie mieszkam, to dość popularny zwyczaj, ale w moich rodzinnych stronach mało kto mógł sobie pozwolić na roczną przerwę między studiami czy szkołą a szukaniem pracy. Ktoś, kto urodził się w przeciętnej (czytaj: nieszczególnie bogatej) rodzinie, myślał raczej o tym, żeby od razu rzucić się w wir poszukiwania zatrudnienia. A jak już je znalazł, trzymał się go rękami i nogami, bo bezrobocie, wiadomo, więc czuł się szczęściarzem, że w ogóle coś złapał. Podróże? Jakie podróże? Może tydzień na plaży w Egipcie, jak dobrze pójdzie. Trzy albo cztery tygodnie wolnego? Zapomnij, możesz od razu złożyć wymówienie. A do tego wszystkiego dochodzi presja społeczeństwa, żeby się ustatkować, znaleźć męża/żonę, mieć dzieci...
W skrócie, jak już awansujesz na poważnego dorosłego, masz marne szanse na poważną przygodę.
Zawsze trochę zazdrościłam ludziom, którzy robią szalone rzeczy. No wiecie, tym, którzy rzucają robotę i jadą do Malawi budować sierocińce, albo przemierzać Azję na osiołku, albo coś w tym rodzaju. W porównaniu z takimi akcjami moja szalona przygoda wcale nie wydaje się tak szalona.
Bo widzicie, bardzo chciałabym przejechać się na rowerze od Land's End do John o' Groats. Sama.
Patrząc z szerszej perspektywy, te 1407 kilometrów to nic wielkiego. Da się to zrobić w dwa tygodnie, nie spiesząc się specjalnie, albo nawet mniej, jeśli pedałujesz ostro. Najtrudniejszym wyzwaniem dla mnie jest znalezienie czasu. Bo tak się składa, że zawsze mam już jakieś inne plany, a urlopu mało, oj, mało...
Ale obiecałam sobie, że zrobię to przed czterdziestymi urodzinami.

Trasa, znana w skrócie jako LEJOG, jest jedną z najpopularniejszych długodystansowych przejażdżek w Wielkiej Brytanii i prowadzi od najdalej wysuniętego na południowy zachód krańca po ten wysunięty na północny wschód. Zazwyczaj dobrze sobie radzę z planowaniem, ale tak długiej przejażdżki jeszcze sobie nie urządzałam, więc trochę wymiękam. Nawet myśl o pakowaniu mnie przeraża. Co wziąć? Ile czego? Po co? Co zostawić? Spać w namiocie (raczej nie) czy może w lokalnych hostelach (to zdecydowanie lepsza opcja)? Kiedy najlepiej jechać? Czy powinnam pedałować jak szalona, czy raczej nie spieszyć się i podziwiać widoki? Czy zrobić to dla frajdy, czy zebrać przy okazji trochę pieniędzy na cele dobroczynne? Tye pytań, tyle rzeczy do ogarnięcia.
Dla mnie największym wyzwanniem jest fakt, że chcę to zrobić sama. Bardzo lubię podróżować solo, ale długa przejażdżka rowerowa to zupełnie inna historia. Trzeba być wyjątkowo upartym, żeby pedałować nawet wtedy, gdy jest się zmęczonym. Żeby wsiąść na rower mimo protestów obolałego tyłka. Żeby rozwiązywać problemy, które niechybnie muszą się pojawić, bez czyjejkolwiek pomocy. Tak, trochę to straszne. Ale i ekscytujące trochę.
Jedno jest pewne: prędzej czy później zepnę się i to zrobię. Bo choć dla niektórych to małe piwo, dla mnie byłoby to nieliche osiągnięcie.
Wychodzi na to, że wszystko jest kwestią perspektywy.
Thursday, 5 January 2017
Więcej nie-postanowień noworocznych
Wspomniałam już kiedyś, że nie jestem najlepsza, jeśli idzie o postanowienia w ogóle, a postanowienia noworoczne w szczególności. Nic się w tej kwestii nie zmieniło. Podczas kiedy większość znajomych rzuca palenie, czekoladę i alkohol, i obiecuje więcej ćwiczyć, jeść zdrowo i być bardziej produktywnymi, ja w skrytości ducha zastanawiam się, jak szybko przejdzie im zapał. Wychodzę z założenia, że jeśli chcesz coś zmienić w swoim życiu, nie ma sensu czekać na nowy rok/kolejne urodziny/jakąś ważną datę. Najlepiej zacząć od razu.
Ale zbaczam z toru.
Więc w tym roku znów nie będzie postanowień. Zamiast tego będą plany, a konkretnie jeden plan: robić więcej rzeczy, które sprawiają mi frajdę.
Więcej muzyki na żywo, zwłaszcza tej mniej znanej. Odpuściłam sobie trochę na tym froncie, głównie trzymając się tego, co już znam i lubię, ale myślę, że pora wyściubić nos z pudełka i odkryć coś nowego.
Więcej kreatywności i, co najważniejsze, więcej pisania.
Więcej znaczących przyjaźni i mniej przelotnych znajomości, więcej pewności siebie i mniej poczucia winy, więcej miłości dla siebie, samoakceptacji i starego, dobrego egoizmu.
Tak więc dzień dobry, 2017. Planuję zrobić tak, żebyś był naprawdę fantastyczny.
Ale zbaczam z toru.
Więc w tym roku znów nie będzie postanowień. Zamiast tego będą plany, a konkretnie jeden plan: robić więcej rzeczy, które sprawiają mi frajdę.
Więcej muzyki na żywo, zwłaszcza tej mniej znanej. Odpuściłam sobie trochę na tym froncie, głównie trzymając się tego, co już znam i lubię, ale myślę, że pora wyściubić nos z pudełka i odkryć coś nowego.
Więcej kreatywności i, co najważniejsze, więcej pisania.
Więcej znaczących przyjaźni i mniej przelotnych znajomości, więcej pewności siebie i mniej poczucia winy, więcej miłości dla siebie, samoakceptacji i starego, dobrego egoizmu.
Tak więc dzień dobry, 2017. Planuję zrobić tak, żebyś był naprawdę fantastyczny.
Friday, 30 December 2016
Całkiem dobry rok.
