No gdzie, ja się pytam?
Środek września, więc człowiek spodziewa się ochłodzenia, chmur, może nawet jakiegoś deszczu. Liście już przecież zaczęły opadać, a w sklepach pojawiły się halloweenowe cudeńka (co zresztą cieszy mnie niezmiernie).
Tymczasem 30 stopni, fala upałów, koniec świata i apokalipsa. Omijam metro szerokim łukiem, bo to tak, jak wejść do piekarnika; stawiam na rower i na moje dwie mocne nogi, i rozpuszczam się mimo wszystko.
Tęsknię za jesienią. To moja absolutnie ulubiona pora roku, chyba od zawsze, a przynajmniej od czasu, kiedy byłam nastolatką. Wiele rzeczy się zmieniło, ale moja miłość do jesieni trwa nadal i watpię, by kiedykolwiek miała się wypalić.
Za co ją lubię, spytacie?
Za kolory: rudy brąz, ognisty pomarańcz, głęboką czerwień. Widać je nawet tutaj, w mieście. Nie ma nic przyjemniejszego od spaceru po dywanie z opadłych liści. Tak jak wiosna cieszy moje oko budzącą się, młodą zielenią, tak jesień ogrzewa serce ciepłymi barwami.
Za długie wieczory z herbatą i książką. Bo jesienią, zwłaszcza, kiedy za oknem zrobi się naprawdę zimno, deszczowo i paskudnie, nikt nie ma mi za złe, że wolę zostać w domu.
Za Halloween. Tak, wiem, że - zwłaszcza w Polsce - to kontrowersyjne święto, ale ja osobiście za nim przepadam. Przepadałam już za młodu, choć wtedy nie było jeszcze tak popularne. Poza niezliczonymi halloweenowymi imprezami cieszą mnie różne śliczności, które można o tej porze roku nabyć w sklepach. To mój ulubiony moment na kupowanie różnych gadżetów do domu, od ściereczek i szklaneczek po dekoracje.
Za koncerty. Jakoś tak się składa, że jesienią jest ich najwięcej. I tak jak lato jest dla mnie sezonem festiwali, tak jesień = muzyka na żywo, ale bez konieczności wyjeżdżania gdziekolwiek.
Za to, że w końcu jest na tyle chłodno, by ubrać się na cebulkę. Albo włożyć ciężki, gruby sweter. Albo aksamitną sukienkę. I że wreszcie nie jest za ciepło w glanach. I za to, że w sklepach w końcu pojawiają się rzeczy, które mam ochotę kupić i nosić. A propos, podobno w tym roku znów wracają gotyckie inspiracje... Mam w związku z tym mieszane uczucia. Ale to temat na kolejną notkę.
I jeszcze za to, że w końcu chce się włączyć piekarnik, i że zupy smakują jakoś lepiej.
Więc kiedy inni ubolewają nad końcem lata, ja mówię głośno i wyrażnie: jesieni, przybywaj, jestem gotowa!
Tuesday, 13 September 2016
Wednesday, 7 September 2016
Nowy odcień magii
W swoim życiu przeczytałam całkiem sporo książek fantasy, więc pewnie dlatego rzadko się zdarza, że powieść z tego gatunku rozłoży mnie na łopatki. Prawda jest taka, że trudno wymyślić coś zupełnie nowego, świeżego i niebanalnego, a do tego niektórym autorom daleko do pisarskiego mistrzostwa (tak, panie Goodkind, mowa o tobie). Dodajmy do tego fakt, że coraz więcej książek fantasy zahacza o literaturę młodzieżową, a więc zazwyczaj odrobinę naiwną i przeznaczoną dla mniej wyrafinowach czytelników, a także to, że wśród autorów pojawiła się nieznośna skłonność do pisania coraz to dłuższych cykli, których początki bywają całkiem przyzwoite, ale im dalej, tym robi się gorzej.
Dlatego po "Mroczniejszy odcień magii" Victorii Schwab sięgnęłam bez szczególnie wysokich oczekiwań.
Z przyjemnością stwierdzam, że mile się zaskoczyłam. Ba, jestem skłonna stwierdzić, że równie dobrego cyklu (a przynajmniej jego początku) nie było od czasu "Niecnych Dżentelmenów" Scotta Lyncha. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że to już o czymś świadczy.
Rzecz dzieje się w Londynie. A właściwie w Londynach, bo jest ich cztery: pozbawiony magii Szary, żywy, barwny i nasycony magią Czerwony, zimny i wycieńczony wojną Biały. I Czarny, który setki lat temu upadł, a teraz nikt już o nim nie wspomina.
