Lubię poranki. Nie mam nic przeciwko wstawaniu o świcie. Lubię usiąść na kanapie z książką, zanim Ł. się obudzi, zaczytać się, zapomnieć. Lubię rano zagnieść drożdżowe ciasto albo upiec chleb. Wyjść na spacer. Przejechać się gdzieś na rowerze. Albo nic nie robić.
Kiedy mówię komuś o tym, że z własnej woli wstaję o nieludzko wczesnej godzinie, nawet wtedy, kiedy nie muszę, robi wielkie oczy. Bo jak to tak: sobota, nie trzeba zrywać się wcześnie do pracy, można poleżeć pod kołdrą - a ja wyskakuję z łóżka, ledwo otworzę oczy (czyli zwykle okolo 5:00), choć nikt mnie do tego nie zmusza?
Ano, wyskakuję. Tak już mam. Od zawsze chyba. Dziecięciem będąc, wykradałam się z pokoju o poranku, wędrowałam do kuchni, w której stało moje male, odrapane biurko, siadałam przy nim i rysowałam albo namiętnie spisywałam wymyślone historie.
I tak już mi zostało.
Byłabym więc typowym skowronkiem, gdyby nie to, że wieczory też lubię. I jeśli wiem, że mogę sobie na to pozwolić, lubię posiedzieć z książką do późnych godzin nocnych. Albo, zdarza się, do świtu. Wtedy w ogóle nie kładę się spać. Nie opłaca się.
Znajomi pytają mnie czasem, skąd biorę czas na wszystkie te rzeczy, które robię. Kiedy się nad tym zastanawiam, dochodzę do wniosku, że zwyczajnie oszczędzam na śnie.
Ani sowa więc, ani skowronek.
Skowa? Sowronek?
Wygląda na to, że umykanie wszelkim klasyfikacjom jest moją cechą wrodzoną.
Wednesday, 9 May 2012
Wednesday, 21 March 2012
O radości płynącej z czytania słów kilka
Odkąd pamiętam, odczuwam ogromny głód słowa pisanego. Rodzina zgodnie utrzymuje, że już jako czterolatka czytałam płynnie, bez sylabizowania i zatrzymywania się, by dokładniej zbadać literę czy słowo, a ja nie mam powodów, by im nie wierzyć. Wprawiałam się podobno na książeczkach dla dzieci oraz... niemieckich katalogach z wysyłkową modą, które namiętnie składowała moja babcia. Idąc z mamą na spacer, czytałam wszystko, od sklepowych szyldów po napisy na murach. Tak, te niecenzuralne też. Podejrzewam, że musialo to byc dość zabawne dla wszystkich, może z wyjątkiem mojej mamy, która pewnie niejednokrotnie marzyła o tym, by zapaść się pod ziemię.
Bylam częstym gościem w szkolnej bibliotece, ale wkrótce przestała mi ona wystarczać i zapisałam się do lokalnej, publicznej, a potem do jeszcze jednej. Potrafiłam pochłonąć 3-4 ksiązki w tydzień. Jeśli się nad tym zastanowić, nadal potrafię. Tu, na obczyźnie, też korzystam z bibliotek. Znajomość angielskiego jest moim błogosławieństwem.
Czytam prawie wszystko, od science fiction po współczesną beletrystykę, od biografii osób, które mnie interesują, po dobry horror, od kryminału po literaturę popularnonaukową. Treść jest, oczywiście, najważniejsza, ale niemal równie istotne są słowa, ich dobór, sposób, w jaki splatają się ze sobą w zdania. Są książki, które właśnie dzieki językowi, jakim zostały napisane, mają niezwykłą moc. Sa i takie, które tracą impet przez marne pióro autora. Nawet takie książki doczytuję jednak do końca. Wyjątkiem był "Zmierzch", który podsunęła mi koleżanka. Dobrnęłam gdzieś do sześćdziesiątej strony i zrezygnowałam. Wciąż nie rozumiem popularności tej serii, choć pewnie gdybym miala 14 czy 15 lat, bylabym nią zachwycona.
Wiem, że nie powinno mi byc żal ludzi, którzy nie czytają, ale jednak jest. Nigdy nie odwiedzą tych wszystkich światów, nie poznają całej rzeszy niezwykłych postaci, nie dadzą się porwać prądowi historii. Ich wybór, wiem, ale zastanawiam się, czy wiedzą, jak wiele tracą.
Ja karmię się słowem pisanym, jest mi potrzebne do życia jak powietrze. I pewnie kiedy przyjdzie mi umrzeć, wyzionę ducha z książką w reku.