2016 zbliża się ku końcowi, więc, naturalnie, myślę o wszystkim, co mnie spotkało w tym roku. Miałam lepsze i gorsze chwile, przeżyłam kilka bolesnych rozczarowań, ciosów prosto w serce i złych dni, ale stwierdzam, że to jednak był dobry rok.
Jeśli idzie o podróże, odwiedziłam kilka nowych miejsc, w tym przepiękny Edynburg i zupełnie odmnienioną Łódź. Ale najwspanialszą moją podróżą w tym roku była prawie miesięczna wyprawa na Syberię. Długo nosiłam się z zamiarem odwiedzenia tych okolic i nie rozczarowały mnie. Zabrzmi to może banalnie, ale dzikie piękno i bezkresne, otwarte przestrzenie Syberii oraz przytłaczający ogrom Bajkału na zawsze zostawiły ślad w moim sercu. Może nie za rok i nie za dwa, ale na pewno tam wrócę, tym razem zimą.
Zaliczyłam tylko jeden festiwal, ale za to najlepszy: Wave Gotik Treffen w Lipsku. Mimo paskudnej pogody bawiłam się wyśmienicie na koncertach i afterach, spędziłam trochę czasu z przyjaciółmi, a nawet zdarzyło mi się po pijaku śpiewać "Hej sokoły" ostatniego poranka festiwalu, kiedy powinnam była się pakować i nadrabiać zaległości w spaniu. Wspomniałam już wcześniej, ale napiszę jeszcze raz: ze wszystkich festiwali, na których byłam, WGT jest zdecydowanie moim ulubionym i jeśli będę musiała wybierać między nim a jakimkolwiek innym, wybór będzie dla mnie prosty.
2016 był też dobrym rokiem pod względem koncertów. Udało mi się zobaczyć zespoły, których muzyka towarzyszyła mi w okresie dorastania, jak My Dying Bride (nadal mnie poruszają), zespoły, które zawsze były niejako na peryferiach moich zainteresowań (Rotting Christ, którzy na żywo okazali się znakomici, i IAMX, jeden z lepszych koncertów tego roku pod każdym względem), a także artystów, na których punkcie mam delikatną obsesję (Wardruna, dwa razy w ciągu jednego tygodnia, bo nie ma takiej rzeczy jak za dużo Wardruny).
Nie udało mi się przeczytać 100 książek, ale wydaje mi się, że 80 to też całkiem dobry wynik.
Odkryłam keto i zrzuciłam kilka(naście) kilogramów. Ale, co ważniejsze, odkryłam, że jedyną osobą, której opinia na temat mojego wyglądu powinna być dla mnie ważna, jestem ja sama. I po raz pierwszy w życiu nawet się sobie podobam.
Mam 4 nowe kolczyki i 2 nowe tatuaże.
Mam też nową pracę i jestem szalenie podekscytowana. Nie mogę się doczekać, aż zacznę!
I najważniejsze: znów zaczęłam pisać. Więc kto wie, może o tej porze w przyszłym roku moja powieść będzie już gotowa.
A więc sayonara, 2016, witaj, 2017!
Jeśli idzie o podróże, odwiedziłam kilka nowych miejsc, w tym przepiękny Edynburg i zupełnie odmnienioną Łódź. Ale najwspanialszą moją podróżą w tym roku była prawie miesięczna wyprawa na Syberię. Długo nosiłam się z zamiarem odwiedzenia tych okolic i nie rozczarowały mnie. Zabrzmi to może banalnie, ale dzikie piękno i bezkresne, otwarte przestrzenie Syberii oraz przytłaczający ogrom Bajkału na zawsze zostawiły ślad w moim sercu. Może nie za rok i nie za dwa, ale na pewno tam wrócę, tym razem zimą.
Zaliczyłam tylko jeden festiwal, ale za to najlepszy: Wave Gotik Treffen w Lipsku. Mimo paskudnej pogody bawiłam się wyśmienicie na koncertach i afterach, spędziłam trochę czasu z przyjaciółmi, a nawet zdarzyło mi się po pijaku śpiewać "Hej sokoły" ostatniego poranka festiwalu, kiedy powinnam była się pakować i nadrabiać zaległości w spaniu. Wspomniałam już wcześniej, ale napiszę jeszcze raz: ze wszystkich festiwali, na których byłam, WGT jest zdecydowanie moim ulubionym i jeśli będę musiała wybierać między nim a jakimkolwiek innym, wybór będzie dla mnie prosty.
2016 był też dobrym rokiem pod względem koncertów. Udało mi się zobaczyć zespoły, których muzyka towarzyszyła mi w okresie dorastania, jak My Dying Bride (nadal mnie poruszają), zespoły, które zawsze były niejako na peryferiach moich zainteresowań (Rotting Christ, którzy na żywo okazali się znakomici, i IAMX, jeden z lepszych koncertów tego roku pod każdym względem), a także artystów, na których punkcie mam delikatną obsesję (Wardruna, dwa razy w ciągu jednego tygodnia, bo nie ma takiej rzeczy jak za dużo Wardruny).
Nie udało mi się przeczytać 100 książek, ale wydaje mi się, że 80 to też całkiem dobry wynik.
Odkryłam keto i zrzuciłam kilka(naście) kilogramów. Ale, co ważniejsze, odkryłam, że jedyną osobą, której opinia na temat mojego wyglądu powinna być dla mnie ważna, jestem ja sama. I po raz pierwszy w życiu nawet się sobie podobam.
Mam 4 nowe kolczyki i 2 nowe tatuaże.
Mam też nową pracę i jestem szalenie podekscytowana. Nie mogę się doczekać, aż zacznę!
I najważniejsze: znów zaczęłam pisać. Więc kto wie, może o tej porze w przyszłym roku moja powieść będzie już gotowa.
A więc sayonara, 2016, witaj, 2017!
Wednesday, 21 December 2016
10 Niegotyckich Wyznań.
Kiedy nie jestem straszliwie zajęta i mam trochę czasu do zmarnowania (co nie zdarza się często, ale jednak się zdarza), nadrabiam zaległości w oglądaniu starych filmów na Youtube opublikowanych przez moje ulubione vloggerki. Zaliczają się do nich Drac Maikens, Toxic Tears, Angela Benedict i Black Friday. Większość moich gotycyzujących czytelników pewnie już je zna, ale jeśli siedzisz w tych klimatach, a nie słyszałeś o nich, to zdecydowanie polecam śledzenie ich kanałów.
