Niektórzy z Was wiedzą, że miałam ostatnio trudny okres. W styczniu straciłam pracę, którą naprawdę lubiłam i z której czerpałam sporo satysfakcji. Moje poczucie własnej wartości dostało w kość i zaczęłam się czuć bezużyteczna i do niczego. Na domiar wszystkiego miałam wrażenie, że nie robię nic twórczego; nie mogłam się skupić nawet na czytaniu, nie wspominając już o pisaniu, śpiewaniu czy robieniu rzeczy. Przez jakiś czas wydawało mi się, że moje życie nie ma celu. Przyszłość jawiła się nieciekawie.
A do tego czułam, że nie mam z kim o tym pogadać.
Bo widzicie, na pierwszy rzut oka moje życie wygląda spoko: mam nową, ekscytującą pracę, mam obok kogoś, z kim się dogaduję, mam swój kąt. No, marzenie po prostu.
Tyle że czuję, że czegoś brakuje. I kiedy było mi bardzo źle, zdałam sobie sprawę, co to takiego.
To poczucie wspólnoty.
Nie zrozumcie mnie źle, kocham moje miasto, ale to dość samotne miejsce. Nawet jeśli masz przyjaciół, istnieje spora szansa, że nie widzicie się wystarczająco często, a to przez pracę, a to przez diametralnie różne grafiki, a to przez fakt, że mieszkacie na przeciwnych krańcach Londynu. Związki są spoko, ale nie zastąpią przyjaźni. Prywatność, jaką daje posiadanie własnego domu, też jest niby fajna, ale nawet największy introwertyk musi czasem z kimś pogadać.
I tu narodził się pomysł: a gdyby tak założyć coś na kształt komuny z podobnymi sobie ludźmi? Bezpieczną przystań dla tych, którzy chcą mieć obok ludzi, na których mogą polegać, niekoniecznie wikłając się w związki. Wyobraź sobie duży dom ze sporą wspólną przestrzenią na gotowanie, relaks i różne twórcze przedsięwzięcia, ale też z miejscem, gdzie można uciec, kiedy potrzebujesz prywatności. Wyobraź sobie, że otaczają cię ludzie, którzy wydobywają z ciebie najlepsze cechy, którzy cię inspirują i przy których nie krępujesz się być sobą. Wyobraź sobie, że zawsze masz się do kogo odezwać, kiedy jest ci źle. Że możesz się komuś wygadać, kiedy trafia cię jasny szlag. Albo po prostu wypić z kimś kieliszek wina, kiedy zwyczajnie nie chcesz być sam i potrzebujesz towarzystwa.
Niektórzy by powiedzieli, że dzielenie domu z innymi ludźmi jest krokiem wstecz dla kogoś, kto przez długi czas miał własne mieszkanie. Ale ja tego tak nie widzę. To po prostu krok w innym kierunku. Kto powiedział, że wszyscy musimy znajdować radość i spełnienie w tych samych rzeczach? Kto powiedział, że wszyscy musimy pragnąć takiego samego życia?
Więc pomysł jest. Na razie tylko tyle, ale mam nadzieję, że z czasem uda się go zrealizować.
Showing posts with label osobiście. Show all posts
Showing posts with label osobiście. Show all posts
Wednesday, 13 June 2018
Wednesday, 29 March 2017
Syndrom niespokojnych nóg.
Od czasu do czasu nachodzi mnie ochota, żeby zrobić sobie urlop od rzeczywistości i wyruszyć na przygodę.
Tu, gdzie aktualnie mieszkam, to dość popularny zwyczaj, ale w moich rodzinnych stronach mało kto mógł sobie pozwolić na roczną przerwę między studiami czy szkołą a szukaniem pracy. Ktoś, kto urodził się w przeciętnej (czytaj: nieszczególnie bogatej) rodzinie, myślał raczej o tym, żeby od razu rzucić się w wir poszukiwania zatrudnienia. A jak już je znalazł, trzymał się go rękami i nogami, bo bezrobocie, wiadomo, więc czuł się szczęściarzem, że w ogóle coś złapał. Podróże? Jakie podróże? Może tydzień na plaży w Egipcie, jak dobrze pójdzie. Trzy albo cztery tygodnie wolnego? Zapomnij, możesz od razu złożyć wymówienie. A do tego wszystkiego dochodzi presja społeczeństwa, żeby się ustatkować, znaleźć męża/żonę, mieć dzieci...
W skrócie, jak już awansujesz na poważnego dorosłego, masz marne szanse na poważną przygodę.
Zawsze trochę zazdrościłam ludziom, którzy robią szalone rzeczy. No wiecie, tym, którzy rzucają robotę i jadą do Malawi budować sierocińce, albo przemierzać Azję na osiołku, albo coś w tym rodzaju. W porównaniu z takimi akcjami moja szalona przygoda wcale nie wydaje się tak szalona.
Bo widzicie, bardzo chciałabym przejechać się na rowerze od Land's End do John o' Groats. Sama.
Patrząc z szerszej perspektywy, te 1407 kilometrów to nic wielkiego. Da się to zrobić w dwa tygodnie, nie spiesząc się specjalnie, albo nawet mniej, jeśli pedałujesz ostro. Najtrudniejszym wyzwaniem dla mnie jest znalezienie czasu. Bo tak się składa, że zawsze mam już jakieś inne plany, a urlopu mało, oj, mało...
Ale obiecałam sobie, że zrobię to przed czterdziestymi urodzinami.

Trasa, znana w skrócie jako LEJOG, jest jedną z najpopularniejszych długodystansowych przejażdżek w Wielkiej Brytanii i prowadzi od najdalej wysuniętego na południowy zachód krańca po ten wysunięty na północny wschód. Zazwyczaj dobrze sobie radzę z planowaniem, ale tak długiej przejażdżki jeszcze sobie nie urządzałam, więc trochę wymiękam. Nawet myśl o pakowaniu mnie przeraża. Co wziąć? Ile czego? Po co? Co zostawić? Spać w namiocie (raczej nie) czy może w lokalnych hostelach (to zdecydowanie lepsza opcja)? Kiedy najlepiej jechać? Czy powinnam pedałować jak szalona, czy raczej nie spieszyć się i podziwiać widoki? Czy zrobić to dla frajdy, czy zebrać przy okazji trochę pieniędzy na cele dobroczynne? Tye pytań, tyle rzeczy do ogarnięcia.
Dla mnie największym wyzwanniem jest fakt, że chcę to zrobić sama. Bardzo lubię podróżować solo, ale długa przejażdżka rowerowa to zupełnie inna historia. Trzeba być wyjątkowo upartym, żeby pedałować nawet wtedy, gdy jest się zmęczonym. Żeby wsiąść na rower mimo protestów obolałego tyłka. Żeby rozwiązywać problemy, które niechybnie muszą się pojawić, bez czyjejkolwiek pomocy. Tak, trochę to straszne. Ale i ekscytujące trochę.
Jedno jest pewne: prędzej czy później zepnę się i to zrobię. Bo choć dla niektórych to małe piwo, dla mnie byłoby to nieliche osiągnięcie.
Wychodzi na to, że wszystko jest kwestią perspektywy.
Tuesday, 21 March 2017
Sztuka samotności.
- No to opowiadaj, co robiłaś w weekend? - pyta S., kiedy wpadam na nią w pochmurny poniedziałkowy poranek.
- A, nic specjalnego - odpowiadam. - Slimelight w sobotę, zakupy i lunch w pubie w niedzielę...
- Fajnie! Z kim? - pyta, zerkając na ekran telefonu.
- Wpadłam na parę znajomych na imprezie, ale poszłam sama. W niedzielę też. Było miło - mówię, obserwując jej palce śmigające po ekranie, piszące jakąś arcyważną wiadomość.
- Mogłaś zadzwonić - mówi S. - Głupio tak samemu.
Mogłam, owszem. Ale nie chciałam. Bo wcale nie uważam, żeby było głupio. I czasem lubię pobyć sama.
Niektórzy ludzie nie mogą znieść samotności. Tracą głowę, kiedy nie są otoczeni ludźmi. Nigdy nie robią niczego bez towarzystwa, a pomysł samotnego spaceru, wyjścia do pubu czy kina ich przerasta. Inni ludzie są dla nich jak kotwica. Potrzebują towarzystwa, żeby czuć, że istnieją.
Nie mówię, że to złe. Ja po prostu nigdy nie byłam tym typem człowieka.
Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem kompletnie aspołeczna. Niektóre sytuacje i doświadczenia, takie jak festiwale, koncerty i wyjścia do klubów, są lepsze, kiedy dzieli się je z innymi.
Ale są i rzeczy, które są równie dobre (jeśli nie lepsze), kiedy doświadcza się ich solo.
Weźmy, na przykład, podróżowanie. Pewnie, fajnie jest wyjechać z ekipą znajomych albo z Misiem Pysiem/Kochaniem/Słoneczkiem, ale jest coś wyjątkowo relaksującego w podróżowaniu samemu. Po pierwsze, żadnych kompromisów: ty wybierasz, gdzie jechać, co robić, co jeść; ty decydujesz, czy wolisz rejs all inclusive, czy włóczęgę z plecakiem i namiotem gdzieś w górach. Od ciebie zależy, czy spędzisz wieczór w lokalnym barze, upijając się i tańcząc z nieznajomymi, czy może na plaży, obserwując gwiazdy. Żadnych kłótni, żadnego narzekania, żadnego ciągnięcia kogoś za sobą wbrew jego woli. Żadnych problemów. Piękna sprawa, prawda?
Albo takie zakupy, które z nieznanych mi przyczyn niektórzy uważają za towarzyską rozrywkę. Ja tam zdecydowanie wolę zakupy w samotności. Dziwnym trafem, kiedy włóczę się po sklepach ze znajomymi, zawsze wracam z pustymi rękoma. Zawsze jest ktoś, kto potrzebuje rady i pomocy, albo ktoś, kto nie wejdzie do określonych sklepów, bo nie i już, albo ktoś, kto próbuje cię namówić, żebyś przymierzyła tę rzecz, która jest kompletnie nie w twoim stylu i w której w życiu nie wyszłabyś na ulicę, albo ktoś, kto sprzątnie ci sprzed nosa coś, na co polowałaś, i będzie udawać, że nie zauważył, albo ktoś, kto kręci nosem na lumpeksy... Ja w ogóle nie przepadam za zakupami (poza lumpeksowymi właśnie), ale jeśli już wybieram się na przechadzkę po sklepach, to sama. Trochę tak, jakbym szła na jakąś specjalną misję. Dzięki temu szybko mam sprawę z głowy i mogę się zająć ważniejszymi rzeczami, takimi jak czytanie albo gry video.
