Czasem bywa tak, że przez długi czas nic się nie dzieje, w ogóle brak akcji jest, a potem nagle - bam! - dzieje się bardzo dużo.
No więc taka mini-lawina dziwnych objawień w tym tygodniu: najpierw jeden znajomy oznajmił mi, że znudziła go szeroko pojęta scena gotycka, więc przechodzi na emeryturę. Potem inna koleżanka stwierdziła, że chyba wyrosła z alternatywnych ciuchów i planuje zacząć ubierać się "normalnie". Ciekawostka: oboje wspomniani ludzie są młodsi ode mnie o więcej niż dekadę. No, ale mniejsza.
Spoko, rozumiem, nie ma nic złego w normalnieniu. Ba, sama próbowałam swego czasu (z marnym skutkiem, dodam) znormalnieć, przynajmniej jeśli idzie o warstwę zewnętrzną. To chyba naturalne, że od czasu do czasu człowieka nachodzi ochota, żeby zburzyć się całkowicie i zbudować na nowo. Ot, reinwencja siebie. Normalka.
Ja już chyba skończyłam z próbowaniem. Nie zostanę normcorem, nie podczepię się pod żaden nowy trend, nie będę kombinować z przebieraniem się za kogoś, kim nie jestem. Podejrzewam, że na starość, jeśli takowej dożyję, będę tą ekscentryczną, pomarszczoną panią, którą można rozpoznać z daleka.
Jeśli to tylko faza, to niech sobie trwa.
Coś się we mnie gotuje, kiedy słyszę, czego nie wypada kobietom w pewnym wieku. Że szorty czy mini po trzydziestce odpadają, że po czterdziestce, bogowie uchowajcie, żadnych trampek i T-shirtów z nadrukami, a po pięćdziesiątce absolutnie żadnych jeansów. Że w pewnym wieku nie ma zmiłuj i trzeba ściąć włosy krótko, unikać czerni, bo postarza, nosić perły i buty na "kaczuszce", ewentualnie mokasyny. Że przychodzi taki moment, kiedy trzeba zrezygnować z rozrywek dla młodych, czyli koncertów i imprez, bo to wstyd, taka stara baba, co ludzie powiedzą.
Ja jeszcze może stara nie jestem, ale kiedy już będę (a nie mam złudzeń, że nastąpi to raczej prędzej, niż później), za żadne skarby nie zamierzam z niczego rezygnować.
I tyle na ten temat.
Friday, 20 March 2015
Wednesday, 25 February 2015
Zróbmy sobie dobrze.
Wieść gminna niesie, że dziś obchodzimy Dzień Masturbacji.
Nie wiem jak Wy, ale ja nadal nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, że kobieca masturbacja nadal jest tematem tabu. Spójrzmy chociażby na świat filmu: w byle komedyjce dla średnio rozgarniętej młodzieży scena, w której główny bohater rozmawia z kumplami o tym, jak często, jak długo i o kim myślą w trakcie, to już chyba klasyk. Ba, panowie na ekranie radośnie trzepią kapucyna, walą gruchę, biją konia, pieszczą dzidę, jadą na ręcznym, brandzlują się i fapują do woli - i nikt jakoś w to nie wnika. Dziewczyna robiąca sobie dobrze w filmie? Tfu, bezbożnica! Wstyd, grzech i sromota.
Czy wiedzieliście, że film "Jersey Girl" niemal dorobił się kategorii wiekowej R, bo Liv Tyler mówi w nim o masturbacji? Nie, nic nie robi, po prostu przyznaje się do onanizowania się średnio dwa razy dziennie. To wystarczyło, by spece od klasyfikowania filmów podnieśli larum.
Z kolei bohaterka szturmującego kina "50 Shades of Grey" jakimś cudem przeżyła 21 lat, ani razu nie dotykając się "tam na dole". To, że jest jeszcze dziewicą, jestem w stanie jakoś zrozumieć, podobnie jak brak konta na Facebooku, ale kompletny brak zainteresowania własnym ciałem i tym, co sprawia mu przyjemność, jest dla mnie totalnie niewiarygodny.