Wracając do tematu, przeglądając stare filmiki, natknęłam się na dość zabawny tag pod nazwą "Ungoth Confessions", czyli Niegotyckie Wyznania. Chodzi o to, żeby zrobić listę rzeczy, do których lubienia bądź nie lubienia, robienia tudzież unikania, żaden stereotypowy szanujący się got nie powinien się przyznawać. Naturalnie, od razu zaczęłam pracować nad własną listą, ale że jeszcze nie opanowałam trudnej sztuki nagrywania video ze mną w roli głównej, stwierdziłam, że zamiast tego po prostu ją spiszę. Wiem, że tag już praktycznie wygasł, ale lepiej późno niż wcale, więc oto ona.
Wracając do tematu, przeglądając stare filmiki, natknęłam się na dość zabawny tag pod nazwą "Ungoth Confessions", czyli Niegotyckie Wyznania. Chodzi o to, żeby zrobić listę rzeczy, do których lubienia bądź nie lubienia, robienia tudzież unikania, żaden stereotypowy szanujący się got nie powinien się przyznawać. Naturalnie, od razu zaczęłam pracować nad własną listą, ale że jeszcze nie opanowałam trudnej sztuki nagrywania video ze mną w roli głównej, stwierdziłam, że zamiast tego po prostu ją spiszę. Wiem, że tag już praktycznie wygasł, ale lepiej późno niż wcale, więc oto ona.
- Bardzo, ale to bardzo lubię święta. Fakt, że oznaczają one kilka dni wolnych od pracy, z pewnością ma z tym coś wspólnego, ale lubię też spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi, otoczona świątecznymi dekoracjami, pysznym jedzeniem i rodzinnym ciepełkiem.
- Z kilkoma nielicznymi wyjątkami, nie jestem wielką fanką horroru, czy to w literaturze, czy w filmie. Kiedy byłam w liceum, próbowałam wkręcić się w Mastertona, ale jego książki, zamiast przerażać, tylko mnie śmieszyły. Współczesne filmy z tego gatunku działają na mnie dokładnie tak samo, zwłaszcza te z potworami z piekła, kosmosu albo skądś tam jeszcze. Horrory, w których grupa nastolatków wybiera się do domku w lesie i historia kończy się krwawą łaźnią, to zupełnie oddzielna kategoria. Jaki jest sens robienia takich filmów, skoro nie da się już chyba nic nowego wymyślić na tym polu?
- Lubię ćwiczyć. I - szok i niedowierzanie! - lubię ciuchy na siłownię w neonowych kolorach.
- Nigdy nie próbowałam popularnego wśród gotyckiej braci (przynajmniej tu, na Wyspach) "snakebite & black". (Dla zainteresowanych, jest to mieszanka cydru, lagera i syropu porzeczkowego. Zdecydowanie nie moja bajka.)
- Choć większość moich ubrań jest czarna (z kilkoma wyjątkami w barwach czerwonego wina, szarości i brudnej wojskowej zieleni), lubię kolorowy makijaż. Mój strój jest więc monochromatyczny jak wszyscy diabli, ale na powiekach miewam czasem prawdziwą tęczę, a na ustach choćby i wściekłą fuksję.
- Uwielbiam gotować i piec. Wbrew popularnym przekonaniom, goci nie żywią się pajęczynami, krwią nietoperzy i smutkiem. Lubię krzątać się przy garach i przygotowywać pyszne jedzenie. Jestem też byłą blogerką kulinarną, więc był taki moment, kiedy miałam więcej kuchennych utensyliów niż biżuterii. I choć to się zmieniło, wciąż zdarza mi się wpaść w zachwyt na widok uroczych papilotek do muffinków albo perfekcyjnej foremki do pieczenia.
- Z dziką rozkoszą wybrałabym się na festiwal z tandetną muzyką eurodance z lat 90-tych.
- Jeśli idzie o wystrój wnętrz, zdecydowanie wolę pomieszczenia jasne i funkcjonalne niż ciemne i ociekające przepychem. Lubię gotyckie elementy wystroju, ale używam ich oszczędnie: a to figurka tu, a to obrazek na ścianie tam. Ale ogólnie nie lubię nadmiaru gratów.
- Piszczę jak pięciolatka na widok kotecków, piesecków, królicków i innych puchatych zwierzątek. I wcale się tego nie wstydzę.
- Zdarza mi się popadać w melancholię, ale generalnie jestem radosna i pogodna.
No i to tyle. Pewnie znalazłabym więcej, ale i tak już straciłam pewnie ze 150 Punktów Gotyckości ;)
Ale wiecie co? Wcale mnie to nie martwi. Bo przecież jesteśmy tym, kim jesteśmy i lubimy to, co lubimy. Cały sens bycia alternatywnym leży w tym, że nie trzeba się wpasowywać w ciasne ramy. I to mi się właśnie podoba.
Friday, 9 December 2016
Szukajcie a znajdziecie, albo o potrzebie zmiany.
Minęło sporo czasu, odkąd ostatnio pisałam list rezygnacyjny. Tak konkretnie, ponad 8 lat. No i naprawdę nie wiem, gdzie zacząć.
"Z żalem zawiadamiam..."?
"Niniejszym wypowiadam umowę..."?
"Ten list jest formalnym wypowiedzeniem..."?
A może tak:
Droga praco,
To tyle, mam cię serdecznie, kompletnie i absolutnie dosyć. Spędziłam ostatnie kilka lat pragnąc zmiany, czekając na nią, walcząc o nią, ale na nic się to zdało, a te dwa rozczarowania, które zafundowałaś mi w tym roku, przelały czarę goryczy. Mam dość bycia pomijaną w kolejce do awansu i nowych pozycji. Mam dość tego, że staram się, ale nikt mnie nie docenia. Mam dość bycia ignorowaną, okłamywaną i robioną w konia.