Kolejna rzecz, której nie rozumiem, to podejście do jedzenia solo w restauracjach. Szybki burger w McDonaldzie jest jeszcze OK, ale stolik dla jednej osoby w przytulnej knajpce to zupełnie inna sprawa. A przecież nie ma nic złego w takiej "randce" ze sobą. Ja już przestałam się czerwienić, kiedt kelner pyta mnie, czy będę jadła sama, czy może na kogoś czekam; myślę, że życie w dużym mieście pomaga trochę oswoić się z jedzeniem na mieście solo. Do niedawna chowałam się za książką albo wpatrywałam się w ekran telefonu, ale robię to coraz rzadziej; po prostu cieszę się jedzeniem, atmosferą i... dobrym towarzystwem. W dzisiejszym świecie jesteśmy bezustannie bombardowani bodźcami i wiadomościami, przyklejeni do ekranów, zawsze dostępni. A ja czasem lubię się kompletnie wyłączyć.
A więc taka mała rada. Chcesz pojechać do Kopenhagi na weekend, albo odwiedzić tę nową restaurację za rogiem, albo iść na koncert tego zespołu, o którym twoi znajomi nie słyszeli? Zrób to. Bo jeśli będziesz czekać na towarzystwo, istnieje szansa, że się nie doczekasz. Bo z takich właśnie drobnych doświadczeń składa się życie. Szkoda by było, gdyby cię ominęło.
- A, nic specjalnego - odpowiadam. - Slimelight w sobotę, zakupy i lunch w pubie w niedzielę...
- Fajnie! Z kim? - pyta, zerkając na ekran telefonu.
- Wpadłam na parę znajomych na imprezie, ale poszłam sama. W niedzielę też. Było miło - mówię, obserwując jej palce śmigające po ekranie, piszące jakąś arcyważną wiadomość.
- Mogłaś zadzwonić - mówi S. - Głupio tak samemu.
Mogłam, owszem. Ale nie chciałam. Bo wcale nie uważam, żeby było głupio. I czasem lubię pobyć sama.
Niektórzy ludzie nie mogą znieść samotności. Tracą głowę, kiedy nie są otoczeni ludźmi. Nigdy nie robią niczego bez towarzystwa, a pomysł samotnego spaceru, wyjścia do pubu czy kina ich przerasta. Inni ludzie są dla nich jak kotwica. Potrzebują towarzystwa, żeby czuć, że istnieją.
Nie mówię, że to złe. Ja po prostu nigdy nie byłam tym typem człowieka.
Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem kompletnie aspołeczna. Niektóre sytuacje i doświadczenia, takie jak festiwale, koncerty i wyjścia do klubów, są lepsze, kiedy dzieli się je z innymi.
Ale są i rzeczy, które są równie dobre (jeśli nie lepsze), kiedy doświadcza się ich solo.
Weźmy, na przykład, podróżowanie. Pewnie, fajnie jest wyjechać z ekipą znajomych albo z Misiem Pysiem/Kochaniem/Słoneczkiem, ale jest coś wyjątkowo relaksującego w podróżowaniu samemu. Po pierwsze, żadnych kompromisów: ty wybierasz, gdzie jechać, co robić, co jeść; ty decydujesz, czy wolisz rejs all inclusive, czy włóczęgę z plecakiem i namiotem gdzieś w górach. Od ciebie zależy, czy spędzisz wieczór w lokalnym barze, upijając się i tańcząc z nieznajomymi, czy może na plaży, obserwując gwiazdy. Żadnych kłótni, żadnego narzekania, żadnego ciągnięcia kogoś za sobą wbrew jego woli. Żadnych problemów. Piękna sprawa, prawda?
Albo takie zakupy, które z nieznanych mi przyczyn niektórzy uważają za towarzyską rozrywkę. Ja tam zdecydowanie wolę zakupy w samotności. Dziwnym trafem, kiedy włóczę się po sklepach ze znajomymi, zawsze wracam z pustymi rękoma. Zawsze jest ktoś, kto potrzebuje rady i pomocy, albo ktoś, kto nie wejdzie do określonych sklepów, bo nie i już, albo ktoś, kto próbuje cię namówić, żebyś przymierzyła tę rzecz, która jest kompletnie nie w twoim stylu i w której w życiu nie wyszłabyś na ulicę, albo ktoś, kto sprzątnie ci sprzed nosa coś, na co polowałaś, i będzie udawać, że nie zauważył, albo ktoś, kto kręci nosem na lumpeksy... Ja w ogóle nie przepadam za zakupami (poza lumpeksowymi właśnie), ale jeśli już wybieram się na przechadzkę po sklepach, to sama. Trochę tak, jakbym szła na jakąś specjalną misję. Dzięki temu szybko mam sprawę z głowy i mogę się zająć ważniejszymi rzeczami, takimi jak czytanie albo gry video.
Kolejna rzecz, której nie rozumiem, to podejście do jedzenia solo w restauracjach. Szybki burger w McDonaldzie jest jeszcze OK, ale stolik dla jednej osoby w przytulnej knajpce to zupełnie inna sprawa. A przecież nie ma nic złego w takiej "randce" ze sobą. Ja już przestałam się czerwienić, kiedt kelner pyta mnie, czy będę jadła sama, czy może na kogoś czekam; myślę, że życie w dużym mieście pomaga trochę oswoić się z jedzeniem na mieście solo. Do niedawna chowałam się za książką albo wpatrywałam się w ekran telefonu, ale robię to coraz rzadziej; po prostu cieszę się jedzeniem, atmosferą i... dobrym towarzystwem. W dzisiejszym świecie jesteśmy bezustannie bombardowani bodźcami i wiadomościami, przyklejeni do ekranów, zawsze dostępni. A ja czasem lubię się kompletnie wyłączyć.
A więc taka mała rada. Chcesz pojechać do Kopenhagi na weekend, albo odwiedzić tę nową restaurację za rogiem, albo iść na koncert tego zespołu, o którym twoi znajomi nie słyszeli? Zrób to. Bo jeśli będziesz czekać na towarzystwo, istnieje szansa, że się nie doczekasz. Bo z takich właśnie drobnych doświadczeń składa się życie. Szkoda by było, gdyby cię ominęło.
Thursday, 19 January 2017
"Mój czarny jest czarniejszy niż twój czarny", albo o elityzmie w subkulturach.
Kilka dni temu Angela Benedict umieściła na swoim kanale ten filmik, w którym w ciągu pięciu minut przechodzi metamorfozę z minimalistycznego gotyku w stylu lat 90. w popularny obecnie styl nu-goth. Ale ta transformacja to tylko tło dla przekazu, który jej towarzyszy i słów, które pojawiają się na ekranie.
"Jesteś zbyt zwyczajna, by być prawdziwą gotką."
"Wyglądasz tak normalnie."
"Tylko pozerzy łagodzą wizerunek do pracy."
Jeśli jesteś (albo kiedyś byłeś) przynajmniej odrobinę alternatywny, jest duża szansa, że słyszałeś już te słowa. Jest też szansa, że sam je wypowiedziałeś.
Jeśli należysz do tej drugiej kategorii, z przykrością stwierdzam, że nie znam Cię, ale już Cię nie lubię.
No bo pomyśl: jako przedstawiciele tej czy innej subkultury, jesteśmy wiecznie oceniani przez innych. Jesteśmy bombardowani krzywymi spojrzeniami, komentarzami na temat tego, co mamy na sobie, wytykani palcami, bo mamy dziwaczne włosy, kolczyki i tatuaże, i jestem pewna, że nikt z nas za tym nie przepada.
Dlaczego więc robimy to samo innym ludziom? Kim jesteśmy, by oceniać, kto jest prawdziwym gotem, a kto nie? Czy istnieje jakiś oficjalny Przewodnik Młodego Gota (tudzież jego odpowiednik dla dowolnej subkultury), z którego można się dowiedzieć, co powinniśmy lubić/robić/nosić, by zostać uznanych za "tró"? Czy naprawdę musimy być dla siebie nawzajem tak wredni, a potem narzekać, że scena umiera? Spoiler: umiera przez takich elitystycznych dupków jak Ty, którzy zamiast przyjąć nowy narybek z otwartymi ramionami i wskazywać mu drogę, odstraszają go na amen.
Większość z nas przeszła na alternatywną stronę mocy, bo nie chciała podążać za tłumem i dostosowywać się do zasad. Dlaczego więc niektórzy próbują tworzyć i egzekwować nowe?
Więc następnym razem, kiedy zaczniesz narzekać, że kluby się zamykają, koncertów jakby mało i nie masz żadnych przyjaciół z klimatu, zastanów się, czy przypadkiem nie jesteś częścią problemu.
"Jesteś zbyt zwyczajna, by być prawdziwą gotką."
"Wyglądasz tak normalnie."
"Tylko pozerzy łagodzą wizerunek do pracy."
Jeśli jesteś (albo kiedyś byłeś) przynajmniej odrobinę alternatywny, jest duża szansa, że słyszałeś już te słowa. Jest też szansa, że sam je wypowiedziałeś.
Jeśli należysz do tej drugiej kategorii, z przykrością stwierdzam, że nie znam Cię, ale już Cię nie lubię.
No bo pomyśl: jako przedstawiciele tej czy innej subkultury, jesteśmy wiecznie oceniani przez innych. Jesteśmy bombardowani krzywymi spojrzeniami, komentarzami na temat tego, co mamy na sobie, wytykani palcami, bo mamy dziwaczne włosy, kolczyki i tatuaże, i jestem pewna, że nikt z nas za tym nie przepada.
