Doszłam do wniosku, że nadal robię za mało, by się uszczęśliwić.
No bo tak: mam ochotę pojechać na festiwal, wyjść na imprezę czy koncert - ale z jakiegoś powodu rezygnuję, tłumacząc sobie, że pojadę następnym razem, pójdę kiedy indziej.
Koniec z tym, mili państwo. "Kiedy indziej" może nigdy nie nadejść.
Na Infest w tym roku nie zdążę. A szkoda. Ale może Whitby?
Thursday, 23 August 2012
Wednesday, 25 July 2012
Glupie pytania, glupie odpowiedzi.
Jeśli ktoś jeszcze spyta mnie, jak się czuję z trzydziestką na karku, przysięgam, że nie wyrobię.
Jak się czuję? Tak samo jak wcześniej, o. Nie nastąpiła we mnie żadna gwałtowna zmiana, nie przeżyłam momentu duchowego uniesienia z racji swojej nagle odkrytej dojrzałości ani też załamania psychicznego wywołanego nagłym uświadomieniem sobie, jaka jestem stara. Nie postanowiłam zmienić wszystkiego, od A do Z, w swoim życiu, nie podjęłam żadnej ważnej decyzji o ślubie, macierzyństwie, zmianie pracy czy miejsca zamieszkania. Poświętowałam, a potem wróciłam do domu z urlopu, wygłaskałam koty i poszlam na imprezę. I guzik mnie obchodzi, że paniom po trzydziestce nie wypada.
Jak się czuję? Tak samo jak wcześniej, o. Nie nastąpiła we mnie żadna gwałtowna zmiana, nie przeżyłam momentu duchowego uniesienia z racji swojej nagle odkrytej dojrzałości ani też załamania psychicznego wywołanego nagłym uświadomieniem sobie, jaka jestem stara. Nie postanowiłam zmienić wszystkiego, od A do Z, w swoim życiu, nie podjęłam żadnej ważnej decyzji o ślubie, macierzyństwie, zmianie pracy czy miejsca zamieszkania. Poświętowałam, a potem wróciłam do domu z urlopu, wygłaskałam koty i poszlam na imprezę. I guzik mnie obchodzi, że paniom po trzydziestce nie wypada.
Monday, 21 May 2012
Niewyrastanie.
Jestem już dużą dziewczynką, a duże dziewczynki nie jarają się grami komputerowymi. Nie spędzają długich godzin przed monitorem, rozczłonkowując potwory na rozmaite wymyślne sposoby. Nie piszczą z radości, kiedy uda im się znaleźć jakiś wypasiony przedmiot. Nie klną w żywy pień, kiedy ich postać wyzionie ducha.
Nie wypada, prawda?
A guzik!
Nie po to dwanaście lat czekałam na Diablo III, żeby teraz zbyć jego pojawienie się wzruszeniem ramion i stwierdzić, że to przecież dla dzieci. I tyle. Cytując klasyka, "bede gral(a) w gre", o.
Nie wypada, prawda?
A guzik!
Nie po to dwanaście lat czekałam na Diablo III, żeby teraz zbyć jego pojawienie się wzruszeniem ramion i stwierdzić, że to przecież dla dzieci. I tyle. Cytując klasyka, "bede gral(a) w gre", o.
Wednesday, 9 May 2012
Sowy, skowronki i wszystko pomiędzy
Lubię poranki. Nie mam nic przeciwko wstawaniu o świcie. Lubię usiąść na kanapie z książką, zanim Ł. się obudzi, zaczytać się, zapomnieć. Lubię rano zagnieść drożdżowe ciasto albo upiec chleb. Wyjść na spacer. Przejechać się gdzieś na rowerze. Albo nic nie robić.
Kiedy mówię komuś o tym, że z własnej woli wstaję o nieludzko wczesnej godzinie, nawet wtedy, kiedy nie muszę, robi wielkie oczy. Bo jak to tak: sobota, nie trzeba zrywać się wcześnie do pracy, można poleżeć pod kołdrą - a ja wyskakuję z łóżka, ledwo otworzę oczy (czyli zwykle okolo 5:00), choć nikt mnie do tego nie zmusza?
Ano, wyskakuję. Tak już mam. Od zawsze chyba. Dziecięciem będąc, wykradałam się z pokoju o poranku, wędrowałam do kuchni, w której stało moje male, odrapane biurko, siadałam przy nim i rysowałam albo namiętnie spisywałam wymyślone historie.
I tak już mi zostało.
Byłabym więc typowym skowronkiem, gdyby nie to, że wieczory też lubię. I jeśli wiem, że mogę sobie na to pozwolić, lubię posiedzieć z książką do późnych godzin nocnych. Albo, zdarza się, do świtu. Wtedy w ogóle nie kładę się spać. Nie opłaca się.
Znajomi pytają mnie czasem, skąd biorę czas na wszystkie te rzeczy, które robię. Kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że zwyczajnie oszczędzam na śnie.
Ani sowa więc, ani skowronek.
Skowa? Sowronek?
Wygląda na to, że umykanie wszelkim klasyfikacjom jest moją cechą wrodzoną.
Kiedy mówię komuś o tym, że z własnej woli wstaję o nieludzko wczesnej godzinie, nawet wtedy, kiedy nie muszę, robi wielkie oczy. Bo jak to tak: sobota, nie trzeba zrywać się wcześnie do pracy, można poleżeć pod kołdrą - a ja wyskakuję z łóżka, ledwo otworzę oczy (czyli zwykle okolo 5:00), choć nikt mnie do tego nie zmusza?