Tak naprawdę powinnam to zrobić dawno temu, ale wciąż, do niedawna, żyłam nadzieją, że coś się zmieni. Bo widzisz, ja naprawdę lubię to co robię. Mam świetną, zgraną ekipę. Nie mogę narzekać na brak równowagi pomiędzy życiem osobistym i zawodowym. A do tego, biorąc pod uwagę ilość pracy, pensja jest niezła.
Ale podczas gdy inne firmy dbają o personel i wciąż oferują więcej i więcej dodatkowych bonusów, ty wciąż coś zabierasz. W tym roku nie mamy nawet świątecznej imprezy, bo podobno pracownicy jej nie chcieli. Jakoś trudno mi w to uwierzyć; kto by nie chciał odstawić się na bóstwo i najeść i napić się za friko?
Jeszcze nie znalazłam nowej pracy, ale wiesz co? Znajdę. Bo, wbrew wszystkiemu, nadal w siebie wierzę. Wiem, że dam radę, to tylko kwestia czasu.
Więc, z całym szacunkiem, wal się. Ja wysiadam.
"Z żalem zawiadamiam..."?
"Niniejszym wypowiadam umowę..."?
"Ten list jest formalnym wypowiedzeniem..."?
A może tak:
Droga praco,
To tyle, mam cię serdecznie, kompletnie i absolutnie dosyć. Spędziłam ostatnie kilka lat pragnąc zmiany, czekając na nią, walcząc o nią, ale na nic się to zdało, a te dwa rozczarowania, które zafundowałaś mi w tym roku, przelały czarę goryczy. Mam dość bycia pomijaną w kolejce do awansu i nowych pozycji. Mam dość tego, że staram się, ale nikt mnie nie docenia. Mam dość bycia ignorowaną, okłamywaną i robioną w konia.
Tak naprawdę powinnam to zrobić dawno temu, ale wciąż, do niedawna, żyłam nadzieją, że coś się zmieni. Bo widzisz, ja naprawdę lubię to co robię. Mam świetną, zgraną ekipę. Nie mogę narzekać na brak równowagi pomiędzy życiem osobistym i zawodowym. A do tego, biorąc pod uwagę ilość pracy, pensja jest niezła.
Ale podczas gdy inne firmy dbają o personel i wciąż oferują więcej i więcej dodatkowych bonusów, ty wciąż coś zabierasz. W tym roku nie mamy nawet świątecznej imprezy, bo podobno pracownicy jej nie chcieli. Jakoś trudno mi w to uwierzyć; kto by nie chciał odstawić się na bóstwo i najeść i napić się za friko?
Jeszcze nie znalazłam nowej pracy, ale wiesz co? Znajdę. Bo, wbrew wszystkiemu, nadal w siebie wierzę. Wiem, że dam radę, to tylko kwestia czasu.
Więc, z całym szacunkiem, wal się. Ja wysiadam.
Friday, 30 September 2016
To nie był mój tydzień.
Jak ja się cieszę, że już się kończy!
Zaczęło się dobrze, ale w środę wieczorem jakiś szczeniak ukradł mi telefon, wyrywając mi go z ręki praktycznie tuż pod domem. Nie zdążyłam się nim nawet nacieszyć, miałam go raptem 4 miesiące, a ubezpieczenie odwołałam, bo skoro nic złego się nie stało podczas mojej podróży po Syberii, to cóż się może stać w cywilizowanym Londynie?
Ech, ludzka naiwności...
Do późnej nocy siedziałam z policjantami, którzy spisywali moje zeznania, więc następnego dnia byłam zbyt wykończona, by wybrać się na metalowe karaoke, na które bardzo się cieszyłam. No i musiałam kupić nowy telefon. Nie jest tak dobry jak ten, który mi ukradziono, ale wydaje się całkiem przyzwoity. Za takie pieniądze, lepiej żeby był!
Dziś rano przypaliłam się żelazkiem (brawo ja!) i upuściłam moje śniadanie (pieczone jajka z fetą) na podłogę. W efekcie musiałam uprzątnąć bajzel złożony z kawałków jedzenia wymieszanych z odłamkami ceramiki, więc spóźniłam się do pracy (brawo po raz drugi!).
O tak, cieszę się, że ten tydzień się kończy. Może dla własnego bezpieczeństwa powinnam spędzić weekend w domu.
Czy macie takie tygodnie, kiedy wszystko Wam się sypie? Czy wierzycie, że jest jakiś limit pecha, którego człowiek może mieć w krótkim okresie czasu, bo jeśli będzie go za dużo, to równowaga zostanie zachwiana? Mam nadzieję, że tak właśnie jest! Teraz potrzebuję tylko tego, żeby coś mi się udało. Albo przynajmniej żeby udało mi się nic nie spieprzyć, nie uszkodzić się i nie zgubić niczego cennego przez jakiś czas.
I jak, życie, myślisz, że da się to załatwić?
Zaczęło się dobrze, ale w środę wieczorem jakiś szczeniak ukradł mi telefon, wyrywając mi go z ręki praktycznie tuż pod domem. Nie zdążyłam się nim nawet nacieszyć, miałam go raptem 4 miesiące, a ubezpieczenie odwołałam, bo skoro nic złego się nie stało podczas mojej podróży po Syberii, to cóż się może stać w cywilizowanym Londynie?
Ech, ludzka naiwności...
Do późnej nocy siedziałam z policjantami, którzy spisywali moje zeznania, więc następnego dnia byłam zbyt wykończona, by wybrać się na metalowe karaoke, na które bardzo się cieszyłam. No i musiałam kupić nowy telefon. Nie jest tak dobry jak ten, który mi ukradziono, ale wydaje się całkiem przyzwoity. Za takie pieniądze, lepiej żeby był!
Dziś rano przypaliłam się żelazkiem (brawo ja!) i upuściłam moje śniadanie (pieczone jajka z fetą) na podłogę. W efekcie musiałam uprzątnąć bajzel złożony z kawałków jedzenia wymieszanych z odłamkami ceramiki, więc spóźniłam się do pracy (brawo po raz drugi!).
O tak, cieszę się, że ten tydzień się kończy. Może dla własnego bezpieczeństwa powinnam spędzić weekend w domu.