Kell jest jedyn z ostatnich magów antari, mających dar podróżowania między światami. Oficjalnie działa jako posłaniec między Londynami, przekazując wiadomości od jednych koronowanych głów innym. Nieoficjalnie zaś zdarza mu się przy okazji przeszmuglować to lub owo z jednego Londynu do drugiego na życzenie klienta. Pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, trafia w jego ręce przedmiot, który stanie się zalążkiem poważnych kłopotów.
Los stawia na drodze Kella Lilę Bard, utalentowaną złodziejkę, która marzy o własnym statku i zobaczeniu świata poza Szarym Londynem. Walcząc z czymś, czego ani jedno, ani drugie się nie spodziewało, bohaterowie są zmuszeni współpracować, początkowo niechętnie, ale z czasem zawiązuje się między nimi nić przyjaźni...
To pierwszy tom, który ukazał się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka w lipcu. Ja jestem w połowie drugiego, który pewnie wkrótce ujrzy światło dzienne również w Polsce, i już czekam na trzeci, który ma mieć swoją światową premierę w lutym 2017.
Jeśli więc szukacie ciekawego, sprawnie napisanego, wciągającego cyklu fantasy, zdecydowanie polecam "Odcienie magii"!
Dlatego po "Mroczniejszy odcień magii" Victorii Schwab sięgnęłam bez szczególnie wysokich oczekiwań.
Z przyjemnością stwierdzam, że mile się zaskoczyłam. Ba, jestem skłonna stwierdzić, że równie dobrego cyklu (a przynajmniej jego początku) nie było od czasu "Niecnych Dżentelmenów" Scotta Lyncha. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że to już o czymś świadczy.
Rzecz dzieje się w Londynie. A właściwie w Londynach, bo jest ich cztery: pozbawiony magii Szary, żywy, barwny i nasycony magią Czerwony, zimny i wycieńczony wojną Biały. I Czarny, który setki lat temu upadł, a teraz nikt już o nim nie wspomina.
Kell jest jedyn z ostatnich magów antari, mających dar podróżowania między światami. Oficjalnie działa jako posłaniec między Londynami, przekazując wiadomości od jednych koronowanych głów innym. Nieoficjalnie zaś zdarza mu się przy okazji przeszmuglować to lub owo z jednego Londynu do drugiego na życzenie klienta. Pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, trafia w jego ręce przedmiot, który stanie się zalążkiem poważnych kłopotów.
Los stawia na drodze Kella Lilę Bard, utalentowaną złodziejkę, która marzy o własnym statku i zobaczeniu świata poza Szarym Londynem. Walcząc z czymś, czego ani jedno, ani drugie się nie spodziewało, bohaterowie są zmuszeni współpracować, początkowo niechętnie, ale z czasem zawiązuje się między nimi nić przyjaźni...
To pierwszy tom, który ukazał się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka w lipcu. Ja jestem w połowie drugiego, który pewnie wkrótce ujrzy światło dzienne również w Polsce, i już czekam na trzeci, który ma mieć swoją światową premierę w lutym 2017.
Jeśli więc szukacie ciekawego, sprawnie napisanego, wciągającego cyklu fantasy, zdecydowanie polecam "Odcienie magii"!
Monday, 5 September 2016
Trudne pytania
- Dlaczego my się w ogóle rozstaliśmy? - zapytał mnie ostatnio Ł. w przerwie między kęsami burgera.
Akurat rozmawialiśmy o znajomych parach, tych szczęśliwych, zgodnych i dobranych, ale też tych mniej udanych, męczących się ze sobą z niewiadomych przyczyn.
Kiedy jeszcze byliśmy razem, należeliśmy zdecydowanie do tych pierwszych. Byliśmy dobrą, zgraną drużyną, rzadko zdarzało nam się kłócić, a jeśli już to robiliśmy, to złość szybko nam przechodziła i wszystko wracało do normy. Dużo rozmawialiśmy, dużo czasu spędzaliśmy razem, ale i nie narzekaliśmy zbytnio, gdy to drugie chciało wyjść gdzieś samemu. W gruncie rzeczy było dobrze.
I muszę przyznać, że Ł. na chwilę mnie skonfundował tym swoim pytaniem. Do tego stopnia, że musiałam na chwilę wyjść do toalety i dokładnie to sobie przemyśleć.
Przemyślałam i doszłam do następujących wniosków.
