Tuesday, 18 August 2015

Przeliczeni

Ona liczyła na to, że on się zmieni. Po ślubie, po dziecku. Że przestanie wychodzić z kumplami na piwo, wydawać pieniądze na rzeczy przyjemne, acz niekonieczne, grać w gry na konsoli, imprezować. Że stanie się stateczny, dojrzały i spokojny. Że będzie innym mężczyzną.

On liczył na to, że ona się nie zmieni. Że ślub i dziecko nie zrobi z niej kury domowej, matki Polki cierpiętnicy. Że wciąż będą czasem wychodzić razem do pubu, do kina. Że doceni jego drobne prezenty, bez których mogłaby się obejść, ale które kiedyś ją cieszyły. Że będzie wciąż tą samą kobietą.

I tak patrzą na siebie z coraz większą niechęcią, skaczą sobie do gardeł, trzaskają drzwiami, tłuką talerze. Albo w ogóle nie odzywają się do siebie. Cisza w powietrzu nie wróży dobrze.

Oboje się przeliczyli.

Monday, 13 April 2015

Wiosenne porządki

W końcu to zrobiłam. Przejrzałam zawartość szafy i pozbyłam się rzeczy, których nie noszę z tych czy innych względów. Tak, nawet tej spódniczki, w którą się nie mieszczę. Wisiała tak od lat jak jakiś smętny wyrzut sumienia, przypominając mi o tym, że planowałam się odchudzać. Plany planami, a jedzenie takie dobre...

No więc wyrzuciłam, bo już nie mogłam na nią patrzeć.

A jeśli zmaleje mi dupsko, kupię sobie nową, o.

Nie wyrzuciłam tylko mojej ukochanej bluzy, która kiedyś była czarna, a teraz jest szara, znoszona i udekorowana kilkoma dziurami. Nie mogę i już. Tłumaczę sobie, że przecież nie zajmuje dużo miejsca, że włożę ją pewnie jeszcze kilka razy, mimo złachania i ogólnej szmatławości, że mogę zaszyć dziury i pofarbować na nowo (czego pewnie i tak nie zrobię, bo z igłą i nitką mi nie po drodze, a za farbowanie wolę się nie zabierać, bo pewnie źle by się to skończyło).

Może kiedyś wyrzucę. Istnieje jednak szansa, że zamiast tego schowam ją w najgłębszym kącie szafy, ot tak, na pamiątkę.

Macie w swoich szafach takie rzeczy, z którymi nie możecie się rozstać? Rzeczy, które mają dla Was szczególną wartość? Rzeczy, z którymi wiążą się historie, wspomnienia, miłe myśli? Rzeczy, które przeżyły już niejedną garderobianą czystkę?

Jeśli macie - to żaden powód do wstydu. Każdy bywa czasem sentymentalny.

Można zacząć się martwić, jeśli takie zachowane z sentymentu fatałaszki stanowią połowę zawartości szafy.

To samo dotyczy ludzi, z którymi zadajemy się wyłącznie z sentymentu, przez wzgląd na stare dzieje. Ale to już temat na inną notkę...

Friday, 20 March 2015

Nie-normalnienie

Czasem bywa tak, że przez długi czas nic się nie dzieje, w ogóle brak akcji jest, a potem nagle - bam! - dzieje się bardzo dużo.

No więc taka mini-lawina dziwnych objawień w tym tygodniu: najpierw jeden znajomy oznajmił mi, że znudziła go szeroko pojęta scena gotycka, więc przechodzi na emeryturę. Potem inna koleżanka stwierdziła, że chyba wyrosła z alternatywnych ciuchów i planuje zacząć ubierać się "normalnie". Ciekawostka: oboje wspomniani ludzie są młodsi ode mnie o więcej niż dekadę. No, ale mniejsza.