Z drugiej strony obawiam się, że takich jak ona jeszcze trochę zostało...
Spójrzmy prawdzie w oczy: w okresie dojrzewania mało która z nas mogła porozmawiać z kimś o masturbacji. Czy to w szkole, czy w domu, temat praktycznie nie istniał. Cóż było robić, trzeba było odkrywać świat sprawiania sobie przyjemności na własną, nomen omen, rękę. Pół biedy, jeśli temat seksu nie był w domu rodzinnym kompletnym tabu, ale przecież zdarzały się (i nadal pewnie się zdarzają) takie domy, gdzie córka przyłapana na robieniu sobie dobrze dostawała po łapach. No a jak już dostała raz i drugi, jak się nasłuchała, że to grzech i że lepiej niech się zajmie szydełkowaniem, klepaniem zdrowasiek albo pieczeniem ciasteczek, to w końcu zaczęła w to wierzyć. A potem, po latach, dziwi się, że seks jej nie kręci. Jak ma kręcić, skoro nie miała szans nauczyć się, co jej się podoba i co sprawia jej przyjemność?
A przecież masturbacja ma mnóstwo zalet. Dzięki niej uczymy się reakcji naszego ciała na różne rodzaje przyjemności i pieszczot. Doprowadzając się do orgazmu, odstresowujemy się i relaksujemy. Rozładowujemy napięcie seksualne i frustrację. Niektórzy naukowcy twierdzą, że regularne onanizowanie się może chronić przed cukrzycą, depresją, nowotworami i bezsennością.
No i przede wszystkim to nielicha frajda!
A teraz wybaczcie, świętowanie wzywa ;)
Nie wiem jak Wy, ale ja nadal nie mogę zrozumieć, jak to możliwe, że kobieca masturbacja nadal jest tematem tabu. Spójrzmy chociażby na świat filmu: w byle komedyjce dla średnio rozgarniętej młodzieży scena, w której główny bohater rozmawia z kumplami o tym, jak często, jak długo i o kim myślą w trakcie, to już chyba klasyk. Ba, panowie na ekranie radośnie trzepią kapucyna, walą gruchę, biją konia, pieszczą dzidę, jadą na ręcznym, brandzlują się i fapują do woli - i nikt jakoś w to nie wnika. Dziewczyna robiąca sobie dobrze w filmie? Tfu, bezbożnica! Wstyd, grzech i sromota.
Czy wiedzieliście, że film "Jersey Girl" niemal dorobił się kategorii wiekowej R, bo Liv Tyler mówi w nim o masturbacji? Nie, nic nie robi, po prostu przyznaje się do onanizowania się średnio dwa razy dziennie. To wystarczyło, by spece od klasyfikowania filmów podnieśli larum.
Z kolei bohaterka szturmującego kina "50 Shades of Grey" jakimś cudem przeżyła 21 lat, ani razu nie dotykając się "tam na dole". To, że jest jeszcze dziewicą, jestem w stanie jakoś zrozumieć, podobnie jak brak konta na Facebooku, ale kompletny brak zainteresowania własnym ciałem i tym, co sprawia mu przyjemność, jest dla mnie totalnie niewiarygodny.
Z drugiej strony obawiam się, że takich jak ona jeszcze trochę zostało...
Spójrzmy prawdzie w oczy: w okresie dojrzewania mało która z nas mogła porozmawiać z kimś o masturbacji. Czy to w szkole, czy w domu, temat praktycznie nie istniał. Cóż było robić, trzeba było odkrywać świat sprawiania sobie przyjemności na własną, nomen omen, rękę. Pół biedy, jeśli temat seksu nie był w domu rodzinnym kompletnym tabu, ale przecież zdarzały się (i nadal pewnie się zdarzają) takie domy, gdzie córka przyłapana na robieniu sobie dobrze dostawała po łapach. No a jak już dostała raz i drugi, jak się nasłuchała, że to grzech i że lepiej niech się zajmie szydełkowaniem, klepaniem zdrowasiek albo pieczeniem ciasteczek, to w końcu zaczęła w to wierzyć. A potem, po latach, dziwi się, że seks jej nie kręci. Jak ma kręcić, skoro nie miała szans nauczyć się, co jej się podoba i co sprawia jej przyjemność?