Po naszym pierwszym rozstaniu coś się zmieniło. Głównie dlatego, że ja przestałam się przejmować, co on sobie pomyśli, a co za tym idzie, łagodzić mój wizerunek i opinie ze względu na niego. On nie do końca był z tego zadowolony, a ja nie do końca byłam gotowa wrócić do tego, jak było kiedyś. No i tak żyliśmy sobie, nadal zgodnie i w miarę szczęśliwie, ale gdzieś tam, w środku, wiedziałam, że to na dłuższą metę może być trudne. On lubił mnie taką, jaka byłam kiedys (czyli bardziej ugodową), ja wolałam - i nadal wolę - taką, jaka jestem teraz. Pomijając już kwestię innych priorytetów i pomysłów na życie, tego nie dało się pogodzić.
Myślę, że są ludzie, którzy są w stanie dla związku zrobić i poświęcić wiele. Tacy, którym nie przeszkadza to, że mają odrobinę mniej wolności, bo wolność jest niewielką ceną za bycie z kimś, kogo kochają. Wcale nie uważam, że jest w tym coś złego. Wiadomo, różni ludzie, różne potrzeby.
Moje są inne. Należę chyba do takich ludzi, o jakich mowa w tym artykule z WO. Jego autorka pisze: "Im osoba ma bardziej samowystarczalną naturę, tym życie w pojedynkę bardziej jej służy." I dodaje, że tacy ludzie mają w sobie mniej negatywnych emocji, kiedy są sami.
Coś jest na rzeczy. Zauważyłam, że odkąd podjęłam decyzję o rozstaniu z Ł., czuję się spokojniejsza, mniej nerwowa i zestresowana. I to utwierdza mnie w przekonaniu, że to była dobra decyzja.
Akurat rozmawialiśmy o znajomych parach, tych szczęśliwych, zgodnych i dobranych, ale też tych mniej udanych, męczących się ze sobą z niewiadomych przyczyn.
Kiedy jeszcze byliśmy razem, należeliśmy zdecydowanie do tych pierwszych. Byliśmy dobrą, zgraną drużyną, rzadko zdarzało nam się kłócić, a jeśli już to robiliśmy, to złość szybko nam przechodziła i wszystko wracało do normy. Dużo rozmawialiśmy, dużo czasu spędzaliśmy razem, ale i nie narzekaliśmy zbytnio, gdy to drugie chciało wyjść gdzieś samemu. W gruncie rzeczy było dobrze.
I muszę przyznać, że Ł. na chwilę mnie skonfundował tym swoim pytaniem. Do tego stopnia, że musiałam na chwilę wyjść do toalety i dokładnie to sobie przemyśleć.
Przemyślałam i doszłam do następujących wniosków.
Po naszym pierwszym rozstaniu coś się zmieniło. Głównie dlatego, że ja przestałam się przejmować, co on sobie pomyśli, a co za tym idzie, łagodzić mój wizerunek i opinie ze względu na niego. On nie do końca był z tego zadowolony, a ja nie do końca byłam gotowa wrócić do tego, jak było kiedyś. No i tak żyliśmy sobie, nadal zgodnie i w miarę szczęśliwie, ale gdzieś tam, w środku, wiedziałam, że to na dłuższą metę może być trudne. On lubił mnie taką, jaka byłam kiedys (czyli bardziej ugodową), ja wolałam - i nadal wolę - taką, jaka jestem teraz. Pomijając już kwestię innych priorytetów i pomysłów na życie, tego nie dało się pogodzić.
Myślę, że są ludzie, którzy są w stanie dla związku zrobić i poświęcić wiele. Tacy, którym nie przeszkadza to, że mają odrobinę mniej wolności, bo wolność jest niewielką ceną za bycie z kimś, kogo kochają. Wcale nie uważam, że jest w tym coś złego. Wiadomo, różni ludzie, różne potrzeby.
Moje są inne. Należę chyba do takich ludzi, o jakich mowa w tym artykule z WO. Jego autorka pisze: "Im osoba ma bardziej samowystarczalną naturę, tym życie w pojedynkę bardziej jej służy." I dodaje, że tacy ludzie mają w sobie mniej negatywnych emocji, kiedy są sami.
Coś jest na rzeczy. Zauważyłam, że odkąd podjęłam decyzję o rozstaniu z Ł., czuję się spokojniejsza, mniej nerwowa i zestresowana. I to utwierdza mnie w przekonaniu, że to była dobra decyzja.
Saturday, 3 September 2016
Do diabła z miłością!