Dlaczego więc robimy to samo innym ludziom? Kim jesteśmy, by oceniać, kto jest prawdziwym gotem, a kto nie? Czy istnieje jakiś oficjalny Przewodnik Młodego Gota (tudzież jego odpowiednik dla dowolnej subkultury), z którego można się dowiedzieć, co powinniśmy lubić/robić/nosić, by zostać uznanych za "tró"? Czy naprawdę musimy być dla siebie nawzajem tak wredni, a potem narzekać, że scena umiera? Spoiler: umiera przez takich elitystycznych dupków jak Ty, którzy zamiast przyjąć nowy narybek z otwartymi ramionami i wskazywać mu drogę, odstraszają go na amen.
Większość z nas przeszła na alternatywną stronę mocy, bo nie chciała podążać za tłumem i dostosowywać się do zasad. Dlaczego więc niektórzy próbują tworzyć i egzekwować nowe?
Więc następnym razem, kiedy zaczniesz narzekać, że kluby się zamykają, koncertów jakby mało i nie masz żadnych przyjaciół z klimatu, zastanów się, czy przypadkiem nie jesteś częścią problemu.
Wednesday, 11 January 2017
Droga E.,
Jakiś czas temu zatęskniłam za pisaniem listów. Pomyślałam, że znajdę kogoś, z kim będę mogła korespondować. Znalazłam, usiadłam przy stole, położyłam przed sobą czystą kartkę papieru...
Nic. Słowa jakoś nie chcą płynąć. I teraz myślę sobie, że to nie za samym pisaniem i otrzymywaniem listów tęskniłam, a za pisaniem i czytaniem listów od Ciebie. Za otwieraniem błękitnych kopert, zaadresowanych Twoim starannym pismem. Za kawałkami Twojego codziennego życia, które czasem do nich wkładałaś. Za kasetami, na których muzyka przeplatała się z Twoim głosem...
Dziwna rzecz, muzyka. Czasem zdarzy mi się odkryć coś nowego i momentalnie mam ochotę podzielić się tym z Tobą. To samo tyczy się wyjątkowych książek, wrażeń po obejrzeniu dobrego filmu, emocji w ogóle.
Łapię się na tym, że znów przeszukuję odmęty sieci, myśląc, że może jednak...
Oczywiście, nic z tego. Ale wiesz, co mówią o nadziei.
Bywa, że robię sobie wyrzuty. Że nie dałam rady przeciągnąć Cię na tę stronę. Ale wiem, że to głupie, bo przecież wtedy obie byłyśmy po tej samej stronie, prawda?
Zastanawiam się, co by było, gdyby... Jak wyglądałoby Twoje życie? Czy nadal pisywałybyśmy do siebie listy? Czy byłoby nam dane spotkać się twarzą w twarz? Tyle pytań, tyle niewiadomych.
Wiem, że mam wokoło życzliwych ludzi. Kilkoro z nich mogłabym nawet nazwać przyjaciółmi. Ale wiem też, że chyba nigdy już nie otworzę się tak, jak to zrobiłam przed Tobą.
Nic. Słowa jakoś nie chcą płynąć. I teraz myślę sobie, że to nie za samym pisaniem i otrzymywaniem listów tęskniłam, a za pisaniem i czytaniem listów od Ciebie. Za otwieraniem błękitnych kopert, zaadresowanych Twoim starannym pismem. Za kawałkami Twojego codziennego życia, które czasem do nich wkładałaś. Za kasetami, na których muzyka przeplatała się z Twoim głosem...
Dziwna rzecz, muzyka. Czasem zdarzy mi się odkryć coś nowego i momentalnie mam ochotę podzielić się tym z Tobą. To samo tyczy się wyjątkowych książek, wrażeń po obejrzeniu dobrego filmu, emocji w ogóle.
Łapię się na tym, że znów przeszukuję odmęty sieci, myśląc, że może jednak...
Oczywiście, nic z tego. Ale wiesz, co mówią o nadziei.
Bywa, że robię sobie wyrzuty. Że nie dałam rady przeciągnąć Cię na tę stronę. Ale wiem, że to głupie, bo przecież wtedy obie byłyśmy po tej samej stronie, prawda?
Zastanawiam się, co by było, gdyby... Jak wyglądałoby Twoje życie? Czy nadal pisywałybyśmy do siebie listy? Czy byłoby nam dane spotkać się twarzą w twarz? Tyle pytań, tyle niewiadomych.
Wiem, że mam wokoło życzliwych ludzi. Kilkoro z nich mogłabym nawet nazwać przyjaciółmi. Ale wiem też, że chyba nigdy już nie otworzę się tak, jak to zrobiłam przed Tobą.
Friday, 2 December 2016
Sprawy rodzinne.
No więc znów nie spędzę świąt z rodziną. Linie lotnicze szaleją i windują ceny do niebotycznych poziomów (wiedzą, cholery, że Polacy - i Europejczycy w ogóle - mieszkający na Wyspach są gotowi zapłacić kosmiczne pieniądze, żeby polecieć do domu na święta), więc to już właściwie norma; od lat nie byłam w Polsce w tym okresie, minęło też sporo czasu, odkąd całej mojej rodzinie udało się zebrać razem tutaj, w Wielkiej Brytanii.
Więc w tym roku postanowiliśmy urządzić sobie święta trochę wcześniej. A dokładniej - w najbliższy weekend.
Choć lubię ciszę i spokój i samotność równie bardzo jak każdy przeciętny człowiek (no dobrze, może trochę bardziej), naprawdę cieszę się na spotkanie z całą moją najbliższą familią. Moja siostra już jest na miejscu, a wraz z nią jej mąż i dzieciaki; mój brat, który nadal mieszka w Polsce, ale wyprowadził się z Gdańska, przyjeżdża w sobotę w towarzystwie dwóch najważniejszych kobiet w swoim życiu: swojej żony i córki. Mama już pewnie szaleje w kuchni, a tata kupił choinkę, choć zwykle uparcie odmawia ubierania drzewka wcześniej niż na kilka dni przed wigilią.
Tak, będzie trochę ciasno, delikatnie mówiąc - 11 osób na 64 metrach kwadratowych to nie w kij dmuchał. Ale jakoś mi to nie przeszkadza. Mam wrażenie, że muszę się nachapać, wchłonąć trochę tego rodzinnego ciepełka i schować je gdzieś na zapas, żeby było pod ręką, kiedy będzie mi smutno i źle.
Kiedy byłam młodsza, nie doceniałam mojej rodziny. Zabawne, jak często ludzie dostrzegają, jakiego mieli farta w tej kwestii dopiero, kiedy dorosną. Tak było ze mną. Byłam zbuntowana, choć nie miałam przeciw czemu się buntować; nie przejmowałam się, że mogę przy okazji kogoś skrzywdzić. Musiało minąć trochę czasu - a ja musiałam porównać naszą rodzinę do innych, bardziej dysfunkcyjnych, mniej otwartych, takich, w których panował wojskowy dryl albo takich, które dusiły nadmiarem miłości - żeby zorientować się, że naprawdę miałam dobrze. Nie wiedziałam, co to szlaban i nie musiałam wracać do domu o określonej porze, nie musiałam udawać grzecznej dziewczynki ani martwić się, że będę w tarapatach, jeśli moje oceny nie będą idealne. Nie musiałam się przejmować spełnianiem ambicji moich rodziców, ani tym, czy mnie akceptują taką jak jestem, ani przebierać się i zmywać makijaż przed powrotem do domu z obawy, że dostanę ochrzan.
Ale nadal było mi mało. Chciałam więcej. I tylko nie bardzo wiedziałam, czego konkretnie.
Teraz już w ogóle nie wiem.
Żadna rodzina nie jest doskonała. Niektóre są tak toksyczne, na ten lub inny sposób, i tak niszczą człowieka od środka, że odcięcie się od nich jest najrozsądniejszą opcją. Ale większość jest gdzieś tam na osi normalności, z małymi skazami i rysami. W niektórych rodzinach więzi z czasem słabną, i jest to całkiem naturalny proces, bo przecież wszyscy mamy swoje życia i swoje marzenia. A inne, tak jak moja, z czasem stają się sobie bliższe.
W tym roku będziemy celebrować rodzinne więzi i obchodzić święta wcześniej. Bo dla mnie, święta to nie data w kalendarzu, to uczucie bliskości.
A skoro zrobiło się tak cieplusio i milusio, to łapcie świąteczną reklamę Allegro. I spróbujcie się nie popłakać.
Więc w tym roku postanowiliśmy urządzić sobie święta trochę wcześniej. A dokładniej - w najbliższy weekend.
Choć lubię ciszę i spokój i samotność równie bardzo jak każdy przeciętny człowiek (no dobrze, może trochę bardziej), naprawdę cieszę się na spotkanie z całą moją najbliższą familią. Moja siostra już jest na miejscu, a wraz z nią jej mąż i dzieciaki; mój brat, który nadal mieszka w Polsce, ale wyprowadził się z Gdańska, przyjeżdża w sobotę w towarzystwie dwóch najważniejszych kobiet w swoim życiu: swojej żony i córki. Mama już pewnie szaleje w kuchni, a tata kupił choinkę, choć zwykle uparcie odmawia ubierania drzewka wcześniej niż na kilka dni przed wigilią.
Tak, będzie trochę ciasno, delikatnie mówiąc - 11 osób na 64 metrach kwadratowych to nie w kij dmuchał. Ale jakoś mi to nie przeszkadza. Mam wrażenie, że muszę się nachapać, wchłonąć trochę tego rodzinnego ciepełka i schować je gdzieś na zapas, żeby było pod ręką, kiedy będzie mi smutno i źle.
Kiedy byłam młodsza, nie doceniałam mojej rodziny. Zabawne, jak często ludzie dostrzegają, jakiego mieli farta w tej kwestii dopiero, kiedy dorosną. Tak było ze mną. Byłam zbuntowana, choć nie miałam przeciw czemu się buntować; nie przejmowałam się, że mogę przy okazji kogoś skrzywdzić. Musiało minąć trochę czasu - a ja musiałam porównać naszą rodzinę do innych, bardziej dysfunkcyjnych, mniej otwartych, takich, w których panował wojskowy dryl albo takich, które dusiły nadmiarem miłości - żeby zorientować się, że naprawdę miałam dobrze. Nie wiedziałam, co to szlaban i nie musiałam wracać do domu o określonej porze, nie musiałam udawać grzecznej dziewczynki ani martwić się, że będę w tarapatach, jeśli moje oceny nie będą idealne. Nie musiałam się przejmować spełnianiem ambicji moich rodziców, ani tym, czy mnie akceptują taką jak jestem, ani przebierać się i zmywać makijaż przed powrotem do domu z obawy, że dostanę ochrzan.