A przecież masturbacja ma mnóstwo zalet. Dzięki niej uczymy się reakcji naszego ciała na różne rodzaje przyjemności i pieszczot. Doprowadzając się do orgazmu, odstresowujemy się i relaksujemy. Rozładowujemy napięcie seksualne i frustrację. Niektórzy naukowcy twierdzą, że regularne onanizowanie się może chronić przed cukrzycą, depresją, nowotworami i bezsennością.
No i przede wszystkim to nielicha frajda!
A teraz wybaczcie, świętowanie wzywa ;)
Saturday, 14 February 2015
Miłość po grób
Walentynki. Tak się jakoś utarło, że ludzie albo szaleją za tym świętem, albo z całego serca go nie znoszą. Ja nie należę do żadnego z tych dwóch skrajnych obozów. Niektóre walentynkowe kartki wywołują uśmiech na mojej twarzy, a do tego lubię dawać prezenty, więc wychodzę z założenia, że każda okazja jest dobra. Z drugiej strony, nie mogę pojąć, kto przy zdrowych zmysłach chciałby wydać małą fortunę na niekoniecznie wyjątkowo pyszną kolację w pełnej różowych baloników w kształcie serc restauracji tylko dlatego, że w TEN dzień tak się robi i już.
Ale cóż, różni ludzie, różne potrzeby.
Nie wiem, czy to wina wszechobecnych w okolicach 14 lutego serduszek, czerwonych róż i amorków, ale jakoś tak się składa, że w tym okresie nachodzą mnie różne refleksje na temat miłości. I dziś też mnie jedna naszła.
Doszłam mianowicie do wniosku, że wierzę w miłość. Także w taką do grobowej deski, mocniejszą z każdym rokiem, nie uginającą się w obliczu trudności. Wierzę, że można spotkać na swojej drodze kogoś, z kim będzie się chciało przeżyć całe życie.
Ale nie da się tego zrobić, jeśli najpierw nie pokocha się siebie.
My, kobiety, jesteśmy wobec siebie wyjątkowo surowe i wymagające. Wściekamy się na siebie za najdrobniejsze potknięcia, krzywimy się, spoglądając w lustro (bo tu fałdka, tam zmarszczka, a tutaj siwy włos), powtarzamy sobie, że nie umiemy, nie damy rady, nie jesteśmy wystarczająco ładne, sprytne, silne, mądre. Na błędy i niedociągnięcia innych przymykamy oko, ale sobie darować nie potrafimy. Przekonane o własnej bezwartościowości, robimy się coraz bardziej nieszczęśliwe. Jednocześnie wciąż czekamy, aż pojawi się rycerz na białym rumaku, który spojrzy nam w oczy, zobaczy, że jesteśmy wyjątkowe, i odmieni nasze życie.
Ale komu by się chciało spoglądać w oczy kogoś, kto wciąż smutno wpatruje się w czubki swoich butów?
Wydaje mi się, że ludzie, którzy lubią siebie, są też bardziej lubiani przez innych. Sama jeszcze nie osiągnęłam tego stanu, miewam momenty zwątpienia, ale wierzę, że prędzej czy później nauczę się patrzeć na siebie z miłością. I że będzie to miłość po grób.
Tak więc, drodzy moi, zanim ktoś się w was zakocha, spróbujcie zakochać się w sobie! Nawet jeśli to nie sprawi, że zakocha się w was ktoś jeszcze, na pewno będziecie szczęśliwsi :)
Ale cóż, różni ludzie, różne potrzeby.