Ano, wyskakuję. Tak już mam. Od zawsze chyba. Dziecięciem będąc, wykradałam się z pokoju o poranku, wędrowałam do kuchni, w której stało moje male, odrapane biurko, siadałam przy nim i rysowałam albo namiętnie spisywałam wymyślone historie.
I tak już mi zostało.
Byłabym więc typowym skowronkiem, gdyby nie to, że wieczory też lubię. I jeśli wiem, że mogę sobie na to pozwolić, lubię posiedzieć z książką do późnych godzin nocnych. Albo, zdarza się, do świtu. Wtedy w ogóle nie kładę się spać. Nie opłaca się.
Znajomi pytają mnie czasem, skąd biorę czas na wszystkie te rzeczy, które robię. Kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że zwyczajnie oszczędzam na śnie.
Ani sowa więc, ani skowronek.
Skowa? Sowronek?
Wygląda na to, że umykanie wszelkim klasyfikacjom jest moją cechą wrodzoną.
Wednesday, 21 March 2012
O radości płynącej z czytania słów kilka
Odkąd pamiętam, odczuwam ogromny głód słowa pisanego. Rodzina zgodnie utrzymuje, że już jako czterolatka czytałam płynnie, bez sylabizowania i zatrzymywania się, by dokładniej zbadać literę czy słowo, a ja nie mam powodów, by im nie wierzyć. Wprawiałam się podobno na książeczkach dla dzieci oraz... niemieckich katalogach z wysyłkową modą, które namiętnie składowała moja babcia. Idąc z mamą na spacer, czytałam wszystko, od sklepowych szyldów po napisy na murach. Tak, te niecenzuralne też. Podejrzewam, że musialo to byc dość zabawne dla wszystkich, może z wyjątkiem mojej mamy, która pewnie niejednokrotnie marzyła o tym, by zapaść się pod ziemię.
Bylam częstym gościem w szkolnej bibliotece, ale wkrótce przestała mi ona wystarczać i zapisałam się do lokalnej, publicznej, a potem do jeszcze jednej. Potrafiłam pochłonąć 3-4 ksiązki w tydzień. Jeśli się nad tym zastanowić, nadal potrafię. Tu, na obczyźnie, też korzystam z bibliotek. Znajomość angielskiego jest moim błogosławieństwem.
Czytam prawie wszystko, od science fiction po współczesną beletrystykę, od biografii osób, które mnie interesują, po dobry horror, od kryminału po literaturę popularnonaukową. Treść jest, oczywiście, najważniejsza, ale niemal równie istotne są słowa, ich dobór, sposób, w jaki splatają się ze sobą w zdania. Są książki, które właśnie dzieki językowi, jakim zostały napisane, mają niezwykłą moc. Sa i takie, które tracą impet przez marne pióro autora. Nawet takie książki doczytuję jednak do końca. Wyjątkiem był "Zmierzch", który podsunęła mi koleżanka. Dobrnęłam gdzieś do sześćdziesiątej strony i zrezygnowałam. Wciąż nie rozumiem popularności tej serii, choć pewnie gdybym miala 14 czy 15 lat, bylabym nią zachwycona.
Wiem, że nie powinno mi byc żal ludzi, którzy nie czytają, ale jednak jest. Nigdy nie odwiedzą tych wszystkich światów, nie poznają całej rzeszy niezwykłych postaci, nie dadzą się porwać prądowi historii. Ich wybór, wiem, ale zastanawiam się, czy wiedzą, jak wiele tracą.
Ja karmię się słowem pisanym, jest mi potrzebne do życia jak powietrze. I pewnie kiedy przyjdzie mi umrzeć, wyzionę ducha z książką w reku.
To wcale nie byłaby taka zła śmierć.
Bylam częstym gościem w szkolnej bibliotece, ale wkrótce przestała mi ona wystarczać i zapisałam się do lokalnej, publicznej, a potem do jeszcze jednej. Potrafiłam pochłonąć 3-4 ksiązki w tydzień. Jeśli się nad tym zastanowić, nadal potrafię. Tu, na obczyźnie, też korzystam z bibliotek. Znajomość angielskiego jest moim błogosławieństwem.
Czytam prawie wszystko, od science fiction po współczesną beletrystykę, od biografii osób, które mnie interesują, po dobry horror, od kryminału po literaturę popularnonaukową. Treść jest, oczywiście, najważniejsza, ale niemal równie istotne są słowa, ich dobór, sposób, w jaki splatają się ze sobą w zdania. Są książki, które właśnie dzieki językowi, jakim zostały napisane, mają niezwykłą moc. Sa i takie, które tracą impet przez marne pióro autora. Nawet takie książki doczytuję jednak do końca. Wyjątkiem był "Zmierzch", który podsunęła mi koleżanka. Dobrnęłam gdzieś do sześćdziesiątej strony i zrezygnowałam. Wciąż nie rozumiem popularności tej serii, choć pewnie gdybym miala 14 czy 15 lat, bylabym nią zachwycona.
Wiem, że nie powinno mi byc żal ludzi, którzy nie czytają, ale jednak jest. Nigdy nie odwiedzą tych wszystkich światów, nie poznają całej rzeszy niezwykłych postaci, nie dadzą się porwać prądowi historii. Ich wybór, wiem, ale zastanawiam się, czy wiedzą, jak wiele tracą.
Ja karmię się słowem pisanym, jest mi potrzebne do życia jak powietrze. I pewnie kiedy przyjdzie mi umrzeć, wyzionę ducha z książką w reku.
To wcale nie byłaby taka zła śmierć.
Subscribe to:
Posts (Atom)