Ale nadal było mi mało. Chciałam więcej. I tylko nie bardzo wiedziałam, czego konkretnie.
Teraz już w ogóle nie wiem.
Żadna rodzina nie jest doskonała. Niektóre są tak toksyczne, na ten lub inny sposób, i tak niszczą człowieka od środka, że odcięcie się od nich jest najrozsądniejszą opcją. Ale większość jest gdzieś tam na osi normalności, z małymi skazami i rysami. W niektórych rodzinach więzi z czasem słabną, i jest to całkiem naturalny proces, bo przecież wszyscy mamy swoje życia i swoje marzenia. A inne, tak jak moja, z czasem stają się sobie bliższe.
W tym roku będziemy celebrować rodzinne więzi i obchodzić święta wcześniej. Bo dla mnie, święta to nie data w kalendarzu, to uczucie bliskości.
A skoro zrobiło się tak cieplusio i milusio, to łapcie świąteczną reklamę Allegro. I spróbujcie się nie popłakać.
Friday, 7 October 2016
Nie ma to jak w domu.
Pamiętam, jak ekscytujący i stresujący zarazem był proces kupowania mieszkania. Nieskończone godziny spędzone na telefonie z prawnikami, doradcami kredytowymi i innymi ludźmi posługującymi się dziwnym, niezrozumiałym żargonem. Pamiętam to uczucie, kiedy w końcu odebraliśmy klucze i zwieźliśmy cały swój (wtedy jeszcze niewielki) dobytek, po czym, zajadając pizzę na wynos, padliśmy na podłogę, wykończeni, ale szczęśliwi.
Po latach dzielenia mieszkań z ludźmi, dobrze było w końcu mieć miejsce, które mogłam nazwać domem.
7 lat później i nadal tu mieszkam, nadal lubię to miejsce. Ale coraz częściej (niechętnie, ale jednak) myślę o przeprowadzce.
Po tych wszystkich latach nie mam najmniejszej ochoty porzucać mojego domu. Zwłaszcza, że to bardzo przyjemne miejsce, wystarczająco przestronne, byśmy dawali radę mieszkać w nim razem bez niezręcznych sytuacji. No i są jeszcze koty: niełatwo jest znaleźć w Londynie (albo gdziekolwiek indziej) mieszkanie, jeśli ma się zwierzaki, a zostawienie ich - nawet pod jego troskliwą opieką - złamałoby mi serce.
Ale odnoszę dziwne wrażenie, że mieszkając razem, wciąż trzymamy się wątłych nitek nadziei. Albo, dokładniej rzecz ujmując, że on się ich trzyma.
Snuję się po mieszkaniu, dotykam ścian, które od lat są moją ostoją, siadam na balkonie i oglądam zachód słońca. Tak, to jest dom, to miejsce, w którym chciałabym zostać.
Ale czasem nie ma innego wyjścia jak tylko odejść.
Prawda?
Po latach dzielenia mieszkań z ludźmi, dobrze było w końcu mieć miejsce, które mogłam nazwać domem.
7 lat później i nadal tu mieszkam, nadal lubię to miejsce. Ale coraz częściej (niechętnie, ale jednak) myślę o przeprowadzce.
Po tych wszystkich latach nie mam najmniejszej ochoty porzucać mojego domu. Zwłaszcza, że to bardzo przyjemne miejsce, wystarczająco przestronne, byśmy dawali radę mieszkać w nim razem bez niezręcznych sytuacji. No i są jeszcze koty: niełatwo jest znaleźć w Londynie (albo gdziekolwiek indziej) mieszkanie, jeśli ma się zwierzaki, a zostawienie ich - nawet pod jego troskliwą opieką - złamałoby mi serce.
Ale odnoszę dziwne wrażenie, że mieszkając razem, wciąż trzymamy się wątłych nitek nadziei. Albo, dokładniej rzecz ujmując, że on się ich trzyma.
Snuję się po mieszkaniu, dotykam ścian, które od lat są moją ostoją, siadam na balkonie i oglądam zachód słońca. Tak, to jest dom, to miejsce, w którym chciałabym zostać.
Ale czasem nie ma innego wyjścia jak tylko odejść.
Prawda?
Friday, 20 March 2015
Nie-normalnienie
Czasem bywa tak, że przez długi czas nic się nie dzieje, w ogóle brak akcji jest, a potem nagle - bam! - dzieje się bardzo dużo.
No więc taka mini-lawina dziwnych objawień w tym tygodniu: najpierw jeden znajomy oznajmił mi, że znudziła go szeroko pojęta scena gotycka, więc przechodzi na emeryturę. Potem inna koleżanka stwierdziła, że chyba wyrosła z alternatywnych ciuchów i planuje zacząć ubierać się "normalnie". Ciekawostka: oboje wspomniani ludzie są młodsi ode mnie o więcej niż dekadę. No, ale mniejsza.
Spoko, rozumiem, nie ma nic złego w normalnieniu. Ba, sama próbowałam swego czasu (z marnym skutkiem, dodam) znormalnieć, przynajmniej jeśli idzie o warstwę zewnętrzną. To chyba naturalne, że od czasu do czasu człowieka nachodzi ochota, żeby zburzyć się całkowicie i zbudować na nowo. Ot, reinwencja siebie. Normalka.
Ja już chyba skończyłam z próbowaniem. Nie zostanę normcorem, nie podczepię się pod żaden nowy trend, nie będę kombinować z przebieraniem się za kogoś, kim nie jestem. Podejrzewam, że na starość, jeśli takowej dożyję, będę tą ekscentryczną, pomarszczoną panią, którą można rozpoznać z daleka.
Jeśli to tylko faza, to niech sobie trwa.
Coś się we mnie gotuje, kiedy słyszę, czego nie wypada kobietom w pewnym wieku. Że szorty czy mini po trzydziestce odpadają, że po czterdziestce, bogowie uchowajcie, żadnych trampek i T-shirtów z nadrukami, a po pięćdziesiątce absolutnie żadnych jeansów. Że w pewnym wieku nie ma zmiłuj i trzeba ściąć włosy krótko, unikać czerni, bo postarza, nosić perły i buty na "kaczuszce", ewentualnie mokasyny. Że przychodzi taki moment, kiedy trzeba zrezygnować z rozrywek dla młodych, czyli koncertów i imprez, bo to wstyd, taka stara baba, co ludzie powiedzą.
Ja jeszcze może stara nie jestem, ale kiedy już będę (a nie mam złudzeń, że nastąpi to raczej prędzej, niż później), za żadne skarby nie zamierzam z niczego rezygnować.
I tyle na ten temat.
No więc taka mini-lawina dziwnych objawień w tym tygodniu: najpierw jeden znajomy oznajmił mi, że znudziła go szeroko pojęta scena gotycka, więc przechodzi na emeryturę. Potem inna koleżanka stwierdziła, że chyba wyrosła z alternatywnych ciuchów i planuje zacząć ubierać się "normalnie". Ciekawostka: oboje wspomniani ludzie są młodsi ode mnie o więcej niż dekadę. No, ale mniejsza.
Spoko, rozumiem, nie ma nic złego w normalnieniu. Ba, sama próbowałam swego czasu (z marnym skutkiem, dodam) znormalnieć, przynajmniej jeśli idzie o warstwę zewnętrzną. To chyba naturalne, że od czasu do czasu człowieka nachodzi ochota, żeby zburzyć się całkowicie i zbudować na nowo. Ot, reinwencja siebie. Normalka.
Ja już chyba skończyłam z próbowaniem. Nie zostanę normcorem, nie podczepię się pod żaden nowy trend, nie będę kombinować z przebieraniem się za kogoś, kim nie jestem. Podejrzewam, że na starość, jeśli takowej dożyję, będę tą ekscentryczną, pomarszczoną panią, którą można rozpoznać z daleka.
Jeśli to tylko faza, to niech sobie trwa.
Coś się we mnie gotuje, kiedy słyszę, czego nie wypada kobietom w pewnym wieku. Że szorty czy mini po trzydziestce odpadają, że po czterdziestce, bogowie uchowajcie, żadnych trampek i T-shirtów z nadrukami, a po pięćdziesiątce absolutnie żadnych jeansów. Że w pewnym wieku nie ma zmiłuj i trzeba ściąć włosy krótko, unikać czerni, bo postarza, nosić perły i buty na "kaczuszce", ewentualnie mokasyny. Że przychodzi taki moment, kiedy trzeba zrezygnować z rozrywek dla młodych, czyli koncertów i imprez, bo to wstyd, taka stara baba, co ludzie powiedzą.
Ja jeszcze może stara nie jestem, ale kiedy już będę (a nie mam złudzeń, że nastąpi to raczej prędzej, niż później), za żadne skarby nie zamierzam z niczego rezygnować.
I tyle na ten temat.
Wednesday, 25 February 2015
Zróbmy sobie dobrze.
Wieść gminna niesie, że dziś obchodzimy Dzień Masturbacji.
Nie wiem jak Wy, ale ja nadal nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, że kobieca masturbacja nadal jest tematem tabu. Spójrzmy chociażby na świat filmu: w byle komedyjce dla średnio rozgarniętej młodzieży scena, w której główny bohater rozmawia z kumplami o tym, jak często, jak długo i o kim myślą w trakcie, to już chyba klasyk. Ba, panowie na ekranie radośnie trzepią kapucyna, walą gruchę, biją konia, pieszczą dzidę, jadą na ręcznym, brandzlują się i fapują do woli - i nikt jakoś w to nie wnika. Dziewczyna robiąca sobie dobrze w filmie? Tfu, bezbożnica! Wstyd, grzech i sromota.