Nie wiem, czy to wina wszechobecnych w okolicach 14 lutego serduszek, czerwonych róż i amorków, ale jakoś tak się składa, że w tym okresie nachodzą mnie różne refleksje na temat miłości. I dziś też mnie jedna naszła.
Doszłam mianowicie do wniosku, że wierzę w miłość. Także w taką do grobowej deski, mocniejszą z każdym rokiem, nie uginającą się w obliczu trudności. Wierzę, że można spotkać na swojej drodze kogoś, z kim będzie się chciało przeżyć całe życie.
Ale nie da się tego zrobić, jeśli najpierw nie pokocha się siebie.
My, kobiety, jesteśmy wobec siebie wyjątkowo surowe i wymagające. Wściekamy się na siebie za najdrobniejsze potknięcia, krzywimy się, spoglądając w lustro (bo tu fałdka, tam zmarszczka, a tutaj siwy włos), powtarzamy sobie, że nie umiemy, nie damy rady, nie jesteśmy wystarczająco ładne, sprytne, silne, mądre. Na błędy i niedociągnięcia innych przymykamy oko, ale sobie darować nie potrafimy. Przekonane o własnej bezwartościowości, robimy się coraz bardziej nieszczęśliwe. Jednocześnie wciąż czekamy, aż pojawi się rycerz na białym rumaku, który spojrzy nam w oczy, zobaczy, że jesteśmy wyjątkowe, i odmieni nasze życie.
Ale komu by się chciało spoglądać w oczy kogoś, kto wciąż smutno wpatruje się w czubki swoich butów?
Wydaje mi się, że ludzie, którzy lubią siebie, są też bardziej lubiani przez innych. Sama jeszcze nie osiągnęłam tego stanu, miewam momenty zwątpienia, ale wierzę, że prędzej czy później nauczę się patrzeć na siebie z miłością. I że będzie to miłość po grób.
Tak więc, drodzy moi, zanim ktoś się w was zakocha, spróbujcie zakochać się w sobie! Nawet jeśli to nie sprawi, że zakocha się w was ktoś jeszcze, na pewno będziecie szczęśliwsi :)
Monday, 2 February 2015
O galopującym czasie i powrotach
Jak obiecałam, najpierw będzie o czasie.
Co się zmieniło od czerwca? Hmm, pomyślmy...
Wróciłam na stare śmieci. O których, nota bene, będzie oddzielna notka, bo uważam, że moje stare-nowe śmieci na takową zasługują. Było nie było, to historyczne śmieci.
Znów mieszkam z Mężczyzną. Nie wiem, na jak długo, ale na razie jest dobrze. Wcale bym się nie pogniewała, gdyby zawsze miało być tak dobrze, ale trudno przewidzieć, jak się to wszystko ułoży.
Byłam w kilku wartych odwiedzenia miejscach (Oslo! Praga! Mój rodzinny Gdańsk!), zaliczyłam trochę koncertów, przeczytałam sporo książek. Przetańczyłam niezliczone godziny na różnej maści imprezach, przegadałam kolejne z bliższymi i dalszymi znajomymi.
I nie napisałam ani jednej notki. Sama nie wiem, czy to przez brak czasu, czy raczej przez niezdolność ubierania myśli w słowa. Niezdolność, mam nadzieję, chwilową. Bo choć tak długo mnie tu nie było, trochę jednak brakuje mi blogowania.
2015 zapowiada się ciekawie, więc będzie o czym pisać. Będzie o podróżach dalszych i bliższych, o muzyce, o pierwszych razach, o ludziach i miejscach. Będzie pewnie trochę o filmach, książkach, ciuchach i kosmetykach. Może nawet będzie coś o sprawach głębszych, bardziej duchowych, choć tego zagwarantować nie mogę.
Ale - coś będzie na pewno. Bo ileż można milczeć?