Czy macie takie tygodnie, kiedy wszystko Wam się sypie? Czy wierzycie, że jest jakiś limit pecha, którego człowiek może mieć w krótkim okresie czasu, bo jeśli będzie go za dużo, to równowaga zostanie zachwiana? Mam nadzieję, że tak właśnie jest! Teraz potrzebuję tylko tego, żeby coś mi się udało. Albo przynajmniej żeby udało mi się nic nie spieprzyć, nie uszkodzić się i nie zgubić niczego cennego przez jakiś czas.
I jak, życie, myślisz, że da się to załatwić?
Tuesday, 13 September 2016
Gdzie jest jesień?
No gdzie, ja się pytam?
Środek września, więc człowiek spodziewa się ochłodzenia, chmur, może nawet jakiegoś deszczu. Liście już przecież zaczęły opadać, a w sklepach pojawiły się halloweenowe cudeńka (co zresztą cieszy mnie niezmiernie).
Tymczasem 30 stopni, fala upałów, koniec świata i apokalipsa. Omijam metro szerokim łukiem, bo to tak, jak wejść do piekarnika; stawiam na rower i na moje dwie mocne nogi, i rozpuszczam się mimo wszystko.
Tęsknię za jesienią. To moja absolutnie ulubiona pora roku, chyba od zawsze, a przynajmniej od czasu, kiedy byłam nastolatką. Wiele rzeczy się zmieniło, ale moja miłość do jesieni trwa nadal i watpię, by kiedykolwiek miała się wypalić.
Za co ją lubię, spytacie?
Za kolory: rudy brąz, ognisty pomarańcz, głęboką czerwień. Widać je nawet tutaj, w mieście. Nie ma nic przyjemniejszego od spaceru po dywanie z opadłych liści. Tak jak wiosna cieszy moje oko budzącą się, młodą zielenią, tak jesień ogrzewa serce ciepłymi barwami.
Za długie wieczory z herbatą i książką. Bo jesienią, zwłaszcza, kiedy za oknem zrobi się naprawdę zimno, deszczowo i paskudnie, nikt nie ma mi za złe, że wolę zostać w domu.
Za Halloween. Tak, wiem, że - zwłaszcza w Polsce - to kontrowersyjne święto, ale ja osobiście za nim przepadam. Przepadałam już za młodu, choć wtedy nie było jeszcze tak popularne. Poza niezliczonymi halloweenowymi imprezami cieszą mnie różne śliczności, które można o tej porze roku nabyć w sklepach. To mój ulubiony moment na kupowanie różnych gadżetów do domu, od ściereczek i szklaneczek po dekoracje.
Za koncerty. Jakoś tak się składa, że jesienią jest ich najwięcej. I tak jak lato jest dla mnie sezonem festiwali, tak jesień = muzyka na żywo, ale bez konieczności wyjeżdżania gdziekolwiek.
Za to, że w końcu jest na tyle chłodno, by ubrać się na cebulkę. Albo włożyć ciężki, gruby sweter. Albo aksamitną sukienkę. I że wreszcie nie jest za ciepło w glanach. I za to, że w sklepach w końcu pojawiają się rzeczy, które mam ochotę kupić i nosić. A propos, podobno w tym roku znów wracają gotyckie inspiracje... Mam w związku z tym mieszane uczucia. Ale to temat na kolejną notkę.
I jeszcze za to, że w końcu chce się włączyć piekarnik, i że zupy smakują jakoś lepiej.
Więc kiedy inni ubolewają nad końcem lata, ja mówię głośno i wyrażnie: jesieni, przybywaj, jestem gotowa!
Środek września, więc człowiek spodziewa się ochłodzenia, chmur, może nawet jakiegoś deszczu. Liście już przecież zaczęły opadać, a w sklepach pojawiły się halloweenowe cudeńka (co zresztą cieszy mnie niezmiernie).
Tymczasem 30 stopni, fala upałów, koniec świata i apokalipsa. Omijam metro szerokim łukiem, bo to tak, jak wejść do piekarnika; stawiam na rower i na moje dwie mocne nogi, i rozpuszczam się mimo wszystko.
Tęsknię za jesienią. To moja absolutnie ulubiona pora roku, chyba od zawsze, a przynajmniej od czasu, kiedy byłam nastolatką. Wiele rzeczy się zmieniło, ale moja miłość do jesieni trwa nadal i watpię, by kiedykolwiek miała się wypalić.
Za co ją lubię, spytacie?
Za kolory: rudy brąz, ognisty pomarańcz, głęboką czerwień. Widać je nawet tutaj, w mieście. Nie ma nic przyjemniejszego od spaceru po dywanie z opadłych liści. Tak jak wiosna cieszy moje oko budzącą się, młodą zielenią, tak jesień ogrzewa serce ciepłymi barwami.
Za długie wieczory z herbatą i książką. Bo jesienią, zwłaszcza, kiedy za oknem zrobi się naprawdę zimno, deszczowo i paskudnie, nikt nie ma mi za złe, że wolę zostać w domu.
Za Halloween. Tak, wiem, że - zwłaszcza w Polsce - to kontrowersyjne święto, ale ja osobiście za nim przepadam. Przepadałam już za młodu, choć wtedy nie było jeszcze tak popularne. Poza niezliczonymi halloweenowymi imprezami cieszą mnie różne śliczności, które można o tej porze roku nabyć w sklepach. To mój ulubiony moment na kupowanie różnych gadżetów do domu, od ściereczek i szklaneczek po dekoracje.
Za koncerty. Jakoś tak się składa, że jesienią jest ich najwięcej. I tak jak lato jest dla mnie sezonem festiwali, tak jesień = muzyka na żywo, ale bez konieczności wyjeżdżania gdziekolwiek.
Za to, że w końcu jest na tyle chłodno, by ubrać się na cebulkę. Albo włożyć ciężki, gruby sweter. Albo aksamitną sukienkę. I że wreszcie nie jest za ciepło w glanach. I za to, że w sklepach w końcu pojawiają się rzeczy, które mam ochotę kupić i nosić. A propos, podobno w tym roku znów wracają gotyckie inspiracje... Mam w związku z tym mieszane uczucia. Ale to temat na kolejną notkę.
I jeszcze za to, że w końcu chce się włączyć piekarnik, i że zupy smakują jakoś lepiej.