To wcale nie byłaby taka zła śmierć.
Bylam częstym gościem w szkolnej bibliotece, ale wkrótce przestała mi ona wystarczać i zapisałam się do lokalnej, publicznej, a potem do jeszcze jednej. Potrafiłam pochłonąć 3-4 ksiązki w tydzień. Jeśli się nad tym zastanowić, nadal potrafię. Tu, na obczyźnie, też korzystam z bibliotek. Znajomość angielskiego jest moim błogosławieństwem.
Czytam prawie wszystko, od science fiction po współczesną beletrystykę, od biografii osób, które mnie interesują, po dobry horror, od kryminału po literaturę popularnonaukową. Treść jest, oczywiście, najważniejsza, ale niemal równie istotne są słowa, ich dobór, sposób, w jaki splatają się ze sobą w zdania. Są książki, które właśnie dzieki językowi, jakim zostały napisane, mają niezwykłą moc. Sa i takie, które tracą impet przez marne pióro autora. Nawet takie książki doczytuję jednak do końca. Wyjątkiem był "Zmierzch", który podsunęła mi koleżanka. Dobrnęłam gdzieś do sześćdziesiątej strony i zrezygnowałam. Wciąż nie rozumiem popularności tej serii, choć pewnie gdybym miala 14 czy 15 lat, bylabym nią zachwycona.
Wiem, że nie powinno mi byc żal ludzi, którzy nie czytają, ale jednak jest. Nigdy nie odwiedzą tych wszystkich światów, nie poznają całej rzeszy niezwykłych postaci, nie dadzą się porwać prądowi historii. Ich wybór, wiem, ale zastanawiam się, czy wiedzą, jak wiele tracą.
Ja karmię się słowem pisanym, jest mi potrzebne do życia jak powietrze. I pewnie kiedy przyjdzie mi umrzeć, wyzionę ducha z książką w reku.
To wcale nie byłaby taka zła śmierć.
Wednesday, 29 February 2012
Peszyn for feszyn?
Za każdym razem, gdy odwiedzam London Fashion Weekend - a odwiedzam regularnie, co pół roku, od ładnych paru lat - dochodzę do kilku wniosków.
Pierwszy to ten, że średnia wieku uczestników spada z sezonu na sezon. Kiedyś przychodzily głównie nastoletnie dziewczyny i młode dwudziestokilkuletnie kobiety. W ubiegłą niedzielę roiło się od na oko dziesięcioletnich dziewczynek. Co gorsza, wspomniane dziewczynki wyglądały jak miniaturowe kopie ich chudych, wypacykowanych i wystylizowanych do granic mozliwosci mam. Sama nie wiem, czy bardziej mnie to bawi, czy przeraża. Bo z jednej strony dobrze, że przynajmniej żeńska część brytyjskiego społeczeństwa wysysa zamiłowanie do mody z mlekiem matki, ale z drugiej - czy oglądanie pokazów mody może nie odcisnąć swego piętna na małych dziewczynkach, popychając niektóre z nich w kościste ramiona zaburzeż odżywiania?
Drugi: choć uwielbiam wiosnę i lato, to jednak jeśli idzie o modę, zdecydowanie preferuję tę jesienno-zimową. Pastele, kwiatowe wzory i zwiewne, dziewczęce sukienki mają swój urok, ale wolę na nie patrzeć niż nosić. Lato spędzam w długich, prostych, czarnych kieckach: ot, wkładam, obwieszam się biżuterią, zakładam na nos wielkie okulary - i tyle. Podziwiam dziewczyny, które potrafią bawić się letnią modą. Dla mnie zabawa zaczyna się wtedy, kiedy w sklepach pojawiają się ubrania z cięższych materiałów w ciemnych kolorach. Kiedy można, a nawet trzeba ubrać się "na cebulkę". Kiedy ciężkie buciory stają się nieodłącznym elementem stroju. I choć zimy w mieście nie znoszę, zimowa moda to zupelnie inna sprawa.
I trzeci: albo zrobiłam się bardziej wybredna, albo wyleczyłam się z kompulsywnego kupowania. Podziwiam ubrania na wieszakach, wzdycham na widok pięknych torebek i uśmiecham się do butów na niebotycznych koturnach, ale... Na tym się kończy. Nie sięgam już, jak dawniej, po kartę kredytową. To chyba dobry znak.