Czas, moi mili, zapierdala jak szalony. Na co dzień nie myślę o tym jakoś szczególnie intensywnie, ake gdzieś tak w okolicy nowego roku łapię się za głowę i nie mogę się nadziwić, jak to możliwe, że stary już się kończy. W panice obiecuję sobie, że w nowym roku nie będę marnować czasu, że będę robić dużo, żyć intensywnie, chłonąć i celebrować każdą chwilę...
A potem, ni stąd, ni zowąd, okazuje się, że jest już luty, a ja znów jestem zaskoczona tym, jak to ten czas zapierdala.
Właśnie zorientowałam się, że ostatnią notkę napisałam w czerwcu.
Co się zmieniło od czerwca? Hmm, pomyślmy...
Wróciłam na stare śmieci. O których, nota bene, będzie oddzielna notka, bo uważam, że moje stare-nowe śmieci na takową zasługują. Było nie było, to historyczne śmieci.
Znów mieszkam z Mężczyzną. Nie wiem, na jak długo, ale na razie jest dobrze. Wcale bym się nie pogniewała, gdyby zawsze miało być tak dobrze, ale trudno przewidzieć, jak się to wszystko ułoży.
Byłam w kilku wartych odwiedzenia miejscach (Oslo! Praga! Mój rodzinny Gdańsk!), zaliczyłam trochę koncertów, przeczytałam sporo książek. Przetańczyłam niezliczone godziny na różnej maści imprezach, przegadałam kolejne z bliższymi i dalszymi znajomymi.
I nie napisałam ani jednej notki. Sama nie wiem, czy to przez brak czasu, czy raczej przez niezdolność ubierania myśli w słowa. Niezdolność, mam nadzieję, chwilową. Bo choć tak długo mnie tu nie było, trochę jednak brakuje mi blogowania.
2015 zapowiada się ciekawie, więc będzie o czym pisać. Będzie o podróżach dalszych i bliższych, o muzyce, o pierwszych razach, o ludziach i miejscach. Będzie pewnie trochę o filmach, książkach, ciuchach i kosmetykach. Może nawet będzie coś o sprawach głębszych, bardziej duchowych, choć tego zagwarantować nie mogę.
Ale - coś będzie na pewno. Bo ileż można milczeć?
Friday, 27 June 2014
Inwazja mroku. Wave Gotik Treffen 2014.
Nie myślcie sobie, że zapomniałam. Obiecałam, a ja obietnic dotrzymuję.
Czemu tak późno, spytacie? Ano temu, że dopiero ochłonęłam. Albo: prawie ochłonęłam. Bo coś mi się zdaje, że moje pierwsze WGT będę wspominać jeszcze długo. Pewnie gdzieś tak do maja 2015 roku, czyli do następnego WGT.
WGT, czyli Wave Gotik Treffen, to jedna z największych tego typu imprez w Europie. Od pierwszego festiwalu w 1987 roku, który odbył się w Poczdamie i zgromadził kilkaset osób, minęło sporo czasu, a impreza bardzo się rozrosła. W 1992 roku przeniosła się do Lipska i właśnie w tym (pięknym skądinąd) mieście odbywa się do dziś. Liczba uczestników oscyluje gdzieś w okolicach 20 tysięcy.
Od czego zacząć? Może od tego, że jeszcze nigdy nie widziałam takiej inwazji gotów i przedstawicieli pokrewnych subkultur na (wcale niemałe) miasto. Jeśli odwiedzisz kiedyś Lipsk w czasie tego dorocznego zgromadzenia, przygotuj się na to, że wszędzie będzie się roić od odzianych na czarno (no dobrze, nie tylko, ale głównie) postaci.