Czy wiedzieliście, że film "Jersey Girl" niemal dorobił się kategorii wiekowej R, bo Liv Tyler mówi w nim o masturbacji? Nie, nic nie robi, po prostu przyznaje się do onanizowania się średnio dwa razy dziennie. To wystarczyło, by spece od klasyfikowania filmów podnieśli larum.
Z kolei bohaterka szturmującego kina "50 Shades of Grey" jakimś cudem przeżyła 21 lat, ani razu nie dotykając się "tam na dole". To, że jest jeszcze dziewicą, jestem w stanie jakoś zrozumieć, podobnie jak brak konta na Facebooku, ale kompletny brak zainteresowania własnym ciałem i tym, co sprawia mu przyjemność, jest dla mnie totalnie niewiarygodny.
Z drugiej strony obawiam się, że takich jak ona jeszcze trochę zostało...
Spójrzmy prawdzie w oczy: w okresie dojrzewania mało która z nas mogła porozmawiać z kimś o masturbacji. Czy to w szkole, czy w domu, temat praktycznie nie istniał. Cóż było robić, trzeba było odkrywać świat sprawiania sobie przyjemności na własną, nomen omen, rękę. Pół biedy, jeśli temat seksu nie był w domu rodzinnym kompletnym tabu, ale przecież zdarzały się (i nadal pewnie się zdarzają) takie domy, gdzie córka przyłapana na robieniu sobie dobrze dostawała po łapach. No a jak już dostała raz i drugi, jak się nasłuchała, że to grzech i że lepiej niech się zajmie szydełkowaniem, klepaniem zdrowasiek albo pieczeniem ciasteczek, to w końcu zaczęła w to wierzyć. A potem, po latach, dziwi się, że seks jej nie kręci. Jak ma kręcić, skoro nie miała szans nauczyć się, co jej się podoba i co sprawia jej przyjemność?
A przecież masturbacja ma mnóstwo zalet. Dzięki niej uczymy się reakcji naszego ciała na różne rodzaje przyjemności i pieszczot. Doprowadzając się do orgazmu, odstresowujemy się i relaksujemy. Rozładowujemy napięcie seksualne i frustrację. Niektórzy naukowcy twierdzą, że regularne onanizowanie się może chronić przed cukrzycą, depresją, nowotworami i bezsennością.
No i przede wszystkim to nielicha frajda!
A teraz wybaczcie, świętowanie wzywa ;)
Nie wiem jak Wy, ale ja nadal nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, że kobieca masturbacja nadal jest tematem tabu. Spójrzmy chociażby na świat filmu: w byle komedyjce dla średnio rozgarniętej młodzieży scena, w której główny bohater rozmawia z kumplami o tym, jak często, jak długo i o kim myślą w trakcie, to już chyba klasyk. Ba, panowie na ekranie radośnie trzepią kapucyna, walą gruchę, biją konia, pieszczą dzidę, jadą na ręcznym, brandzlują się i fapują do woli - i nikt jakoś w to nie wnika. Dziewczyna robiąca sobie dobrze w filmie? Tfu, bezbożnica! Wstyd, grzech i sromota.
Czy wiedzieliście, że film "Jersey Girl" niemal dorobił się kategorii wiekowej R, bo Liv Tyler mówi w nim o masturbacji? Nie, nic nie robi, po prostu przyznaje się do onanizowania się średnio dwa razy dziennie. To wystarczyło, by spece od klasyfikowania filmów podnieśli larum.
Z kolei bohaterka szturmującego kina "50 Shades of Grey" jakimś cudem przeżyła 21 lat, ani razu nie dotykając się "tam na dole". To, że jest jeszcze dziewicą, jestem w stanie jakoś zrozumieć, podobnie jak brak konta na Facebooku, ale kompletny brak zainteresowania własnym ciałem i tym, co sprawia mu przyjemność, jest dla mnie totalnie niewiarygodny.
Z drugiej strony obawiam się, że takich jak ona jeszcze trochę zostało...
Spójrzmy prawdzie w oczy: w okresie dojrzewania mało która z nas mogła porozmawiać z kimś o masturbacji. Czy to w szkole, czy w domu, temat praktycznie nie istniał. Cóż było robić, trzeba było odkrywać świat sprawiania sobie przyjemności na własną, nomen omen, rękę. Pół biedy, jeśli temat seksu nie był w domu rodzinnym kompletnym tabu, ale przecież zdarzały się (i nadal pewnie się zdarzają) takie domy, gdzie córka przyłapana na robieniu sobie dobrze dostawała po łapach. No a jak już dostała raz i drugi, jak się nasłuchała, że to grzech i że lepiej niech się zajmie szydełkowaniem, klepaniem zdrowasiek albo pieczeniem ciasteczek, to w końcu zaczęła w to wierzyć. A potem, po latach, dziwi się, że seks jej nie kręci. Jak ma kręcić, skoro nie miała szans nauczyć się, co jej się podoba i co sprawia jej przyjemność?
A przecież masturbacja ma mnóstwo zalet. Dzięki niej uczymy się reakcji naszego ciała na różne rodzaje przyjemności i pieszczot. Doprowadzając się do orgazmu, odstresowujemy się i relaksujemy. Rozładowujemy napięcie seksualne i frustrację. Niektórzy naukowcy twierdzą, że regularne onanizowanie się może chronić przed cukrzycą, depresją, nowotworami i bezsennością.
No i przede wszystkim to nielicha frajda!
A teraz wybaczcie, świętowanie wzywa ;)
Saturday, 14 February 2015
Miłość po grób
Walentynki. Tak się jakoś utarło, że ludzie albo szaleją za tym świętem, albo z całego serca go nie znoszą. Ja nie należę do żadnego z tych dwóch skrajnych obozów. Niektóre walentynkowe kartki wywołują uśmiech na mojej twarzy, a do tego lubię dawać prezenty, więc wychodzę z założenia, że każda okazja jest dobra. Z drugiej strony, nie mogę pojąć, kto przy zdrowych zmysłach chciałby wydać małą fortunę na niekoniecznie wyjątkowo pyszną kolację w pełnej różowych baloników w kształcie serc restauracji tylko dlatego, że w TEN dzień tak się robi i już.
Ale cóż, różni ludzie, różne potrzeby.
Nie wiem, czy to wina wszechobecnych w okolicach 14 lutego serduszek, czerwonych róż i amorków, ale jakoś tak się składa, że w tym okresie nachodzą mnie różne refleksje na temat miłości. I dziś też mnie jedna naszła.
Doszłam mianowicie do wniosku, że wierzę w miłość. Także w taką do grobowej deski, mocniejszą z każdym rokiem, nie uginającą się w obliczu trudności. Wierzę, że można spotkać na swojej drodze kogoś, z kim będzie się chciało przeżyć całe życie.
Ale nie da się tego zrobić, jeśli najpierw nie pokocha się siebie.
My, kobiety, jesteśmy wobec siebie wyjątkowo surowe i wymagające. Wściekamy się na siebie za najdrobniejsze potknięcia, krzywimy się, spoglądając w lustro (bo tu fałdka, tam zmarszczka, a tutaj siwy włos), powtarzamy sobie, że nie umiemy, nie damy rady, nie jesteśmy wystarczająco ładne, sprytne, silne, mądre. Na błędy i niedociągnięcia innych przymykamy oko, ale sobie darować nie potrafimy. Przekonane o własnej bezwartościowości, robimy się coraz bardziej nieszczęśliwe. Jednocześnie wciąż czekamy, aż pojawi się rycerz na białym rumaku, który spojrzy nam w oczy, zobaczy, że jesteśmy wyjątkowe, i odmieni nasze życie.
Ale komu by się chciało spoglądać w oczy kogoś, kto wciąż smutno wpatruje się w czubki swoich butów?
Wydaje mi się, że ludzie, którzy lubią siebie, są też bardziej lubiani przez innych. Sama jeszcze nie osiągnęłam tego stanu, miewam momenty zwątpienia, ale wierzę, że prędzej czy później nauczę się patrzeć na siebie z miłością. I że będzie to miłość po grób.
Tak więc, drodzy moi, zanim ktoś się w was zakocha, spróbujcie zakochać się w sobie! Nawet jeśli to nie sprawi, że zakocha się w was ktoś jeszcze, na pewno będziecie szczęśliwsi :)
Ale cóż, różni ludzie, różne potrzeby.
Nie wiem, czy to wina wszechobecnych w okolicach 14 lutego serduszek, czerwonych róż i amorków, ale jakoś tak się składa, że w tym okresie nachodzą mnie różne refleksje na temat miłości. I dziś też mnie jedna naszła.
Doszłam mianowicie do wniosku, że wierzę w miłość. Także w taką do grobowej deski, mocniejszą z każdym rokiem, nie uginającą się w obliczu trudności. Wierzę, że można spotkać na swojej drodze kogoś, z kim będzie się chciało przeżyć całe życie.
Ale nie da się tego zrobić, jeśli najpierw nie pokocha się siebie.
My, kobiety, jesteśmy wobec siebie wyjątkowo surowe i wymagające. Wściekamy się na siebie za najdrobniejsze potknięcia, krzywimy się, spoglądając w lustro (bo tu fałdka, tam zmarszczka, a tutaj siwy włos), powtarzamy sobie, że nie umiemy, nie damy rady, nie jesteśmy wystarczająco ładne, sprytne, silne, mądre. Na błędy i niedociągnięcia innych przymykamy oko, ale sobie darować nie potrafimy. Przekonane o własnej bezwartościowości, robimy się coraz bardziej nieszczęśliwe. Jednocześnie wciąż czekamy, aż pojawi się rycerz na białym rumaku, który spojrzy nam w oczy, zobaczy, że jesteśmy wyjątkowe, i odmieni nasze życie.
Ale komu by się chciało spoglądać w oczy kogoś, kto wciąż smutno wpatruje się w czubki swoich butów?
Wydaje mi się, że ludzie, którzy lubią siebie, są też bardziej lubiani przez innych. Sama jeszcze nie osiągnęłam tego stanu, miewam momenty zwątpienia, ale wierzę, że prędzej czy później nauczę się patrzeć na siebie z miłością. I że będzie to miłość po grób.