Spoko, rozumiem, nie ma nic złego w normalnieniu. Ba, sama próbowałam swego czasu (z marnym skutkiem, dodam) znormalnieć, przynajmniej jeśli idzie o warstwę zewnętrzną. To chyba naturalne, że od czasu do czasu człowieka nachodzi ochota, żeby zburzyć się całkowicie i zbudować na nowo. Ot, reinwencja siebie. Normalka.

Ja już chyba skończyłam z próbowaniem. Nie zostanę normcorem, nie podczepię się pod żaden nowy trend, nie będę kombinować z przebieraniem się za kogoś, kim nie jestem. Podejrzewam, że na starość, jeśli takowej dożyję, będę tą ekscentryczną, pomarszczoną panią, którą można rozpoznać z daleka.




Jeśli to tylko faza, to niech sobie trwa.

Coś się we mnie gotuje, kiedy słyszę, czego nie wypada kobietom w pewnym wieku. Że szorty czy mini po trzydziestce odpadają, że po czterdziestce, bogowie uchowajcie, żadnych trampek i T-shirtów z nadrukami, a po pięćdziesiątce absolutnie żadnych jeansów. Że w pewnym wieku nie ma zmiłuj i trzeba ściąć włosy krótko, unikać czerni, bo postarza, nosić perły i buty na "kaczuszce", ewentualnie mokasyny. Że przychodzi taki moment, kiedy trzeba zrezygnować z rozrywek dla młodych, czyli koncertów i imprez, bo to wstyd, taka stara baba, co ludzie powiedzą.

Ja jeszcze może stara nie jestem, ale kiedy już będę (a nie mam złudzeń, że nastąpi to raczej prędzej, niż później), za żadne skarby nie zamierzam z niczego rezygnować.

I tyle na ten temat.




Wednesday, 25 February 2015

Zróbmy sobie dobrze.

Wieść gminna niesie, że dziś obchodzimy Dzień Masturbacji.

Nie wiem jak Wy, ale ja nadal nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, że kobieca masturbacja nadal jest tematem tabu. Spójrzmy chociażby na świat filmu: w byle komedyjce dla średnio rozgarniętej młodzieży scena, w której główny bohater rozmawia z kumplami o tym, jak często, jak długo i o kim myślą w trakcie, to już chyba klasyk. Ba, panowie na ekranie radośnie trzepią kapucyna, walą gruchę, biją konia, pieszczą dzidę, jadą na ręcznym, brandzlują się i fapują do woli - i nikt jakoś w to nie wnika. Dziewczyna robiąca sobie dobrze w filmie? Tfu, bezbożnica! Wstyd, grzech i sromota.

Czy wiedzieliście, że film "Jersey Girl" niemal dorobił się kategorii wiekowej R, bo Liv Tyler mówi w nim o masturbacji? Nie, nic nie robi, po prostu przyznaje się do onanizowania się średnio dwa razy dziennie. To wystarczyło, by spece od klasyfikowania filmów podnieśli larum.

Z kolei bohaterka szturmującego kina "50 Shades of Grey" jakimś cudem przeżyła 21 lat, ani razu nie dotykając się "tam na dole". To, że jest jeszcze dziewicą, jestem w stanie jakoś zrozumieć, podobnie jak brak konta na Facebooku, ale kompletny brak zainteresowania własnym ciałem i tym, co sprawia mu przyjemność, jest dla mnie totalnie niewiarygodny.

Z drugiej strony obawiam się, że takich jak ona jeszcze trochę zostało...

Spójrzmy prawdzie w oczy: w okresie dojrzewania mało która z nas mogła porozmawiać z kimś o masturbacji. Czy to w szkole, czy w domu, temat praktycznie nie istniał. Cóż było robić, trzeba było odkrywać świat sprawiania sobie przyjemności na własną, nomen omen, rękę. Pół biedy, jeśli temat seksu nie był w domu rodzinnym kompletnym tabu, ale przecież zdarzały się (i nadal pewnie się zdarzają) takie domy, gdzie córka przyłapana na robieniu sobie dobrze dostawała po łapach. No a jak już dostała raz i drugi, jak się nasłuchała, że to grzech i że lepiej niech się zajmie szydełkowaniem, klepaniem zdrowasiek albo pieczeniem ciasteczek, to w końcu zaczęła w to wierzyć. A potem, po latach, dziwi się, że seks jej nie kręci. Jak ma kręcić, skoro nie miała szans nauczyć się, co jej się podoba i co sprawia jej przyjemność?