Druga rzecz: ubrania, kreacje, stylówy, jak zwał, tak zwał. Pewnie, zdarzają się ludzie w bojówkach albo szortach i koszulkach ulubionych zespołów. Ale są i tacy, których kostiumy wywołują niezliczone serie ochów i achów. Tegoroczne WGT było jednym z najcieplejszych w historii, więc nie mogłam wyjść z podziwu dla pań w szerokich wiktoriańskich spódnicach, gorsetach, kapeluszach i zapiętych po samą szyję bluzkach. Naoglądałam się steampunkowców, cybergotów, miłośników industrialu, deathrocka i metalu... I tu takie małe spostrzeżenie: jeśli wydaje ci się, że wszystko już widziałeś, ludzie na WGT i tak cię czymś zaskoczą :)
Trzecia sprawa: jeśli nie chcesz, żeby ominęły cię najlepsze imprezy, zapomnij o śnie. No dobrze, możesz uciąć sobie drzemkę gdzieś tak między 10 rano a południem. Ale istnieje ryzyko, że kiedy zobaczysz program, nie będziesz chciał tego robić. Dlaczego? Otóż program to czterostronicowa książeczka, zadrukowana maleńkimi literkami i pełna festiwalowych wydarzeń: koncertów, imprez, przedstawień teatralnych, wystaw, wykładów i innych różności. Słowem, jest w czym wybierać.
Czwarta rzecz: choćbyś nie wiem jak się starał, i tak nie zobaczysz wszystkiego. Taki już urok dużych festiwali i jedyne, co można zrobić, to pogodzić się z tym i wrzucić na luz. Jak to mawiają mądrzy ludzie, wyżej rzyci nie podskoczysz.
Pięć: warto mieć ze sobą nadwyżkę pieniędzy. "Czarny Rynek", czyli hala zakupowa na Agrze jest ogromna i pełna cudowności, od gorsetów, rękawiczek i kapeluszy po gogle i futrzaste osłonki na buty. Jest też dużo płyt, koszulek i biżuterii. Ja jestem rozpieszczona, bo w moim mieście można kupić praktycznie wszystko to, co tam, ale dla kogoś, kto mieszka w miejscu nie sprzyjającym alternatywnym zakupom, Czarny Rynek będzie rajem i zarazem piekłem, w którym łatwo utopić ostatnie pieniądze...
Sześć: jeśli chcesz jechać na WGT, zarezerwuj nocleg jak najwcześniej. Najlepiej na rok przed. Tak, piszę zupełnie serio. Wielu ludzi, wymeldowując się z hoteli, od razu rezerwuje pokoje na następny rok.
Siedem: jedzenie w festiwalowych budkach nie jest takie złe. Picie jest bardzo dobre, zwłaszcza w Pogańskiej Wiosce, gdzie można spróbować takich pyszności jak piwo z miodem, różane wino czy kirschbier, czyli wiśniowe piwo, w którym zakochałam się od pierwszego łyka.
Długo by pisać, długo opowiadać... Najlepiej pojechać i zobaczyć, bo zdecydowanie warto!
Na przyszłoroczne WGT już zaklepałam mieszkanko i wzięłam wolne z pracy. I coś mi się zdaje, że będę jeździć co roku, bo choć festiwal jest ogromny, to panuje na nim niesamowicie przyjazna atmosfera. A to jest dla mnie szalenie ważne.
Na koniec kilka fotek, bo przecież obiecałam :)
Czemu tak późno, spytacie? Ano temu, że dopiero ochłonęłam. Albo: prawie ochłonęłam. Bo coś mi się zdaje, że moje pierwsze WGT będę wspominać jeszcze długo. Pewnie gdzieś tak do maja 2015 roku, czyli do następnego WGT.
WGT, czyli Wave Gotik Treffen, to jedna z największych tego typu imprez w Europie. Od pierwszego festiwalu w 1987 roku, który odbył się w Poczdamie i zgromadził kilkaset osób, minęło sporo czasu, a impreza bardzo się rozrosła. W 1992 roku przeniosła się do Lipska i właśnie w tym (pięknym skądinąd) mieście odbywa się do dziś. Liczba uczestników oscyluje gdzieś w okolicach 20 tysięcy.