Tak więc, drodzy moi, zanim ktoś się w was zakocha, spróbujcie zakochać się w sobie! Nawet jeśli to nie sprawi, że zakocha się w was ktoś jeszcze, na pewno będziecie szczęśliwsi :)
Friday, 9 May 2014
Bo wolność kocham i rozumiem
- Wiesz, im dłużej jestem sama, tym bardziej mi się to podoba - oznajmiłam mojej współlokatorce w poniedziałek. Cały wolny od pracy dzień spędziłam na szwendaniu się po jednej z moich ulubionych dzielnic mojego miasta, wygrzewaniu się w słońcu nad kanałem z książką w dłoni i popijaniu zimnego piwka w doborowym towarzystwie. Słowem, żyć nie umierać.
- Ja od początku podejrzewałam, że tak z tobą może być - odparła współlokatorka. - Ty lubisz tę swoją wolność.
Lubię, co tu kryć. Ale z drugiej strony, czy jest ktoś, kto nie lubi?
Okazuje się, że owszem, jest trochę takich przypadków. Wcale niemało.
Rozejrzyj się wokół siebie. Na pewno znasz przynajmniej jedną osobę, która po prostu nie umie być sama. Kogoś, kto przechodzi płynnie z jednego związku w drugi, nie dając sobie czasu na to, by ochłonąć. Kogoś, kto bez swojego misia-pysia, słoneczka, skarbeczka czy kwiatuszka nie wyściubi nosa z domu. Kogoś, kto nigdy nie ma żadnych planów, bo a nuż misiu-pysiu będzie chciał zrobić coś razem. Kogoś, kto nie kupi sukienki, koszuli czy butów bez konsultacji z Drugą Połówką*.
Znacie takich ludzi? Jestem pewna, że tak.
Traf sprawia, że tacy ludzie zostają czasem sami. Zwykle nie na długo, ale jednak. Wtedy ogarnia ich blady strach: bo jak to, sami mają dysponować swoim czasem? Sami decydować o sobie? To tak w ogóle można?
Niektóych ta myśl przeraża tak bardzo, że lądują w ramionach pierwszej lepszej osoby, która się nimi zainteresuje - nieważne, czy jest to osoba, z którą ich cokolwiek łączy. Ważne, że jest. I że znów można się wokół kogoś owinąć, poczuć się bezpiecznie.
Ale są i tacy, którzy nagle zauważają, że bycie singlem nie jest wcale takie złe. Odgrzebują stare, dawno zapomniane pasje albo odkrywają nowe. Zaczynają robić coś, co daje im radość. Poznają nowych ludzi - i wcale nie z myślą o tym, że któryś z tych ludzi może być ich potencjalnym chłopakiem/dziewczyną.
Wolność ma to do siebie, że uzależnia. I jest to chyba najzdrowsze uzależnienie, jakie można sobie wyobrazić.
* Swoją drogą, określenie "Druga Połówka", dla niektórych tak romantyczne, sprawia, że jeży mi się włos na głowie. Bo sugeruje, że człowiek bez partnera jest człowiekiem o niepełnej wartości. Ja tam czuję się cała i nie potrzebuję uzupełnienia, dziękuję za troskę.
A o związkach, które nie ograniczają, tylko rozwijają, też będzie. Bo wierzę - ba, wiem! - że takie istnieją.
- Ja od początku podejrzewałam, że tak z tobą może być - odparła współlokatorka. - Ty lubisz tę swoją wolność.
Lubię, co tu kryć. Ale z drugiej strony, czy jest ktoś, kto nie lubi?
Okazuje się, że owszem, jest trochę takich przypadków. Wcale niemało.
Rozejrzyj się wokół siebie. Na pewno znasz przynajmniej jedną osobę, która po prostu nie umie być sama. Kogoś, kto przechodzi płynnie z jednego związku w drugi, nie dając sobie czasu na to, by ochłonąć. Kogoś, kto bez swojego misia-pysia, słoneczka, skarbeczka czy kwiatuszka nie wyściubi nosa z domu. Kogoś, kto nigdy nie ma żadnych planów, bo a nuż misiu-pysiu będzie chciał zrobić coś razem. Kogoś, kto nie kupi sukienki, koszuli czy butów bez konsultacji z Drugą Połówką*.
Znacie takich ludzi? Jestem pewna, że tak.
Traf sprawia, że tacy ludzie zostają czasem sami. Zwykle nie na długo, ale jednak. Wtedy ogarnia ich blady strach: bo jak to, sami mają dysponować swoim czasem? Sami decydować o sobie? To tak w ogóle można?
Niektóych ta myśl przeraża tak bardzo, że lądują w ramionach pierwszej lepszej osoby, która się nimi zainteresuje - nieważne, czy jest to osoba, z którą ich cokolwiek łączy. Ważne, że jest. I że znów można się wokół kogoś owinąć, poczuć się bezpiecznie.
Ale są i tacy, którzy nagle zauważają, że bycie singlem nie jest wcale takie złe. Odgrzebują stare, dawno zapomniane pasje albo odkrywają nowe. Zaczynają robić coś, co daje im radość. Poznają nowych ludzi - i wcale nie z myślą o tym, że któryś z tych ludzi może być ich potencjalnym chłopakiem/dziewczyną.
Wolność ma to do siebie, że uzależnia. I jest to chyba najzdrowsze uzależnienie, jakie można sobie wyobrazić.
* Swoją drogą, określenie "Druga Połówka", dla niektórych tak romantyczne, sprawia, że jeży mi się włos na głowie. Bo sugeruje, że człowiek bez partnera jest człowiekiem o niepełnej wartości. Ja tam czuję się cała i nie potrzebuję uzupełnienia, dziękuję za troskę.
A o związkach, które nie ograniczają, tylko rozwijają, też będzie. Bo wierzę - ba, wiem! - że takie istnieją.
Wednesday, 30 April 2014
Zmęczone pokolenie
Ubiegły weekend spędziłam na intensywnym imprezowaniu. Tak się składa, że spora część moich klubowych znajomych to ludzie młodsi ode mnie o 10 lat albo i więcej. Spodziewałam się więc, że będą energiczni, pełni życia i gotowi przetańczyć dwie noce pod rząd bez większego problemu.
Cóż, pomyliłam się.
Zaczęło się od pewnej panny, która ostatnio uciekła z imprezy, wymawiając się bólem głowy. Tym razem z głową było wszystko w porządku, za to zaczął ją męczyć okropny ból brzucha. Ewakuowała się więc po niecałych trzech godzinach. Ciekawostka: tyle samo czasu spędziła, szykując się do wyjścia... Przypuszczam, że dziewczę należy do gatunku, któremu bardziej zależy na zrobieniu odpowiedniego wrażenia, niż na dobrej zabawie. Cóż, nie wnikam.
Wraz z nią wykruszyła się druga panna. Wiadomo, czego się nie robi w imię przyjaźni.
Młodzieniec, który nam towarzyszył, miał ogromną ochotę zostać do końca. Cóż z tego, skoro dwie pozostałe dziewoje stwierdziły, że "nie czują klimatu", a jedna z nich zaczęła stękać, wzdychać i stroić kwaśne miny... Młodzieniec robił za kierowcę. No i tym sposobem wyszli wszyscy. Gdzieś tak koło 3:30 nad ranem.
Tymczasem ja, pani po trzydziestce, bawiłam się w najlepsze do świtu. A następnej nocy zaliczyłam powtórkę z rozrywki.
I tak się teraz zastanawiam, czy całe to młode pokolenie jest takie wydelikacone? Takie pozbawione energii, wiecznie zmęczone, narzekająco-jęczące? Czy może to kwestia wychowania i ci, którzy nie wszystko dostawali podane na tacy pod wielkopański nosek, mają więcej ikry, natomiast ci, na których od najmłodszych lat chuchano, dmuchano i trzymano ich pod kloszem, wyrastają na narzekające panny i biadolących młodzieńców?
Doprawdy, czasem mam wrażenie, że 20 to nowe 60: a to jakiś ból, a to zmęczenie, a to ogólne niechciejstwo... Skąd się to bierze?
Żałuję, że nie mogę wydestylować tego składnika, który daje mi energię do życia, i przerobić na pigułki. Sprzedawałabym je tym wszystkim młodym zmęczonym i zostałabym milionerką.
Chociaż... I bez tego czuję się, jakbym wygrała milion w totka. No bo spójrzmy prawdzie w oczy, mało która trzydziestoparolatka ma tyle ikry co ja. A to jest lepsze i ważniejsze niż nawet największe pieniądze.
Cóż, pomyliłam się.
Zaczęło się od pewnej panny, która ostatnio uciekła z imprezy, wymawiając się bólem głowy. Tym razem z głową było wszystko w porządku, za to zaczął ją męczyć okropny ból brzucha. Ewakuowała się więc po niecałych trzech godzinach. Ciekawostka: tyle samo czasu spędziła, szykując się do wyjścia... Przypuszczam, że dziewczę należy do gatunku, któremu bardziej zależy na zrobieniu odpowiedniego wrażenia, niż na dobrej zabawie. Cóż, nie wnikam.
Wraz z nią wykruszyła się druga panna. Wiadomo, czego się nie robi w imię przyjaźni.
Młodzieniec, który nam towarzyszył, miał ogromną ochotę zostać do końca. Cóż z tego, skoro dwie pozostałe dziewoje stwierdziły, że "nie czują klimatu", a jedna z nich zaczęła stękać, wzdychać i stroić kwaśne miny... Młodzieniec robił za kierowcę. No i tym sposobem wyszli wszyscy. Gdzieś tak koło 3:30 nad ranem.
Tymczasem ja, pani po trzydziestce, bawiłam się w najlepsze do świtu. A następnej nocy zaliczyłam powtórkę z rozrywki.
I tak się teraz zastanawiam, czy całe to młode pokolenie jest takie wydelikacone? Takie pozbawione energii, wiecznie zmęczone, narzekająco-jęczące? Czy może to kwestia wychowania i ci, którzy nie wszystko dostawali podane na tacy pod wielkopański nosek, mają więcej ikry, natomiast ci, na których od najmłodszych lat chuchano, dmuchano i trzymano ich pod kloszem, wyrastają na narzekające panny i biadolących młodzieńców?