Pierwszy to ten, że średnia wieku uczestników spada z sezonu na sezon. Kiedyś przychodzily głównie nastoletnie dziewczyny i młode dwudziestokilkuletnie kobiety. W ubiegłą niedzielę roiło się od na oko dziesięcioletnich dziewczynek. Co gorsza, wspomniane dziewczynki wyglądały jak miniaturowe kopie ich chudych, wypacykowanych i wystylizowanych do granic mozliwosci mam. Sama nie wiem, czy bardziej mnie to bawi, czy przeraża. Bo z jednej strony dobrze, że przynajmniej żeńska część brytyjskiego społeczeństwa wysysa zamiłowanie do mody z mlekiem matki, ale z drugiej - czy oglądanie pokazów mody może nie odcisnąć swego piętna na małych dziewczynkach, popychając niektóre z nich w kościste ramiona zaburzeż odżywiania?
Drugi: choć uwielbiam wiosnę i lato, to jednak jeśli idzie o modę, zdecydowanie preferuję tę jesienno-zimową. Pastele, kwiatowe wzory i zwiewne, dziewczęce sukienki mają swój urok, ale wolę na nie patrzeć niż nosić. Lato spędzam w długich, prostych, czarnych kieckach: ot, wkładam, obwieszam się biżuterią, zakładam na nos wielkie okulary - i tyle. Podziwiam dziewczyny, które potrafią bawić się letnią modą. Dla mnie zabawa zaczyna się wtedy, kiedy w sklepach pojawiają się ubrania z cięższych materiałów w ciemnych kolorach. Kiedy można, a nawet trzeba ubrać się "na cebulkę". Kiedy ciężkie buciory stają się nieodłącznym elementem stroju. I choć zimy w mieście nie znoszę, zimowa moda to zupelnie inna sprawa.
I trzeci: albo zrobiłam się bardziej wybredna, albo wyleczyłam się z kompulsywnego kupowania. Podziwiam ubrania na wieszakach, wzdycham na widok pięknych torebek i uśmiecham się do butów na niebotycznych koturnach, ale... Na tym się kończy. Nie sięgam już, jak dawniej, po kartę kredytową. To chyba dobry znak.
Thursday, 9 February 2012
Idealna kobieta.
Zawsze miła, grzeczna, usłużna i uśmiechnięta. Nigdy się nie skarży i nigdy, ale to przenigdy się nie zlosci, bo przecież złość piękności szkodzi, a od dziecinstwa powtarzali jej, że uroda to jej największy skarb. Zadbana, czyli szczupła, ale kształtna, przystrzyżona tu i ówdzie, spiłowana, umalowana i ubrana skromnie, ale z klasą. Elegancka, ale nie na tyle, by swoją elegancją zastraszać facetów.
Musi być na tyle inteligentna, by nie ośmieszyć swojego mężczyzny w towarzystwie, ale bez przesady, bo to przecież on ma błyszczeć. Musi pracować, ale w żadnym wypadku nie wolno jej zarabiać wiecej niż zarabia on, bo to przecież nie wypada i tyle. Nie wolno jej kląć, palić i pić, za to wypada przymykać oko, kiedy jej mężczyzna to robi. W końcu jest facetem, więc mu wolno.
Czy wspomniałam już, że koniecznie musi kogoś mieć? No wiec: musi. Bez mężczyzny z pewnoscia uschnie albo, co gorsza, uświadomi sobie, ile jest warta i zacznie robić coś dla siebie. To niebezpieczne. Lepiej, by nadal stawiała cudze potrzeby przed własnymi i brała na swoje barki ciężar wszystkich obowiązków. Jeśli przy tym wszystkim nadal będzie wyglądać nienagannie i uśmiechać się uroczo, może nawet zasłuży na pochwałę.
Musi miec własne zainteresowania. Najlepiej, jeśli będą przypadkiem wiązać się z utrzymaniem porządku w domu, wychowaniem dzieci i dbaniem o pełny brzuch faceta. Nie powinna interesowac sie męskimi sprawami, takimi jak samochody i sport. A jeśli nawet wie, co to spalony, niewskazane jest, by się tą wiedzą chwaliła. To takie niekobiece.
Kobieta idealna musi byc doskonałą żoną, matką, kochanką i gospodynią. Musi zachowywać się jak dama, uwodzic jak luksusowa kurtyzana, harowac jak koń i szczerzyć się jak kot z Cheshire. Kobieta idealna to ponury mit, na który tak wiele z nas daje się zlapac, nie zauważając nawet, jak się wypalamy.