Od czego zacząć? Może od tego, że jeszcze nigdy nie widziałam takiej inwazji gotów i przedstawicieli pokrewnych subkultur na (wcale niemałe) miasto. Jeśli odwiedzisz kiedyś Lipsk w czasie tego dorocznego zgromadzenia, przygotuj się na to, że wszędzie będzie się roić od odzianych na czarno (no dobrze, nie tylko, ale głównie) postaci.
Druga rzecz: ubrania, kreacje, stylówy, jak zwał, tak zwał. Pewnie, zdarzają się ludzie w bojówkach albo szortach i koszulkach ulubionych zespołów. Ale są i tacy, których kostiumy wywołują niezliczone serie ochów i achów. Tegoroczne WGT było jednym z najcieplejszych w historii, więc nie mogłam wyjść z podziwu dla pań w szerokich wiktoriańskich spódnicach, gorsetach, kapeluszach i zapiętych po samą szyję bluzkach. Naoglądałam się steampunkowców, cybergotów, miłośników industrialu, deathrocka i metalu... I tu takie małe spostrzeżenie: jeśli wydaje ci się, że wszystko już widziałeś, ludzie na WGT i tak cię czymś zaskoczą :)
Trzecia sprawa: jeśli nie chcesz, żeby ominęły cię najlepsze imprezy, zapomnij o śnie. No dobrze, możesz uciąć sobie drzemkę gdzieś tak między 10 rano a południem. Ale istnieje ryzyko, że kiedy zobaczysz program, nie będziesz chciał tego robić. Dlaczego? Otóż program to czterostronicowa książeczka, zadrukowana maleńkimi literkami i pełna festiwalowych wydarzeń: koncertów, imprez, przedstawień teatralnych, wystaw, wykładów i innych różności. Słowem, jest w czym wybierać.
Czwarta rzecz: choćbyś nie wiem jak się starał, i tak nie zobaczysz wszystkiego. Taki już urok dużych festiwali i jedyne, co można zrobić, to pogodzić się z tym i wrzucić na luz. Jak to mawiają mądrzy ludzie, wyżej rzyci nie podskoczysz.
Pięć: warto mieć ze sobą nadwyżkę pieniędzy. "Czarny Rynek", czyli hala zakupowa na Agrze jest ogromna i pełna cudowności, od gorsetów, rękawiczek i kapeluszy po gogle i futrzaste osłonki na buty. Jest też dużo płyt, koszulek i biżuterii. Ja jestem rozpieszczona, bo w moim mieście można kupić praktycznie wszystko to, co tam, ale dla kogoś, kto mieszka w miejscu nie sprzyjającym alternatywnym zakupom, Czarny Rynek będzie rajem i zarazem piekłem, w którym łatwo utopić ostatnie pieniądze...
Sześć: jeśli chcesz jechać na WGT, zarezerwuj nocleg jak najwcześniej. Najlepiej na rok przed. Tak, piszę zupełnie serio. Wielu ludzi, wymeldowując się z hoteli, od razu rezerwuje pokoje na następny rok.
Siedem: jedzenie w festiwalowych budkach nie jest takie złe. Picie jest bardzo dobre, zwłaszcza w Pogańskiej Wiosce, gdzie można spróbować takich pyszności jak piwo z miodem, różane wino czy kirschbier, czyli wiśniowe piwo, w którym zakochałam się od pierwszego łyka.
Długo by pisać, długo opowiadać... Najlepiej pojechać i zobaczyć, bo zdecydowanie warto!
Na przyszłoroczne WGT już zaklepałam mieszkanko i wzięłam wolne z pracy. I coś mi się zdaje, że będę jeździć co roku, bo choć festiwal jest ogromny, to panuje na nim niesamowicie przyjazna atmosfera. A to jest dla mnie szalenie ważne.
Na koniec kilka fotek, bo przecież obiecałam :)
Subscribe to:
Posts (Atom)