Doprawdy, czasem mam wrażenie, że 20 to nowe 60: a to jakiś ból, a to zmęczenie, a to ogólne niechciejstwo... Skąd się to bierze?
Żałuję, że nie mogę wydestylować tego składnika, który daje mi energię do życia, i przerobić na pigułki. Sprzedawałabym je tym wszystkim młodym zmęczonym i zostałabym milionerką.
Chociaż... I bez tego czuję się, jakbym wygrała milion w totka. No bo spójrzmy prawdzie w oczy, mało która trzydziestoparolatka ma tyle ikry co ja. A to jest lepsze i ważniejsze niż nawet największe pieniądze.
Monday, 14 April 2014
Hunger games, czyli o walkach skazanych na klęskę
Raz na jakiś czas łapie mnie faza na odchudzanie.
Nie wiem, skąd mi się to bierze. Wspomniana faza nachodzi mnie zwykle zupełnie niespodziewanie, nie spowodowana żadnymi obiektywnymi przyczynami w rodzaju komentarzy cioć i babć, że "dobrze wyglądam" czy nagle zbyt opiętych spodni. To nawet nie kwestia pory roku, bo choć, owszem, wiosną zdarza się częściej, to niekiedy pojawia się także na jesieni, a nawet - o zgrozo! - w okolicach świąt.
Cóż zrobić, tak mam i już.
Traf chciał, że faza naszła mnie jakiś tydzień temu. Pierwsze objawy pojawiły się nieco wcześniej: niepokojące myśli o tym, że wypadałoby coś ze sobą zrobić, że lato i sezon bikini (choć w tym roku żadnego plażowania nie planuję), że jak zrobi się cieplej, to fajnie będzie odsłonić trochę zgrabnego ciałka (tja, cieplej, na Wyspach...) i że w ogóle będę strasznie z siebie dumna, jak już zrobię się lekka jak piórko.
W końcu stwierdziłam: trudna rada, czas się odchudzać i tyle.
Tym sposobem siedzę aktualnie za biurkiem, słuchając kiszek grających marsza (a marsz ów brzmi zdecydowanie żałobnie), popijając wodę i udając, że wcale nie jestem głodna. Z pozoru nawet nieźle mi idzie. Ba, nawet się uśmiecham.
Nikt nie wie, że uśmiecham się do zdjęć smakowitych czekoladowych brownies z solonym karmelem, rumianej pizzy z ciągnącym się serem, cudnych, piętrowych burgerów z chrupiącymi frytkami...
Daję słowo, tym, którzy próbują się odchudzić, należałoby odłączyć internet.
Patrzę więc, ocierając cieknącą ślinkę, brzuch burczy, a ja powoli dochodzę do wniosku, że życie bez odrobiny przyjemności jest zupełnie pozbawione sensu. A skoro jedzenie daje mi przyjemność, to głupotą byłoby go sobie odmawiać, prawda? Kto wie, czy dziś, wracając do domu, nie wpadnę pod samochód i nie pożegnam się z życiem, zdążywszy jeszcze pomyśleć przed śmiercią, że trzeba było zjeść te lody albo czekoladkę...
I tak oto znów przegrywam. Albo wygrywam, w zależności od tego, jak na to spojrzeć.
Może, zamiast się odchudzać, pora zapisać się na jakiś kurs samoakceptacji.
Nie wiem, skąd mi się to bierze. Wspomniana faza nachodzi mnie zwykle zupełnie niespodziewanie, nie spowodowana żadnymi obiektywnymi przyczynami w rodzaju komentarzy cioć i babć, że "dobrze wyglądam" czy nagle zbyt opiętych spodni. To nawet nie kwestia pory roku, bo choć, owszem, wiosną zdarza się częściej, to niekiedy pojawia się także na jesieni, a nawet - o zgrozo! - w okolicach świąt.
Cóż zrobić, tak mam i już.
Traf chciał, że faza naszła mnie jakiś tydzień temu. Pierwsze objawy pojawiły się nieco wcześniej: niepokojące myśli o tym, że wypadałoby coś ze sobą zrobić, że lato i sezon bikini (choć w tym roku żadnego plażowania nie planuję), że jak zrobi się cieplej, to fajnie będzie odsłonić trochę zgrabnego ciałka (tja, cieplej, na Wyspach...) i że w ogóle będę strasznie z siebie dumna, jak już zrobię się lekka jak piórko.
W końcu stwierdziłam: trudna rada, czas się odchudzać i tyle.
Tym sposobem siedzę aktualnie za biurkiem, słuchając kiszek grających marsza (a marsz ów brzmi zdecydowanie żałobnie), popijając wodę i udając, że wcale nie jestem głodna. Z pozoru nawet nieźle mi idzie. Ba, nawet się uśmiecham.
Nikt nie wie, że uśmiecham się do zdjęć smakowitych czekoladowych brownies z solonym karmelem, rumianej pizzy z ciągnącym się serem, cudnych, piętrowych burgerów z chrupiącymi frytkami...
Daję słowo, tym, którzy próbują się odchudzić, należałoby odłączyć internet.
Patrzę więc, ocierając cieknącą ślinkę, brzuch burczy, a ja powoli dochodzę do wniosku, że życie bez odrobiny przyjemności jest zupełnie pozbawione sensu. A skoro jedzenie daje mi przyjemność, to głupotą byłoby go sobie odmawiać, prawda? Kto wie, czy dziś, wracając do domu, nie wpadnę pod samochód i nie pożegnam się z życiem, zdążywszy jeszcze pomyśleć przed śmiercią, że trzeba było zjeść te lody albo czekoladkę...
I tak oto znów przegrywam. Albo wygrywam, w zależności od tego, jak na to spojrzeć.
Może, zamiast się odchudzać, pora zapisać się na jakiś kurs samoakceptacji.
Wednesday, 2 January 2013
Przednoworoczne nie-postanowienia
W tym roku po raz pierwszy czuję, że nowy rok = nowy początek. Tak się jakoś wszystko zbiegło, ten początek z końcem czegoś ważnego. I po raz pierwszy od dawna naprawdę mam potrzebę postanowić coś sobie.
W zasadzie zaczęłam obmyślać listę już przed nowym rokiem. Spisywać ją w głowie, punkt za punktem. Notować sobie rzeczy, dla których chciałoby się żyć, na które chciałoby się czekać. Mysleć o tym, co zrobię ze swoim czasem i ze swoim życiem, kiedy nie będę musiala się już martwić o nikogo innego, tylko o siebie.
Myślałam, że to pomoże. Że będzie łatwiej.
I faktycznie, jest trochę łatwiej, choć nadal cholernie trudno.
A lista?
Lista rośnie. Pęcznieje od pomysłów, puchnie z dnia na dzień. Są na niej festiwale muzyczne, są miejsca do odwiedzenia, jest język do nauczenia, książka do napisania.
Powoli, stopniowo, będę odhaczać punkt za punktem. Powoli, stopniowo, nauczę się żyć.
W zasadzie zaczęłam obmyślać listę już przed nowym rokiem. Spisywać ją w głowie, punkt za punktem. Notować sobie rzeczy, dla których chciałoby się żyć, na które chciałoby się czekać. Mysleć o tym, co zrobię ze swoim czasem i ze swoim życiem, kiedy nie będę musiala się już martwić o nikogo innego, tylko o siebie.
Myślałam, że to pomoże. Że będzie łatwiej.
I faktycznie, jest trochę łatwiej, choć nadal cholernie trudno.
A lista?
Lista rośnie. Pęcznieje od pomysłów, puchnie z dnia na dzień. Są na niej festiwale muzyczne, są miejsca do odwiedzenia, jest język do nauczenia, książka do napisania.
Powoli, stopniowo, będę odhaczać punkt za punktem. Powoli, stopniowo, nauczę się żyć.
Wednesday, 21 November 2012
Się sypie. Się zmienia.
Czasem tak bywa, że wszystko się wali. Wywraca się na lewą stronę. Zmienia o sto osiemdziesiąt stopni. I nic nie można na to poradzić.
Jestem teraz w takim właśnie miejscu. Życie wywraca mi się na lewą stronę, w dodatku w zwolnionym tempie. Staram się widzieć pozytywy, być dobrej myśli, wierzyć, że się ułoży.
Tylko serce, to durne serce, wcale nie pomaga. Cierpi. Boli. Rozpada się na kawałki w slow motion.
Jeszcze będzie dobrze, powtarzam sobie jak mantrę.
Jeszcze będzie.
Jestem teraz w takim właśnie miejscu. Życie wywraca mi się na lewą stronę, w dodatku w zwolnionym tempie. Staram się widzieć pozytywy, być dobrej myśli, wierzyć, że się ułoży.
Tylko serce, to durne serce, wcale nie pomaga. Cierpi. Boli. Rozpada się na kawałki w slow motion.
Jeszcze będzie dobrze, powtarzam sobie jak mantrę.
Jeszcze będzie.
Thursday, 23 August 2012
Koniec z odkładactwem.
Doszłam do wniosku, że nadal robię za mało, by się uszczęśliwić.
No bo tak: mam ochotę pojechać na festiwal, wyjść na imprezę czy koncert - ale z jakiegoś powodu rezygnuję, tłumacząc sobie, że pojadę następnym razem, pójdę kiedy indziej.
Koniec z tym, mili państwo. "Kiedy indziej" może nigdy nie nadejść.
Na Infest w tym roku nie zdążę. A szkoda. Ale może Whitby?
No bo tak: mam ochotę pojechać na festiwal, wyjść na imprezę czy koncert - ale z jakiegoś powodu rezygnuję, tłumacząc sobie, że pojadę następnym razem, pójdę kiedy indziej.
Koniec z tym, mili państwo. "Kiedy indziej" może nigdy nie nadejść.
Na Infest w tym roku nie zdążę. A szkoda. Ale może Whitby?
Wednesday, 25 July 2012
Glupie pytania, glupie odpowiedzi.
Jeśli ktoś jeszcze spyta mnie, jak się czuję z trzydziestką na karku, przysięgam, że nie wyrobię.