Odwiedziła mnie koleżanka. Ona i jej chłopak niedawno obchodzili pierwszą rocznicę bycia razem, a wiedziałam, że on szykuje dla niej jakąś niespodziankę, więc w przerwie między jednym a drugim drinkiem, spytałam, jak udało się świętowanie.
Ona w płacz. Że niby wszystko było pięknie, spędzili razem weekend, byli tu i tam, robili to i tamto, ale na sam koniec straszliwie się pokłócili. I że on się teraz nie odzywa, nie odpowiada na wiadomości, a miał do niej przyjechać w sobotę, ale pewnie nie przyjedzie, bo to już koniec. Co chwilę zerka z nadzieją na telefon, że może jednak, ale nie, nic tam nie ma, więc smutek i jeszcze więcej łez.
A ja czuję się, jakbym miała déjà vu. Bo to już chyba trzeci raz, albo i czwarty nawet.
Problem w tym, że oni się diametralnie od siebie różnią. Ona przejmuje się wszystkim, po nim wszystko spływa. Ona analizuje i dramatyzuje, on puszcza w niepamięć. Ona robi z igły widły, on zawsze widzi światło w tunelu. Więc kiedy się pokłócą, dla niego to tylko przelotna chmura na nieboskłonie ich związku, a dla niej - koniec świata.
Czy taka karuzela ma sens na dłuższą metę? Ano, według niej, ma.
Bo ona go kocha i nie wyobraża sobie życia bez niego. Choć bez niego pewnie rzadziej by płakała. Ale nic to, miłość jest warta tego, by wylać przez nią ocean łez, prawda?
Według mnie - niekoniecznie.
Ale może to ze mną jest coś nie tak. Bo przecież ludzie szaleją na punkcie miłości nie od dziś. Mówi się, że to ona sprawia, że świat się kręci. Na pewno sprawia, że kręci się szołbiznes. Wystarczy pomyśleć, ile o miłości napisano piosenek, od ckliwych, romantycznych ballad po gniewne porozstaniowe kawałki. A są przecież jeszcze filmy, książki, wiersze...
Miłość, o której piszą i śpiewają, zawsze jest wielka i wszechogarniająca. Ona nie może bez niego żyć, dla niego ona jest całym światem.
I tak sobie myślę, że to cholernie niebezpieczna i toksyczna sytuacja. Bo ludzie przychodzą i odchodzą, a miłość, która kiedyś płonęła żywym blaskiem, może się wypalić. Albo może zdarzyć się coś, co sprawi, że tej drugiej osoby zabraknie. Co wtedy? Podciąć sobie żyły, bo jak to tak, dalej iść przez życie bez niego/niej? Do końca życia rozpamiętywać dawne dzieje i nie pozwalać sobie na odrobinę szczęścia?
Nigdy nie zrozumiem, dlaczego ludzie tak się torturują.
A Wy?
Ona w płacz. Że niby wszystko było pięknie, spędzili razem weekend, byli tu i tam, robili to i tamto, ale na sam koniec straszliwie się pokłócili. I że on się teraz nie odzywa, nie odpowiada na wiadomości, a miał do niej przyjechać w sobotę, ale pewnie nie przyjedzie, bo to już koniec. Co chwilę zerka z nadzieją na telefon, że może jednak, ale nie, nic tam nie ma, więc smutek i jeszcze więcej łez.
A ja czuję się, jakbym miała déjà vu. Bo to już chyba trzeci raz, albo i czwarty nawet.
Problem w tym, że oni się diametralnie od siebie różnią. Ona przejmuje się wszystkim, po nim wszystko spływa. Ona analizuje i dramatyzuje, on puszcza w niepamięć. Ona robi z igły widły, on zawsze widzi światło w tunelu. Więc kiedy się pokłócą, dla niego to tylko przelotna chmura na nieboskłonie ich związku, a dla niej - koniec świata.
Czy taka karuzela ma sens na dłuższą metę? Ano, według niej, ma.
Bo ona go kocha i nie wyobraża sobie życia bez niego. Choć bez niego pewnie rzadziej by płakała. Ale nic to, miłość jest warta tego, by wylać przez nią ocean łez, prawda?
Według mnie - niekoniecznie.
Ale może to ze mną jest coś nie tak. Bo przecież ludzie szaleją na punkcie miłości nie od dziś. Mówi się, że to ona sprawia, że świat się kręci. Na pewno sprawia, że kręci się szołbiznes. Wystarczy pomyśleć, ile o miłości napisano piosenek, od ckliwych, romantycznych ballad po gniewne porozstaniowe kawałki. A są przecież jeszcze filmy, książki, wiersze...