Więc kiedy inni ubolewają nad końcem lata, ja mówię głośno i wyrażnie: jesieni, przybywaj, jestem gotowa!
Monday, 13 April 2015
Wiosenne porządki
W końcu to zrobiłam. Przejrzałam zawartość szafy i pozbyłam się rzeczy, których nie noszę z tych czy innych względów. Tak, nawet tej spódniczki, w którą się nie mieszczę. Wisiała tak od lat jak jakiś smętny wyrzut sumienia, przypominając mi o tym, że planowałam się odchudzać. Plany planami, a jedzenie takie dobre...
No więc wyrzuciłam, bo już nie mogłam na nią patrzeć.
A jeśli zmaleje mi dupsko, kupię sobie nową, o.
Nie wyrzuciłam tylko mojej ukochanej bluzy, która kiedyś była czarna, a teraz jest szara, znoszona i udekorowana kilkoma dziurami. Nie mogę i już. Tłumaczę sobie, że przecież nie zajmuje dużo miejsca, że włożę ją pewnie jeszcze kilka razy, mimo złachania i ogólnej szmatławości, że mogę zaszyć dziury i pofarbować na nowo (czego pewnie i tak nie zrobię, bo z igłą i nitką mi nie po drodze, a za farbowanie wolę się nie zabierać, bo pewnie źle by się to skończyło).
Może kiedyś wyrzucę. Istnieje jednak szansa, że zamiast tego schowam ją w najgłębszym kącie szafy, ot tak, na pamiątkę.
Macie w swoich szafach takie rzeczy, z którymi nie możecie się rozstać? Rzeczy, które mają dla Was szczególną wartość? Rzeczy, z którymi wiążą się historie, wspomnienia, miłe myśli? Rzeczy, które przeżyły już niejedną garderobianą czystkę?
Jeśli macie - to żaden powód do wstydu. Każdy bywa czasem sentymentalny.
Można zacząć się martwić, jeśli takie zachowane z sentymentu fatałaszki stanowią połowę zawartości szafy.
To samo dotyczy ludzi, z którymi zadajemy się wyłącznie z sentymentu, przez wzgląd na stare dzieje. Ale to już temat na inną notkę...
No więc wyrzuciłam, bo już nie mogłam na nią patrzeć.
A jeśli zmaleje mi dupsko, kupię sobie nową, o.
Nie wyrzuciłam tylko mojej ukochanej bluzy, która kiedyś była czarna, a teraz jest szara, znoszona i udekorowana kilkoma dziurami. Nie mogę i już. Tłumaczę sobie, że przecież nie zajmuje dużo miejsca, że włożę ją pewnie jeszcze kilka razy, mimo złachania i ogólnej szmatławości, że mogę zaszyć dziury i pofarbować na nowo (czego pewnie i tak nie zrobię, bo z igłą i nitką mi nie po drodze, a za farbowanie wolę się nie zabierać, bo pewnie źle by się to skończyło).
Może kiedyś wyrzucę. Istnieje jednak szansa, że zamiast tego schowam ją w najgłębszym kącie szafy, ot tak, na pamiątkę.
Macie w swoich szafach takie rzeczy, z którymi nie możecie się rozstać? Rzeczy, które mają dla Was szczególną wartość? Rzeczy, z którymi wiążą się historie, wspomnienia, miłe myśli? Rzeczy, które przeżyły już niejedną garderobianą czystkę?
Jeśli macie - to żaden powód do wstydu. Każdy bywa czasem sentymentalny.
Można zacząć się martwić, jeśli takie zachowane z sentymentu fatałaszki stanowią połowę zawartości szafy.
To samo dotyczy ludzi, z którymi zadajemy się wyłącznie z sentymentu, przez wzgląd na stare dzieje. Ale to już temat na inną notkę...
Friday, 20 March 2015
Nie-normalnienie
Czasem bywa tak, że przez długi czas nic się nie dzieje, w ogóle brak akcji jest, a potem nagle - bam! - dzieje się bardzo dużo.
No więc taka mini-lawina dziwnych objawień w tym tygodniu: najpierw jeden znajomy oznajmił mi, że znudziła go szeroko pojęta scena gotycka, więc przechodzi na emeryturę. Potem inna koleżanka stwierdziła, że chyba wyrosła z alternatywnych ciuchów i planuje zacząć ubierać się "normalnie". Ciekawostka: oboje wspomniani ludzie są młodsi ode mnie o więcej niż dekadę. No, ale mniejsza.
Spoko, rozumiem, nie ma nic złego w normalnieniu. Ba, sama próbowałam swego czasu (z marnym skutkiem, dodam) znormalnieć, przynajmniej jeśli idzie o warstwę zewnętrzną. To chyba naturalne, że od czasu do czasu człowieka nachodzi ochota, żeby zburzyć się całkowicie i zbudować na nowo. Ot, reinwencja siebie. Normalka.
Ja już chyba skończyłam z próbowaniem. Nie zostanę normcorem, nie podczepię się pod żaden nowy trend, nie będę kombinować z przebieraniem się za kogoś, kim nie jestem. Podejrzewam, że na starość, jeśli takowej dożyję, będę tą ekscentryczną, pomarszczoną panią, którą można rozpoznać z daleka.
Jeśli to tylko faza, to niech sobie trwa.
Coś się we mnie gotuje, kiedy słyszę, czego nie wypada kobietom w pewnym wieku. Że szorty czy mini po trzydziestce odpadają, że po czterdziestce, bogowie uchowajcie, żadnych trampek i T-shirtów z nadrukami, a po pięćdziesiątce absolutnie żadnych jeansów. Że w pewnym wieku nie ma zmiłuj i trzeba ściąć włosy krótko, unikać czerni, bo postarza, nosić perły i buty na "kaczuszce", ewentualnie mokasyny. Że przychodzi taki moment, kiedy trzeba zrezygnować z rozrywek dla młodych, czyli koncertów i imprez, bo to wstyd, taka stara baba, co ludzie powiedzą.
Ja jeszcze może stara nie jestem, ale kiedy już będę (a nie mam złudzeń, że nastąpi to raczej prędzej, niż później), za żadne skarby nie zamierzam z niczego rezygnować.