Jak się czuję? Tak samo jak wcześniej, o. Nie nastąpiła we mnie żadna gwałtowna zmiana, nie przeżyłam momentu duchowego uniesienia z racji swojej nagle odkrytej dojrzałości ani też załamania psychicznego wywołanego nagłym uświadomieniem sobie, jaka jestem stara. Nie postanowiłam zmienić wszystkiego, od A do Z, w swoim życiu, nie podjęłam żadnej ważnej decyzji o ślubie, macierzyństwie, zmianie pracy czy miejsca zamieszkania. Poświętowałam, a potem wróciłam do domu z urlopu, wygłaskałam koty i poszlam na imprezę. I guzik mnie obchodzi, że paniom po trzydziestce nie wypada.
Jak się czuję? Tak samo jak wcześniej, o. Nie nastąpiła we mnie żadna gwałtowna zmiana, nie przeżyłam momentu duchowego uniesienia z racji swojej nagle odkrytej dojrzałości ani też załamania psychicznego wywołanego nagłym uświadomieniem sobie, jaka jestem stara. Nie postanowiłam zmienić wszystkiego, od A do Z, w swoim życiu, nie podjęłam żadnej ważnej decyzji o ślubie, macierzyństwie, zmianie pracy czy miejsca zamieszkania. Poświętowałam, a potem wróciłam do domu z urlopu, wygłaskałam koty i poszlam na imprezę. I guzik mnie obchodzi, że paniom po trzydziestce nie wypada.
Monday, 21 May 2012
Niewyrastanie.
Jestem już dużą dziewczynką, a duże dziewczynki nie jarają się grami komputerowymi. Nie spędzają długich godzin przed monitorem, rozczłonkowując potwory na rozmaite wymyślne sposoby. Nie piszczą z radości, kiedy uda im się znaleźć jakiś wypasiony przedmiot. Nie klną w żywy pień, kiedy ich postać wyzionie ducha.
Nie wypada, prawda?
A guzik!
Nie po to dwanaście lat czekałam na Diablo III, żeby teraz zbyć jego pojawienie się wzruszeniem ramion i stwierdzić, że to przecież dla dzieci. I tyle. Cytując klasyka, "bede gral(a) w gre", o.
Nie wypada, prawda?
A guzik!
Nie po to dwanaście lat czekałam na Diablo III, żeby teraz zbyć jego pojawienie się wzruszeniem ramion i stwierdzić, że to przecież dla dzieci. I tyle. Cytując klasyka, "bede gral(a) w gre", o.
Wednesday, 9 May 2012
Sowy, skowronki i wszystko pomiędzy
Lubię poranki. Nie mam nic przeciwko wstawaniu o świcie. Lubię usiąść na kanapie z książką, zanim Ł. się obudzi, zaczytać się, zapomnieć. Lubię rano zagnieść drożdżowe ciasto albo upiec chleb. Wyjść na spacer. Przejechać się gdzieś na rowerze. Albo nic nie robić.
Kiedy mówię komuś o tym, że z własnej woli wstaję o nieludzko wczesnej godzinie, nawet wtedy, kiedy nie muszę, robi wielkie oczy. Bo jak to tak: sobota, nie trzeba zrywać się wcześnie do pracy, można poleżeć pod kołdrą - a ja wyskakuję z łóżka, ledwo otworzę oczy (czyli zwykle okolo 5:00), choć nikt mnie do tego nie zmusza?
Ano, wyskakuję. Tak już mam. Od zawsze chyba. Dziecięciem będąc, wykradałam się z pokoju o poranku, wędrowałam do kuchni, w której stało moje male, odrapane biurko, siadałam przy nim i rysowałam albo namiętnie spisywałam wymyślone historie.
I tak już mi zostało.
Byłabym więc typowym skowronkiem, gdyby nie to, że wieczory też lubię. I jeśli wiem, że mogę sobie na to pozwolić, lubię posiedzieć z książką do późnych godzin nocnych. Albo, zdarza się, do świtu. Wtedy w ogóle nie kładę się spać. Nie opłaca się.
Znajomi pytają mnie czasem, skąd biorę czas na wszystkie te rzeczy, które robię. Kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że zwyczajnie oszczędzam na śnie.
Ani sowa więc, ani skowronek.
Skowa? Sowronek?
Wygląda na to, że umykanie wszelkim klasyfikacjom jest moją cechą wrodzoną.
Kiedy mówię komuś o tym, że z własnej woli wstaję o nieludzko wczesnej godzinie, nawet wtedy, kiedy nie muszę, robi wielkie oczy. Bo jak to tak: sobota, nie trzeba zrywać się wcześnie do pracy, można poleżeć pod kołdrą - a ja wyskakuję z łóżka, ledwo otworzę oczy (czyli zwykle okolo 5:00), choć nikt mnie do tego nie zmusza?
Ano, wyskakuję. Tak już mam. Od zawsze chyba. Dziecięciem będąc, wykradałam się z pokoju o poranku, wędrowałam do kuchni, w której stało moje male, odrapane biurko, siadałam przy nim i rysowałam albo namiętnie spisywałam wymyślone historie.
I tak już mi zostało.
Byłabym więc typowym skowronkiem, gdyby nie to, że wieczory też lubię. I jeśli wiem, że mogę sobie na to pozwolić, lubię posiedzieć z książką do późnych godzin nocnych. Albo, zdarza się, do świtu. Wtedy w ogóle nie kładę się spać. Nie opłaca się.
Znajomi pytają mnie czasem, skąd biorę czas na wszystkie te rzeczy, które robię. Kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że zwyczajnie oszczędzam na śnie.
Ani sowa więc, ani skowronek.
Skowa? Sowronek?
Wygląda na to, że umykanie wszelkim klasyfikacjom jest moją cechą wrodzoną.
Wednesday, 21 March 2012
O radości płynącej z czytania słów kilka
Odkąd pamiętam, odczuwam ogromny głód słowa pisanego. Rodzina zgodnie utrzymuje, że już jako czterolatka czytałam płynnie, bez sylabizowania i zatrzymywania się, by dokładniej zbadać literę czy słowo, a ja nie mam powodów, by im nie wierzyć. Wprawiałam się podobno na książeczkach dla dzieci oraz... niemieckich katalogach z wysyłkową modą, które namiętnie składowała moja babcia. Idąc z mamą na spacer, czytałam wszystko, od sklepowych szyldów po napisy na murach. Tak, te niecenzuralne też. Podejrzewam, że musialo to byc dość zabawne dla wszystkich, może z wyjątkiem mojej mamy, która pewnie niejednokrotnie marzyła o tym, by zapaść się pod ziemię.
Bylam częstym gościem w szkolnej bibliotece, ale wkrótce przestała mi ona wystarczać i zapisałam się do lokalnej, publicznej, a potem do jeszcze jednej. Potrafiłam pochłonąć 3-4 ksiązki w tydzień. Jeśli się nad tym zastanowić, nadal potrafię. Tu, na obczyźnie, też korzystam z bibliotek. Znajomość angielskiego jest moim błogosławieństwem.
Czytam prawie wszystko, od science fiction po współczesną beletrystykę, od biografii osób, które mnie interesują, po dobry horror, od kryminału po literaturę popularnonaukową. Treść jest, oczywiście, najważniejsza, ale niemal równie istotne są słowa, ich dobór, sposób, w jaki splatają się ze sobą w zdania. Są książki, które właśnie dzieki językowi, jakim zostały napisane, mają niezwykłą moc. Sa i takie, które tracą impet przez marne pióro autora. Nawet takie książki doczytuję jednak do końca. Wyjątkiem był "Zmierzch", który podsunęła mi koleżanka. Dobrnęłam gdzieś do sześćdziesiątej strony i zrezygnowałam. Wciąż nie rozumiem popularności tej serii, choć pewnie gdybym miala 14 czy 15 lat, bylabym nią zachwycona.
Wiem, że nie powinno mi byc żal ludzi, którzy nie czytają, ale jednak jest. Nigdy nie odwiedzą tych wszystkich światów, nie poznają całej rzeszy niezwykłych postaci, nie dadzą się porwać prądowi historii. Ich wybór, wiem, ale zastanawiam się, czy wiedzą, jak wiele tracą.
Ja karmię się słowem pisanym, jest mi potrzebne do życia jak powietrze. I pewnie kiedy przyjdzie mi umrzeć, wyzionę ducha z książką w reku.
To wcale nie byłaby taka zła śmierć.
Bylam częstym gościem w szkolnej bibliotece, ale wkrótce przestała mi ona wystarczać i zapisałam się do lokalnej, publicznej, a potem do jeszcze jednej. Potrafiłam pochłonąć 3-4 ksiązki w tydzień. Jeśli się nad tym zastanowić, nadal potrafię. Tu, na obczyźnie, też korzystam z bibliotek. Znajomość angielskiego jest moim błogosławieństwem.
Czytam prawie wszystko, od science fiction po współczesną beletrystykę, od biografii osób, które mnie interesują, po dobry horror, od kryminału po literaturę popularnonaukową. Treść jest, oczywiście, najważniejsza, ale niemal równie istotne są słowa, ich dobór, sposób, w jaki splatają się ze sobą w zdania. Są książki, które właśnie dzieki językowi, jakim zostały napisane, mają niezwykłą moc. Sa i takie, które tracą impet przez marne pióro autora. Nawet takie książki doczytuję jednak do końca. Wyjątkiem był "Zmierzch", który podsunęła mi koleżanka. Dobrnęłam gdzieś do sześćdziesiątej strony i zrezygnowałam. Wciąż nie rozumiem popularności tej serii, choć pewnie gdybym miala 14 czy 15 lat, bylabym nią zachwycona.
Wiem, że nie powinno mi byc żal ludzi, którzy nie czytają, ale jednak jest. Nigdy nie odwiedzą tych wszystkich światów, nie poznają całej rzeszy niezwykłych postaci, nie dadzą się porwać prądowi historii. Ich wybór, wiem, ale zastanawiam się, czy wiedzą, jak wiele tracą.
Ja karmię się słowem pisanym, jest mi potrzebne do życia jak powietrze. I pewnie kiedy przyjdzie mi umrzeć, wyzionę ducha z książką w reku.
To wcale nie byłaby taka zła śmierć.
Subscribe to:
Posts (Atom)