A przecież masturbacja ma mnóstwo zalet. Dzięki niej uczymy się reakcji naszego ciała na różne rodzaje przyjemności i pieszczot. Doprowadzając się do orgazmu, odstresowujemy się i relaksujemy. Rozładowujemy napięcie seksualne i frustrację. Niektórzy naukowcy twierdzą, że regularne onanizowanie się może chronić przed cukrzycą, depresją, nowotworami i bezsennością.

No i przede wszystkim to nielicha frajda!

A teraz wybaczcie, świętowanie wzywa ;)





Saturday, 14 February 2015

Miłość po grób

Walentynki. Tak się jakoś utarło, że ludzie albo szaleją za tym świętem, albo z całego serca go nie znoszą. Ja nie należę do żadnego z tych dwóch skrajnych obozów. Niektóre walentynkowe kartki wywołują uśmiech na mojej twarzy, a do tego lubię dawać prezenty, więc wychodzę z założenia, że każda okazja jest dobra. Z drugiej strony, nie mogę pojąć, kto przy zdrowych zmysłach chciałby wydać małą fortunę na niekoniecznie wyjątkowo pyszną kolację w pełnej różowych baloników w kształcie serc restauracji tylko dlatego, że w TEN dzień tak się robi i już.

Ale cóż, różni ludzie, różne potrzeby.

Nie wiem, czy to wina wszechobecnych w okolicach 14 lutego serduszek, czerwonych róż i amorków, ale jakoś tak się składa, że w tym okresie nachodzą mnie różne refleksje na temat miłości. I dziś też mnie jedna naszła.

Doszłam mianowicie do wniosku, że wierzę w miłość. Także w taką do grobowej deski, mocniejszą z każdym rokiem, nie uginającą się w obliczu trudności. Wierzę, że można spotkać na swojej drodze kogoś, z kim będzie się chciało przeżyć całe życie.

Ale nie da się tego zrobić, jeśli najpierw nie pokocha się siebie.

My, kobiety, jesteśmy wobec siebie wyjątkowo surowe i wymagające. Wściekamy się na siebie za najdrobniejsze potknięcia, krzywimy się, spoglądając w lustro (bo tu fałdka, tam zmarszczka, a tutaj siwy włos), powtarzamy sobie, że nie umiemy, nie damy rady, nie jesteśmy wystarczająco ładne, sprytne, silne, mądre. Na błędy i niedociągnięcia innych przymykamy oko, ale sobie darować nie potrafimy. Przekonane o własnej bezwartościowości, robimy się coraz bardziej nieszczęśliwe. Jednocześnie wciąż czekamy, aż pojawi się rycerz na białym rumaku, który spojrzy nam w oczy, zobaczy, że jesteśmy wyjątkowe, i odmieni nasze życie.

Ale komu by się chciało spoglądać w oczy kogoś, kto wciąż smutno wpatruje się w czubki swoich butów?

Wydaje mi się, że ludzie, którzy lubią siebie, są też bardziej lubiani przez innych. Sama jeszcze nie osiągnęłam tego stanu, miewam momenty zwątpienia, ale wierzę, że prędzej czy później nauczę się patrzeć na siebie z miłością. I że będzie to miłość po grób.

Tak więc, drodzy moi, zanim ktoś się w was zakocha, spróbujcie zakochać się w sobie! Nawet jeśli to nie sprawi, że zakocha się w was ktoś jeszcze, na pewno będziecie szczęśliwsi :)