I tyle na ten temat.
No więc taka mini-lawina dziwnych objawień w tym tygodniu: najpierw jeden znajomy oznajmił mi, że znudziła go szeroko pojęta scena gotycka, więc przechodzi na emeryturę. Potem inna koleżanka stwierdziła, że chyba wyrosła z alternatywnych ciuchów i planuje zacząć ubierać się "normalnie". Ciekawostka: oboje wspomniani ludzie są młodsi ode mnie o więcej niż dekadę. No, ale mniejsza.
Spoko, rozumiem, nie ma nic złego w normalnieniu. Ba, sama próbowałam swego czasu (z marnym skutkiem, dodam) znormalnieć, przynajmniej jeśli idzie o warstwę zewnętrzną. To chyba naturalne, że od czasu do czasu człowieka nachodzi ochota, żeby zburzyć się całkowicie i zbudować na nowo. Ot, reinwencja siebie. Normalka.
Ja już chyba skończyłam z próbowaniem. Nie zostanę normcorem, nie podczepię się pod żaden nowy trend, nie będę kombinować z przebieraniem się za kogoś, kim nie jestem. Podejrzewam, że na starość, jeśli takowej dożyję, będę tą ekscentryczną, pomarszczoną panią, którą można rozpoznać z daleka.
Jeśli to tylko faza, to niech sobie trwa.
Coś się we mnie gotuje, kiedy słyszę, czego nie wypada kobietom w pewnym wieku. Że szorty czy mini po trzydziestce odpadają, że po czterdziestce, bogowie uchowajcie, żadnych trampek i T-shirtów z nadrukami, a po pięćdziesiątce absolutnie żadnych jeansów. Że w pewnym wieku nie ma zmiłuj i trzeba ściąć włosy krótko, unikać czerni, bo postarza, nosić perły i buty na "kaczuszce", ewentualnie mokasyny. Że przychodzi taki moment, kiedy trzeba zrezygnować z rozrywek dla młodych, czyli koncertów i imprez, bo to wstyd, taka stara baba, co ludzie powiedzą.
Ja jeszcze może stara nie jestem, ale kiedy już będę (a nie mam złudzeń, że nastąpi to raczej prędzej, niż później), za żadne skarby nie zamierzam z niczego rezygnować.
I tyle na ten temat.
Monday, 2 February 2015
O galopującym czasie i powrotach
Jak obiecałam, najpierw będzie o czasie.
Co się zmieniło od czerwca? Hmm, pomyślmy...
Wróciłam na stare śmieci. O których, nota bene, będzie oddzielna notka, bo uważam, że moje stare-nowe śmieci na takową zasługują. Było nie było, to historyczne śmieci.
Znów mieszkam z Mężczyzną. Nie wiem, na jak długo, ale na razie jest dobrze. Wcale bym się nie pogniewała, gdyby zawsze miało być tak dobrze, ale trudno przewidzieć, jak się to wszystko ułoży.
Byłam w kilku wartych odwiedzenia miejscach (Oslo! Praga! Mój rodzinny Gdańsk!), zaliczyłam trochę koncertów, przeczytałam sporo książek. Przetańczyłam niezliczone godziny na różnej maści imprezach, przegadałam kolejne z bliższymi i dalszymi znajomymi.
I nie napisałam ani jednej notki. Sama nie wiem, czy to przez brak czasu, czy raczej przez niezdolność ubierania myśli w słowa. Niezdolność, mam nadzieję, chwilową. Bo choć tak długo mnie tu nie było, trochę jednak brakuje mi blogowania.
2015 zapowiada się ciekawie, więc będzie o czym pisać. Będzie o podróżach dalszych i bliższych, o muzyce, o pierwszych razach, o ludziach i miejscach. Będzie pewnie trochę o filmach, książkach, ciuchach i kosmetykach. Może nawet będzie coś o sprawach głębszych, bardziej duchowych, choć tego zagwarantować nie mogę.
Ale - coś będzie na pewno. Bo ileż można milczeć?
Czas, moi mili, zapierdala jak szalony. Na co dzień nie myślę o tym jakoś szczególnie intensywnie, ake gdzieś tak w okolicy nowego roku łapię się za głowę i nie mogę się nadziwić, jak to możliwe, że stary już się kończy. W panice obiecuję sobie, że w nowym roku nie będę marnować czasu, że będę robić dużo, żyć intensywnie, chłonąć i celebrować każdą chwilę...
A potem, ni stąd, ni zowąd, okazuje się, że jest już luty, a ja znów jestem zaskoczona tym, jak to ten czas zapierdala.
Właśnie zorientowałam się, że ostatnią notkę napisałam w czerwcu.
Co się zmieniło od czerwca? Hmm, pomyślmy...
Wróciłam na stare śmieci. O których, nota bene, będzie oddzielna notka, bo uważam, że moje stare-nowe śmieci na takową zasługują. Było nie było, to historyczne śmieci.
Znów mieszkam z Mężczyzną. Nie wiem, na jak długo, ale na razie jest dobrze. Wcale bym się nie pogniewała, gdyby zawsze miało być tak dobrze, ale trudno przewidzieć, jak się to wszystko ułoży.
Byłam w kilku wartych odwiedzenia miejscach (Oslo! Praga! Mój rodzinny Gdańsk!), zaliczyłam trochę koncertów, przeczytałam sporo książek. Przetańczyłam niezliczone godziny na różnej maści imprezach, przegadałam kolejne z bliższymi i dalszymi znajomymi.
I nie napisałam ani jednej notki. Sama nie wiem, czy to przez brak czasu, czy raczej przez niezdolność ubierania myśli w słowa. Niezdolność, mam nadzieję, chwilową. Bo choć tak długo mnie tu nie było, trochę jednak brakuje mi blogowania.
2015 zapowiada się ciekawie, więc będzie o czym pisać. Będzie o podróżach dalszych i bliższych, o muzyce, o pierwszych razach, o ludziach i miejscach. Będzie pewnie trochę o filmach, książkach, ciuchach i kosmetykach. Może nawet będzie coś o sprawach głębszych, bardziej duchowych, choć tego zagwarantować nie mogę.
Ale - coś będzie na pewno. Bo ileż można milczeć?