Mowi się, że ideały nie istnieją. Uwierzmy w to i przestańmy próbować się nimi stać.
Musi być na tyle inteligentna, by nie ośmieszyć swojego mężczyzny w towarzystwie, ale bez przesady, bo to przecież on ma błyszczeć. Musi pracować, ale w żadnym wypadku nie wolno jej zarabiać wiecej niż zarabia on, bo to przecież nie wypada i tyle. Nie wolno jej kląć, palić i pić, za to wypada przymykać oko, kiedy jej mężczyzna to robi. W końcu jest facetem, więc mu wolno.
Czy wspomniałam już, że koniecznie musi kogoś mieć? No wiec: musi. Bez mężczyzny z pewnoscia uschnie albo, co gorsza, uświadomi sobie, ile jest warta i zacznie robić coś dla siebie. To niebezpieczne. Lepiej, by nadal stawiała cudze potrzeby przed własnymi i brała na swoje barki ciężar wszystkich obowiązków. Jeśli przy tym wszystkim nadal będzie wyglądać nienagannie i uśmiechać się uroczo, może nawet zasłuży na pochwałę.
Musi miec własne zainteresowania. Najlepiej, jeśli będą przypadkiem wiązać się z utrzymaniem porządku w domu, wychowaniem dzieci i dbaniem o pełny brzuch faceta. Nie powinna interesowac sie męskimi sprawami, takimi jak samochody i sport. A jeśli nawet wie, co to spalony, niewskazane jest, by się tą wiedzą chwaliła. To takie niekobiece.
Kobieta idealna musi byc doskonałą żoną, matką, kochanką i gospodynią. Musi zachowywać się jak dama, uwodzic jak luksusowa kurtyzana, harowac jak koń i szczerzyć się jak kot z Cheshire. Kobieta idealna to ponury mit, na który tak wiele z nas daje się zlapac, nie zauważając nawet, jak się wypalamy.
Mowi się, że ideały nie istnieją. Uwierzmy w to i przestańmy próbować się nimi stać.
Wednesday, 8 February 2012
Roweradość
Kiedy nie pedałuję, usycham. Robię sie ospała, zrzędliwa, nieszczęśliwa. Dlatego trudno się dziwić, że wczorajsza awaria moich dwóch kółek wprawiła mnie w podły humor. Mam cichą nadzieję, że usterkę da się jeszcze naprawić. Z drugiej strony, jeśli się nie da, będe miała pretekst do nabycia nowych dwóch kółek...
Znajomi stukają się w glowy i wytrzeszczają oczy ze zdumienia, kiedy mówię im, że jeżdżę na rowerze do pracy bez względu na porę roku. No bo jak to: jesienią, kiedy pada? Albo zimą, kiedy temperatury spadaja do przerażających -2 stopni? W dodatku 16 kilometrów w jedną stronę? Toż to przecież istne szaleństwo!
A ja po prostu to lubię. Bo bycie zależną od kapryśnego publicznego transportu średnio mi odpowiada - na rowerze zawsze wiem, jak długo zajmie mi podróż do pracy albo do domu. Bo fajnie się czasem trochę zmęczyć. Bo oszczędność pieniędzy i czasu też nie jest bez znaczenia. No i mogę zjeść trochę więcej i nie odłoży mi się w biodrach.
Słowem: same plusy!
Trzymajcie więc kciuki za szybkie ozdrowienie mojego dwukołowego rumaka. I za to, bym jak najszybciej znów poczuła roweradość.
Znajomi stukają się w glowy i wytrzeszczają oczy ze zdumienia, kiedy mówię im, że jeżdżę na rowerze do pracy bez względu na porę roku. No bo jak to: jesienią, kiedy pada? Albo zimą, kiedy temperatury spadaja do przerażających -2 stopni? W dodatku 16 kilometrów w jedną stronę? Toż to przecież istne szaleństwo!
A ja po prostu to lubię. Bo bycie zależną od kapryśnego publicznego transportu średnio mi odpowiada - na rowerze zawsze wiem, jak długo zajmie mi podróż do pracy albo do domu. Bo fajnie się czasem trochę zmęczyć. Bo oszczędność pieniędzy i czasu też nie jest bez znaczenia. No i mogę zjeść trochę więcej i nie odłoży mi się w biodrach.
Słowem: same plusy!
Trzymajcie więc kciuki za szybkie ozdrowienie mojego dwukołowego rumaka. I za to, bym jak najszybciej znów poczuła roweradość.
Subscribe to:
Posts (Atom)