Miłość, o której piszą i śpiewają, zawsze jest wielka i wszechogarniająca. Ona nie może bez niego żyć, dla niego ona jest całym światem.
I tak sobie myślę, że to cholernie niebezpieczna i toksyczna sytuacja. Bo ludzie przychodzą i odchodzą, a miłość, która kiedyś płonęła żywym blaskiem, może się wypalić. Albo może zdarzyć się coś, co sprawi, że tej drugiej osoby zabraknie. Co wtedy? Podciąć sobie żyły, bo jak to tak, dalej iść przez życie bez niego/niej? Do końca życia rozpamiętywać dawne dzieje i nie pozwalać sobie na odrobinę szczęścia?
Nigdy nie zrozumiem, dlaczego ludzie tak się torturują.
A Wy?
Friday, 18 September 2015
Uciekanie
Ma dziwne, niepokojące sny.
Śni jej się, że ukradkiem pakuje walizki. Nie powiedziała mu, że się wyprowadza, że ma już nowe miejsce, całkiem niedaleko, wciąż w tym samym mieście, ale jednak gdzieś indziej. Nie zamierza mu mówić. Zniknie, nie robiąc wokół siebie zamieszania. Może kiedyś znów się spotkają, ale na razie musi się odciąć, dojść do siebie, wylizać rany...
Śnią jej się puste pomieszczenia, białe ściany, duże okna, przez które wpada blade światło poranka. Meandry korytarzy i schodów, łazienka ze staroświecką wanną. Wie, że to jest właśnie to miejsce. Przystanek. Nie wie, na jak długo.
Śnią jej się ludzie, o których przecież wcale nie myśli, a którzy jakimś cudem przecisnęli się do jej podświadomości. Pociąg sunie leniwie po szynach, jej torba jest pełna rzeczy, które za nic nie przydadzą jej się tam, gdzie jedzie. Nie przejmuje się tym; śmieje się, jest beztroska.
W prawdziwym życiu, na jawie, dawno taka nie była.
Budzi się, zdezorientowana, rozgląda dookoła. Przez chwilę myśli, że jest sama, że się udało; ale nie, on już wstał, słyszy go, jak gwiżdże, parząc poranną kawę.
Zbudowali ten dom razem, pełni nadziei, wierząc, że się ułoży. Lubi go, ale coraz częściej wydaje jej się, że to więzienie.
Mogłaby zostać, licząc na to, że jakoś to będzie. Że ten dziwny stan zawieszenia potrwa jeszcze długo. Ale wie, że to nie jest rozwiązanie.
Słyszy szczęk klucza w zamku. On wyszedł do pracy.
Wstaje i zaczyna pakować walizki.
Śni jej się, że ukradkiem pakuje walizki. Nie powiedziała mu, że się wyprowadza, że ma już nowe miejsce, całkiem niedaleko, wciąż w tym samym mieście, ale jednak gdzieś indziej. Nie zamierza mu mówić. Zniknie, nie robiąc wokół siebie zamieszania. Może kiedyś znów się spotkają, ale na razie musi się odciąć, dojść do siebie, wylizać rany...
Śnią jej się puste pomieszczenia, białe ściany, duże okna, przez które wpada blade światło poranka. Meandry korytarzy i schodów, łazienka ze staroświecką wanną. Wie, że to jest właśnie to miejsce. Przystanek. Nie wie, na jak długo.
Śnią jej się ludzie, o których przecież wcale nie myśli, a którzy jakimś cudem przecisnęli się do jej podświadomości. Pociąg sunie leniwie po szynach, jej torba jest pełna rzeczy, które za nic nie przydadzą jej się tam, gdzie jedzie. Nie przejmuje się tym; śmieje się, jest beztroska.
W prawdziwym życiu, na jawie, dawno taka nie była.
Budzi się, zdezorientowana, rozgląda dookoła. Przez chwilę myśli, że jest sama, że się udało; ale nie, on już wstał, słyszy go, jak gwiżdże, parząc poranną kawę.
Zbudowali ten dom razem, pełni nadziei, wierząc, że się ułoży. Lubi go, ale coraz częściej wydaje jej się, że to więzienie.
Mogłaby zostać, licząc na to, że jakoś to będzie. Że ten dziwny stan zawieszenia potrwa jeszcze długo. Ale wie, że to nie jest rozwiązanie.
Słyszy szczęk klucza w zamku. On wyszedł do pracy.
Wstaje i zaczyna pakować walizki.
Subscribe to:
Posts (Atom)