Thursday, 29 November 2012
Pytania są tendencyjne.
Ale to wcale nie znaczy, że na nie nie odpowiem. Taka już ze mnie ekshibicjonistka, że jak ktoś pyta, to odpowiadam, z niczym się nie kryjąc, o.
Pyta zaś Małka. Dzieki, Małko!
Nie będę nominować kolejnych blogów, bo mam wrażenie, że autorzy większości blogów, które czytam, albo brali już udział w zabawie, albo wszelkie zabawy uważają za stratę czasu i glupotę...
1. Skąd pomysł na temat bloga?
W zasadzie trudno mi określić, jaki jest temat tego bloga. Potrzebowałam po prostu miejsca w sieci, gdzie mogłabym się wygadać.
2. A na tytuł?
Sam się przypętał. A było to tak: jakiś czas temu rozważałam przeprowadzkę z mojego Dużego Miasta do małego miasteczka. W miasteczku mam kilku znajomych, lubię tam jeździć raz na jakiś czas, nawet mi się tam podoba. Wszystko więc niby ładnie i pięknie, ale... Doszłam do wniosku, że to nie dla mnie. Że jednak jestem mieszczuchą. I już.
3. Co robisz żeby poprawić listopadowy nastrój?
Dużo się ruszam: jeżdżę na rowerze, ćwiczę, tańczę. Staram się nie przesiadywaę bezczynnie w domu, bo wtedy nachodzą mnie różne ponure myśli. Jem czekoladę - niedużo, ale za to dobrą. A kiedy jest mi naprawde źle, słucham najbardziej dołującej muzyki, jaką uda mi się znaleźć. Brzmi dziwnie, ale czasem muszę po prostu sięgnąć dna, żeby mieć się od czego odbić.
4. W co nigdy nie uwierzysz?
W boga. Jakiegokolwiek.
5. Czytasz, oglądasz czy słuchasz?
Wszystko po trochu! Muzyka, książki i filmy są dla mnie niezwykle ważne. I trudno byłoby mi żyć bez jakiejkolwiek z tych rzeczy.
6. Najładniejszy wyraz?
Minimum. Czemu? Spróbuj zapisać to słowo na kartce papieru :)
7. I najbrzydszy?
Wydzielina. Maciora. Szczecina.
8. Początki czy zakończenia?
Początki. Lubię wrażenie, że mam przed sobą czystą kartę i mogę zrobić z nią wszystko, co tylko mi przyjdzie do głowy.
9. Dzień, który wykreślił(a)byś z tygodnia?
Czwartek. Zupełnie niepotrzebne preludium do piątku.
10. Twoje miejsce?
Każde miejsce. Wychodzę z założenia, że "where I lay my head is home". Chociaż... Lubię moje Duże Miasto. Nie tylko jego piękną, "turystyczną" stronę. I Barcelonę lubię bardzo. Tak bardzo, że gdybym znala kataloński albo przynajmniej hiszpański, to chciałabym tam mieszkać.
11. Czy pomyślałeś/-aś "co za idiotyczna zabawa" zanim się przełamałeś/-aś i zdecydowałeś/-aś wziąć udział ;) ?
Nie. Jak już wspomniałam, jestem ekshibicjonistką.
Pyta zaś Małka. Dzieki, Małko!
Nie będę nominować kolejnych blogów, bo mam wrażenie, że autorzy większości blogów, które czytam, albo brali już udział w zabawie, albo wszelkie zabawy uważają za stratę czasu i glupotę...
1. Skąd pomysł na temat bloga?
W zasadzie trudno mi określić, jaki jest temat tego bloga. Potrzebowałam po prostu miejsca w sieci, gdzie mogłabym się wygadać.
2. A na tytuł?
Sam się przypętał. A było to tak: jakiś czas temu rozważałam przeprowadzkę z mojego Dużego Miasta do małego miasteczka. W miasteczku mam kilku znajomych, lubię tam jeździć raz na jakiś czas, nawet mi się tam podoba. Wszystko więc niby ładnie i pięknie, ale... Doszłam do wniosku, że to nie dla mnie. Że jednak jestem mieszczuchą. I już.
3. Co robisz żeby poprawić listopadowy nastrój?
Dużo się ruszam: jeżdżę na rowerze, ćwiczę, tańczę. Staram się nie przesiadywaę bezczynnie w domu, bo wtedy nachodzą mnie różne ponure myśli. Jem czekoladę - niedużo, ale za to dobrą. A kiedy jest mi naprawde źle, słucham najbardziej dołującej muzyki, jaką uda mi się znaleźć. Brzmi dziwnie, ale czasem muszę po prostu sięgnąć dna, żeby mieć się od czego odbić.
4. W co nigdy nie uwierzysz?
W boga. Jakiegokolwiek.
5. Czytasz, oglądasz czy słuchasz?
Wszystko po trochu! Muzyka, książki i filmy są dla mnie niezwykle ważne. I trudno byłoby mi żyć bez jakiejkolwiek z tych rzeczy.
6. Najładniejszy wyraz?
Minimum. Czemu? Spróbuj zapisać to słowo na kartce papieru :)
7. I najbrzydszy?
Wydzielina. Maciora. Szczecina.
8. Początki czy zakończenia?
Początki. Lubię wrażenie, że mam przed sobą czystą kartę i mogę zrobić z nią wszystko, co tylko mi przyjdzie do głowy.
9. Dzień, który wykreślił(a)byś z tygodnia?
Czwartek. Zupełnie niepotrzebne preludium do piątku.
10. Twoje miejsce?
Każde miejsce. Wychodzę z założenia, że "where I lay my head is home". Chociaż... Lubię moje Duże Miasto. Nie tylko jego piękną, "turystyczną" stronę. I Barcelonę lubię bardzo. Tak bardzo, że gdybym znala kataloński albo przynajmniej hiszpański, to chciałabym tam mieszkać.
11. Czy pomyślałeś/-aś "co za idiotyczna zabawa" zanim się przełamałeś/-aś i zdecydowałeś/-aś wziąć udział ;) ?
Nie. Jak już wspomniałam, jestem ekshibicjonistką.
Subscribe to:
Posts (Atom)














